31 sierpnia 2026

Brzoza na miedzy








Była sobie brzoza. Swoją białą stopą tkwiła na miedzy, gałązkami sięgała nieba. W zasadzie widziałbym ją z okna, gdyby nie wielki krzak zdziczałej wiśni, rosnący kawałek za płotem. 

Bliskość ma swoje zalety. Fotografowałem ją regularnie, ba... nawet kiedyś nieświadomie uratowałem przed ścięciem

Zwróciłem na nią uwagę zaraz po pierwszym przyjeździe do naszego nowego domu. Jeśli dobrze pamiętam, był to sierpień 2000 roku. Drzewo w porannym czy wieczornym słońcu wyglądało fantastycznie. A że była od drzwi odległa najwyżej o 100 metrów, to nawet kilkuminutowe ciekawe światło, pozwalało na zrobienie zdjęć. Brzoza w czasach analogowych dorobiła się nawet osobnego segregatora ze slajdami.






Kilka dni później leżałem sobie właśnie pod brzozą i fotografowałem ją na tle nieba. Biegnącą nieopodal polną drogą przejeżdżał traktor, zatrzymał się... to w ogóle był ewenement. Na tym naszym odludziu bywało, że i przez długie dnie nikt się nie pojawiał. Trochę częściej widywaliśmy ludzi w czasie prac polowych, ale tylko trochę. 

Z traktora wysiadł człowiek, potem dowiedziałem się że nazywał się Stanisław Zaranowicz i zapytał się co ja tu robię bo... leżę na polu jego kolegi?

Opowiedziałem mu o nas, o tym że właśnie kupiliśmy ten dom, o fotografowaniu... i o tym jak pięknie ta brzoza wygląda. O dziwo wykazał zrozumienie. Jak wielkie dowiedziałem się dopiero po latach. Rozmawiałem wtedy z gospodarzem na którego polu ta brzoza rosła. I ten mi mówi:

- Chciałem ją kiedyś ściąć, ale Stachu mi mówi: zostaw, to brzoza pana Roberta, on ją ciągle fotografuje.

No i została. 









Od pierwszych zdjęć minęło ze 20 lat. Po krótkiej acz gwałtownej burzy runęła. Ostatnio zresztą bardzo chorowała. Kiedyś dopadli ją przedświąteczni zbieracze jemioły. Nie było nas wtedy w domu. Po powrocie zastaliśmy smutny widok, drzewa została połowa, stosy połamanych i pociętych gałęzi leżały na ziemi.  

Broza próbowała walczyć. Wiosną wypuściła nowe gałązki. Przez kilka lat odrastała. Niestety znowu zwróciła uwagę zbieraczy jemioły. To już za bardzo nadwątliło jej zdrowie. Zaczęła schnąć, gałęzi z liśćmi było ledwie co kilka. Potem jeszcze głęboka orka na sąsiednim polu musiała uszkodzić jej korzenie. 
Przez trochę drzewo jeszcze walczyło. Niestety żywych gałęzi było coraz mniej i mniej.

Aż przyszła burza. Kilka minut porywistego wiatru przypieczętowało los brzozy. Okazało się zresztą, że cała górna część drzewa była sucha i spróchniała. Potrzaskała się w czasie upadku na kawałki. 





I zobaczyłem to dopiero po dłuższej chwili... tuż przy korzeniach złamanego drzewa rosła malutka brzózka. Miała najwyżej pół metra wysokości i nie więcej ja 3-4 lata życia. Ciekawe czy będzie miała szansę urosnąć i zastąpić swoją rodzicielkę.





Ze Stanisławem Zaranowiczem potem się zaprzyjaźniliśmy. Pomagał nam wielokrotnie On właśnie zakładał nam łąkę, gdy postanowiliśmy sprowadzić konie. Okazało się też, że jest ludowym śpiewakiem. I to niezłym. Fotografowałem go wielokrotnie na maciejowickich Powiślakach czy nawet na Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu. Ostatnich zdjęć, właśnie z Kazimierza nie zdążyłem mu oddać. Festiwal był w czerwcu, zanim wróciliśmy po letnich podróżach i obrobiliśmy się ze zdjęciami było już za późno... nowotwór... 

Przyjechałem ze zdjęciami zaledwie dzień po jego śmierci i oddałem rodzinie. 




11 sierpnia 2026

Zapiski z drogi - Organy niebo tnące...






„Wyobraźnię i fantazję należy trenować. Wiem o tym z własnego doświadczenia. Żaden artysta nie znajduje tylko w samym sobie dość energii twórczej i musi być podłączony do akumulatora – tak nazwałem Związek, z tym, co potrafimy dostrzec w zasięgu ręki, wzroku, na codziennej drodze. Dostrzec urodę samotnego drzewa – usłyszeć przejmującą ciszę kamienia. Umieć szczerze zdziwić się różnorodnością form, jakie demonstruje materia wody, i tajemniczym racjonalizmem dostrzeżonym w strukturze kryształu”.

 

Władysław Hasior





W 1966 roku na przełęczy Snozka niedaleko Czorsztyna stanął nietypowy pomnik, nazywany często "Organami Hasiora". Kilkunastometrowa konstrukcja o wielkich stalowych zębach skierowanych prosto w niebo. 

Podobno miały grać... ale nie grały. Muzyka miała być wspaniała. Jak ktoś napisał miała być w niej siła ziemi, trwałość gór, szum deszczu i lament po tych co odeszli. 
Podobno zaginęły piszczałki, które miały być zamocowane gdzieś na górze. Dlaczego nie zamówiono kolejnych? 
Podobno wzywano również znawców instrumentów dętych. Chodzili, oglądali, analizowali, robili jakieś badania... 
Jeden z nich podsumował. "To lipa z tymi piszczałkami. Organy powinny grać same, powietrze miało wpadać między te zęby, rozdzielać się, rozrywać, przyśpieszać - to wtedy powstaje dźwięk. Jak w obluzowanych gontach starego kościoła. Niby gdzie oni chcieli te piszczałki zamontować? To miało grać samo z siebie."

Tajemnicę milczenia Organów zabrał Hasior ze sobą...

Sam pomnik też budził kontrowersje. Do 2010 roku widniał na nim napis, poświęcający go poległym w walce o utrwalanie władzy ludowej na Podhalu. Niektórzy historycy twierdzą, że autor do końca nie wiedział, że taki napis pojawi się na pomniku. Inni znowu powtarzają, że jak się dowiedział, to zrobił tak, że organy nigdy nie zagrały. Będziecie mieli ten pomnik ale on nie zaśpiewa nigdy - miał powiedzieć. Chciał żeby pomnik poświęcony był wszystkim poległym i w czasie wojny i po niej. A może samą formą artysta dał znać o swoich przekonaniach? Te wielkie stalowe zęby czy szpony jakby rozdzierające świat? 

I dlaczego artysta uznany na świecie, porównywany do Rauschenberga czy Warhola i znany z swojej niezależności, indywidualista prowokator, który nigdy nie był dworakiem peerelowskiej władzy, dostał to zlecenie? Pewnie nigdy się nie dowiemy. Świadków coraz mniej, z wiarygodnością też coraz gorzej... 

Po upadku komunistycznych władz, trwały długie dyskusje o dalszych losach pomnika. Niektórzy chcieli go usunąć w ramach dekomunizacji. On rdzewiał...
Przeciwko usunięciu pomnika protestowali nie tylko artyści ale też okoliczni mieszkańcy dla których Organy stały się kultowym elementem krajobrazu a nie deklaracją polityczną. Argumentowano też, że niszczenie dzieła światowej sławy artysty, byłoby najzwyklejszym wandalizmem.  W końcu zrobiono remont, usunięto felerny napis. Być może Organy wróciły do takiej formy, jaka była w zamyśle autora. 


Zastanawiałem się jak ten pomnik sfotografować. Chodziłem dookoła i przymierzałem się z różnych stron. Ale kiedy oglądałem go własnymi oczami - pomnik robił wrażenie. Zaś zamknięty w kadrze aparatu - wyglądał zwyczajnie do obrzydliwości. W końcu zdesperowany i zniechęcony usiadłem pod nim i wpatrzyłem się w niebo. Może przyjechać tu o świcie, może o zachodzie słońca? A gdyby się trafiły jakieś burzowe chmury? Tylko, że od miesiąca nie spadła nawet kropla deszczu.
Kurczę... 

I wtedy, gdy tak z bliska przyglądałem się wielkim stalowym zębom, przyszedł mi do głowy zupełnie inny pomysł. Nie da się zrobić nic ciekawego z daleka, to zróbmy to z bliska! Założyłem na aparat obiektyw typu rybie oko i wszedłem pod pomnik. Monstrualne zęby w zakrzywionej przestrzeni oddały wreszcie moje emocje... 
Czasami trzeba po prosu usiąść i pozwolić swobodnie płynąć myślom.