30 listopada 2016

Wariacje na Młodego i aparat - Nieznana historia Pomarańczarki...




Historia Pomarańczarki jest powszechnie znana. Obraz powstał w pracowni Aleksandra Gierymskiego w latach 1880-1881. Mało kto jednak wie, że malarz stworzył dwa bardzo podobne obrazy. Inspiracją było niepozowane zdjęcie Konrada Brandla. Pierwszy obraz trafił do Muzeum Narodowego w Warszawie. Ten drugi znajduje się dziś w Muzeum Śląskim w Katowicach. Różnią się szczegółami. Trochę inna jest kolorystyka i wyraz twarzy.

Warszawska (ta bardziej znana) zaginęła w czasie II wojny światowej. Potraktowana została jako łup wojenny i wywieziona tak skutecznie, że przez lata nie widziano co się z nią stało. Odnalazła się dopiero w 2010 roku w małym domu aukcyjnym pod Hamburgiem. Obraz był bardzo zniszczony. Wystawiono go na sprzedaż zaledwie za drobnych kilka tysięcy euro. Nikt nie wiedział z jakim arcydziełem mieli do czynienia. Nikt też podobno nie wiedział, że został zrabowany z Muzeum Narodowego w Warszawie. Na szczęście, sprawa się wydała i po kilkudziesięciu latach udało się Pomarańczarkę odzyskać. Wróciła do Muzeum Narodowego w Warszawie

Prace konserwacyjne trwały dwa lata.

Tyle suche fakty... a potem, zaś potem...




Potem objawiły się kolejne niespodzianki

Po dalszych badaniach okazało się, że słynna "Pomarańczarka" w rzeczywistości sprzedawała wieczne pióra. Zaś kosze z pomarańczami to jej drugie śniadanie. Była bowiem pierwszą frutarianką na świecie. 

Na dodatek (pióra wszak cenne są) podróżowała z psami...

... ba, nawet z całym stadem czarnych, groźnych psów. Niepotwierdzone plotki mówią, że była spowinowacona z rodziną  Baskerville’ów. Zaś jej ulubiony atrament w wiecznym piórze ma kolor wrzosu...




Inne części "Wariacji"






09 listopada 2016

Jak powstawały "Symbole Polskiej Przyrody"





Pamiętacie animowany film "Zaplątani"? I scenę, kiedy Roszpunka schodzi po raz pierwszy w życiu ze swojej wieży? To mniej więcej tak wyglądałem po tym jak wydawnictwo Multico zaproponowało mi zrobienie albumu o tym co najciekawsze w polskiej przyrodzie. Na zmianę przechodziłem fazę - super... i fazę - na pewno nie dam rady!

Ale cóż... decyzja zapadła. Trzeba się było wziąć za robotę. Obłożyłem się mapami Polski, stosem książek i zacząłem przeglądać swoje archiwum zdjęć. Po kilku dniach miałem gotową listę. Przyjrzałem się jej uważnie i wyszło mi, że książka musiałaby mieć rozmiar kilkutomowej encyklopedii. Następny tydzień spędziłem wybierając z najciekawszych miejsc tylko same perełki. W końcu po wielu trudach i wyrzeczeniach oraz rozmowach z redaktorami z wydawnictwa Multico, udało się ograniczyć ilość do jakiegoś sensownego poziomu.

W zasadzie trudno powiedzieć ile czasu trwało zbieranie materiału. Niektóre zdjęcia mają ponad 20 lat. Niektóre zapiski i notatki wykorzystane przy pracy wcale nie mniej. Choć w momencie ich powstawania nawet do głowy mi nie przyszło, że przyczynią się do napisania książki.
Zawsze odwiedzając jakieś okolice szukałem regionalnych przewodników, napisanych przez miejscowych pasjonatów i wydanych często własnym sumptem w minimalnym nakładzie. Zawierają one nierzadko informacje i ciekawostki niedostępne w innych miejscach. Mam w domu całą półkę z takimi materiałami.

Potem jeszcze doszedł wybór zdjęć. Nawet nie wiem ile ich przejrzałem. Ale ich liczba szła w tysiące. Zarówno moich jak i dostarczonych przez zaprzyjaźnionych fotografów. Jak wybrać jedno zdjęcie mające ilustrować tekst, gdy przed sobą mam dwadzieścia samych świetnych fotografii ilustrujących jeden temat?

A potem... potem już wystarczyło usiąść i napisać...




Rodzina od zawsze towarzyszyła mi w podróżach. Młody zaczynał chodzić trzymając się tatowego sprzętu. 


A zdarzało mu się również sypiać w kołysce zrobionej z koca przywiązanego do nóg rozłożonego statywu.



Fotografuję Pieniny - między baranami nad Zalewem Czorsztyńskim. W tle zamek Czorsztyn, który podobno kiedyś był siedzibą Zawiszy Czarnego. A w czasie Potopu Szwedzkiego schronił się tu król Jan Kazimierz.

Gościnne Podlasie. Koń służy mi za statyw a ja fotografuję koniki polskie u przyjaciół prowadzących wolnowybiegową hodowlę w Sławatyczach. To tu zaciekawiony koń próbował sprawdzić co mam w ręku i zapluł mi przednią soczewkę obiektywu.

Przedwiośnie w mojej ulubionej Dolinie Środkowej Wisły. Gdyby zliczyć wszystkie nadwiślańskie podróże, zebrałyby się pewnie tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy kilometrów - od Baraniej Góry po Żuławy.

Gdzieś w bieszczadzkim strumieniu...

... i na połoninach. Bieszczady - obok Doliny Środkowej Wisły to drugie z moich ulubionych miejsc w Polsce.
Magiczne Ponidzie - gdzie głowiłem się jak uchwycić na zdjęciu urok kryształów gipsu.
Na wieży widokowej przy Jeziorze Łuknajno. Chwilę wcześniej obserwowaliśmy udane polowanie rybołowa. W całej Polsce żyje dziś zaledwie 28 par tych ptaków. Czyli to był jeden z 56  naszych rybołowów. Prawie na środku zdjęcia widać wysepkę na której Włodzimierz Puchalski, w latach 50 XX wieku, fotografował i filmował łabędzie. Opisał to potem w kultowej dziś książce "W krainie łabędzia". 

Wszelakie notatki, wpadające do głowy pomysły i zarys książki pisane były ręcznie, wiecznym piórem. Jakoś lepiej wtedy mi się myśli. Dopiero gotowy tekst powstawał na komputerze.

W gościnie u państwa Niedbalskich w Wojnowie na Mazurach. Powstało tu kilkanaście rozdziałów i przy okazji sporo zdjęć koników polskich. Telefon służy za... przycisk do papieru. Wiał wtedy niezły wiatr i rozrzucał mi notatki po całej okolicy.

W pięknych okolicznościach przyrody piszą się kolejne części. Tu akurat przy obozowisku obok grodziska w Czermnie. Prawdopodobnej stolicy dawnych Grodów Czerwieńskich. 

Zaczynamy kolejny dzień pracy. Wszystko już naszykowane. Jeszcze tylko trzeba dopić poranną herbatę Longjing - jeden z moich ulubionych gatunków i można brać się za pióro.

W domowym zaciszu - notatki i uwagi do pierwszej wersji książki robione były... pięknym szklanym, maczanym w atramencie piórem. Zrobione zostało przez francuską firmę J.Herbin na wzór siedemnastowiecznych weneckich piór. Jakby ktoś zamarzył o takim piórze, to można je znaleźć w sklepie internetowym F-Pen.

Roztocze - fotografujemy wodospad na strumieniu Jeleń. Największy wodospad tej krainy. Jego szum słychać z odległości ponad 100 metrów. Ostatecznie nie został pokazany w książce. 

Fotografujemy roślinność Chełmskich Torfowisk Węglanowych. To unikalne miejsce w Europie. Bo kto widział torf, który nie jest kwaśny, tylko zasadowy.


Samo pisanie trwało, bagatelka, około 4 miesięcy. Przy biurku w domu, pod domen w cieniu starej jabłoni, w czasie różnych podróży w terenie. Nie powiem ile razy zdarzyło się mi zrywać w środku nocy, by zapisać jakiś pomysł. Potem kilka miesięcy trwało poprawienie tekstów i redagowanie tak, by zdjęcia i opisy dobrze rozmieścić na stronach książki.
A potem jeszcze tylko kilkukrotne przeczytanie całości by wyłapać ostatnie błędy... choć i tak pewnie jakieś się trafią.

I do drukarni...

I do księgarni...

Zapraszam... Album dostępny na przykład tu:

Symbole Polskiej Przyrody








16 października 2016

Trochę lansu czyli "Symbole Polskiej Przyrody"






Już za chwileczkę, już za momencik pojawi się... w księgarniach nowa książka. W sumie nic niezwykłego, zdarza się to pewnie codziennie. Ale tą jedną akurat napisałem sam.

Opisałem najbardziej niesamowite dla mnie miejsca w Polsce. Te znane i te mniej znane, pomijane najczęściej w przewodnikach. Albo wzmiankowane jednym zdaniem. Zawsze starałem się znaleźć coś ciekawego, coś czego nie znajdzie się w pierwszym z brzegu przewodniku czy po wpisaniu hasła w internetowej wyszukiwarce.
Większość z tych miejsc odwiedziłem osobiście w czasie rozlicznych podróży. Inne czekają jeszcze na mnie, bo człowiek ma tylko dwie ręce a doba tylko 24 godziny. A ja lubię oglądać świat powoli. Nie spieszyć się, przyjrzeć się odwiedzanym miejscom dokładnie. Mieć czas na refleksję i spokojne fotografowanie.

Fotografie zaś, bez których książka ta nie miałaby możliwości zaistnieć, stanowią wybór najciekawszych zdjęć, jakie udało mi się dobrać spośród wielu propozycji różnych znanych polskich fotografów. Nie zabrakło w niej także i moich zdjęć.

Więc cóż, to taka  moja propozycja na prezent gwiazdkowy dla wszystkich  a szczególnie tych zainteresowanych polską przyrodą. Wszak pozostały tylko dwa miesiące.

Książka właśnie się drukuje. Powinna być gotowa w ostatnich dniach października. A wyjdzie nakładem "Oficyny Wydawniczej MULTICO".

http://www.multicobooks.pl/polska/symbole-polskiej-przyrody_9192.html

Można ją również zamówić bezpośrednio u wydawcy.

Więc...

A zresztą czy potrzebny jest jakiś pretekst, by zrobić sobie taki prezent?



Na okładce znalazła się sosna z pienińskiej Sokolicy. To jedno z najsłynniejszych, jeśli nie najsłynniejsze polskie drzewo. Spędziłem wtedy na szczycie prawie cały dzień. Patrzyłem na śpieszących się turystów i rozmyślałem o kilkusetletnim życiu niewielkiej sosny. Zszedłem na dół już w ciemnościach. 




Tak na zachętę... kilka stron z wnętrza książki.



Kto wie co to jest babie lato...? Tak, tak wiem...  obraz Józefa Chełmońskiego. A jeszcze? Co właściwie namalował Chełmoński? 

Bartek - jeden z najstarszych i najsłynniejszych polskich dębów.

Góry Pieprzowe - mało znane miejsce gdzie możemy dotknąć skał sprzed ponad 500 milionów lat.

Nie mogło oczywiście zabraknąć opowieści o konikach polskich. Potomkach dzikich koni zamieszkujących niegdyś lasy i stepy Europy.

Głowiaste wierzby od dawna są symbolem naszego kraju. Kiedy mówimy o Żelazowej Woli i Fryderyku Chopinie stają nam właśnie one przed oczami. 

Czy wiecie, że w Polsce można zobaczyć skamieniałe tropy najstarszego czworonoga na świecie?  Prawie 400 milionów lat temu po mulistym brzegu morza, przeszło tu zwierzę podobne do ogromnej salamandry...   mające, bagatelka - 2,5 metra długości.


Fragment o mojej ukochanej Wiśle i jej przyrodzie. To był jeden z najtrudniejszych dla mnie rozdziałów. Bo tyle mógłbym napisać a miejsca jest tak mało. 






13 października 2016

Opowieść o Starych Drzewach - Roztocze



Magdzie i Konradowi. 
W podziękowaniu za gościnę i oprowadzanie po Roztoczu. 





Trafiłem w tym roku na Roztocze. To dalekie, nad samą ukraińską granicą. Trafiłem i nie mogłem wyjechać - ugoszczony w sposób niezwykły i serdeczny. Przez ponad tydzień jeździłem, podziwiałem oraz fotografowałem...

No i powstało w tym czasie kilka nowych zdjęć do "Opowieści o Starych Drzewach".


Gdzieś pod Hrebennem

Radruż

Radruż

Stare Oleszyce

Stare Oleszyce





02 października 2016

Zawrzosiło się dokoła




Wrzosy, kwiaty będące symbolem jesieni, zakwitły w tym roku bardzo wcześnie. Już pod koniec lipca pojawiły się pierwsze kwiaty. Pisałem o tym (KLIK) niedawno. Szczyt kwitnienia miał miejsce też nie we wrześniu tylko w drugiej połowie sierpnia. Wszystkie znane mi wrzosowiska rozwrzosiły się na całego.

A oto tegoroczne sierpniowe wrzosowiska:












26 września 2016

Nasi tu byli... (2)






Szukaliśmy miejsca na nocleg w okolicach... w sumie nieważne gdzie. Mogło się to zdarzyć gdziekolwiek w Polsce. Od gór do morza. Wszędzie niestety jest tak samo. Wzrost konsumpcji w ostatnim ćwierćwieczu zaowocował wzrostem plączących się wszędzie śmieci. Niestety wzrost dostępności wszelakich dóbr nie przełożył się na wzrost kultury. Pisałem o tym już kiedyś w przypływie smutku i frustracji (KLIK).

Więc zjeżdżamy nad niewielkie, kilkuhektarowe jeziorko w pobliżu małego miasta. Z jednej strony jest kąpielisko. Z drugiej strony gruntowa droga prowadząca gdzieś tam dalej. Zjechaliśmy z tej drogi nad wodę. W miejsce regularnie odwiedzane przez wędkarzy i miłośników grilla na świeżym powietrzu. Wokół porozrzucane butelki, puszki, opakowania po zanętach, kiełbaskach, chipsach, batonikach i... a długo by wymieniać.

Wyciągnęliśmy więc z samochodu worek na śmieci. Pozbieraliśmy to wszystko. Wyszedł całkiem spory pakunek. Od razu zrobiło się dużo przytulniej i milej. Następnego dnia gdy ruszaliśmy fotografować okolicę, wrzuciliśmy worek do śmietnika stojącego przy kąpielisku. Zaledwie kilkaset metrów dalej i tuż przy drodze, którą każdy tutejszy gość musiał przejeżdżać.

Mieliśmy pojechać gdzieś dalej, szukać kolejnych tematów do zdjęć. Ale zeszło nam się dłużej. Zresztą po co i dokąd się spieszyć. Wróciliśmy więc pod wieczór w to samo miejsce. Było zajęte... Stał tam samochód i siedział ktoś z wędką. Nie powiem - samochód nowy, znacznie droższy od naszego. Rozkładany fotel i cały zestaw wędek z nieznanymi mi bliżej urządzeniami, które pipczyły i błyskały co chwilę. Wielki parasol rozstawiony nad fotelem. Pod wieczór zaczęło trochę padać. Zatrzymaliśmy się więc na sąsiedniej polance i poszliśmy spać. Wędkujący człowiek odjechał w środku nocy. Warkot jego samochodu ślizgającego się na mokrej drodze rozbudził mnie na chwilę. Nie był zbyt wprawnym kierowcą. Nawet przez chwilę myślałem, że się zakopie i będę musiał go wyciągać. Ale nie... jakoś dał radę.

Wstałem chwilę po wschodzie słońca. Rodzina jeszcze spała. W miejscu, w którym siedział i które opuściliśmy dokładnie posprzątane nawet nie dobę temu, znalazłem to co na zdjęciach.

Posprzątaliśmy więc znowu...












07 września 2016

Tanewskie akwarelki





Lubię tu przyjeżdżać. Mam do tego miejsca ogromny sentyment. Pierwszy raz fotografowałem Szumy na Tanwi ponad 20 lat temu. Wtedy o fotografii cyfrowej nikt jeszcze nie słyszał. Potem wpadałem tu kilkukrotnie. Okolica pięknie wygląda jesienią. Ludzi już praktycznie nie ma, a żółknące liście współgrają z kolorem płynącej wody. Zdjęcia zrobione kilka lat temu właśnie jesienią, można obejrzeć tu

Przyjechałem nad Tanew i w tym roku. Zanocowałem nad brzegiem i o świcie wybrałem się na zdjęcia. Odbijające się od wody wschodzące słońce, zieleń nadbrzeżnych liści, brązy ścian wąwozu dały niesamowity spektakl barw.