Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolina Środkowej Wisły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolina Środkowej Wisły. Pokaż wszystkie posty

02 kwietnia 2026

Była Wisła, w Wiśle pieniek...

 


Na kępie kędyś w ciszy śpiewa

Żab rechczących chór dobrany --

Majestatycznie szumią drzewa, 

Toczy się sennie nurt wiślany...


Noc idzie cicha ponad rzeką,

W wód się przegląda srebrnej toni,

A gdzieś na łące, hen daleko

Orkiestra  świerszczów dzwoni, dzwoni...


Zdzisław Dębicki "Nox vadit"





Są miejsca nad Wisłą, które odwiedzam regularnie, przynajmniej kilka razy w roku. Mam takie swoje ulubione. Jedne są bliżej, inne dalej. To, do którego wybrałem się tym razem, mam od mojego domu ze dwadzieścia kilometrów. Tu właśnie kilak lat temu fotografowałem kometę. Opisałem tę historię tu: KLIK

Jesień już się kończyła, miałem trochę nadziei na ostatnie żółte liście ale już wszystko straciło swoje barwy. Ruszyłem sobie piechotą wzdłuż brzegu. Kiedyś miejsce było niemal niedostępne, trawy sięgały powyżej kolan. Z takich wiosennych i letnich wycieczek wracałem mokry od rosy, jakbym po prostu wskoczył w ubraniu do wody po pas. Teraz trawa była niska, bo ktoś zaczął tu wypasać konie. Dzięki temu łatwiej było iść ale niestety wraz z dostępnością, pojawiły się śmieci i inne ślady ludzkiej obecności. 

Spadł też bardzo poziom wody. Na środku wiślanej odnogi pojawił się piasek. Może nie był to suchy ląd, bo trzeba było brodzić w mule i mokrym piasku ale dało się przejść nawet w trekkingowych butach. Więc zszedłem sobie ze skarpy i powędrowałem w miejsce gdzie jeszcze niedawno musiałbym brodzić w wodzie. 

I tak szedłem sobie czasem po piasku, czasem mlaszcząc butami w rzadkim błocku. Szukałem miejsc gdzie można by zaczepić kompozycję i sfotografować późnojesienny wiślany krajobraz. 

I nagle na samym środku nowego lądu trafiłem na wystający z piasku i wody pieniek! Spory, średnicy około pół metra, stary i... zgryziony przez bobry! Kawał drzewa. Włączyły mi się dodatkowe komórki mózgowe i przeszły w tryb analizy rzeczywistości. 

Przyjeżdżam tu mniej więcej od trzydziestu lat. Zawsze w tym miejscu była sobie odnoga Wisły. I nie było żadnych drzew w środku rzeki. 

Bobry pojawiły się w tych okolicach gdzieś w połowie lat 90 XX wieku. Jakieś 10 lat wcześniej, w ramach reintrodukcji tego gatunku wypuszczono 27 sztuk w okolicach ujścia Pilicy i Wilgi. To zaledwie kilkanaście kilometrów stąd. 

A wcześniej? Wcześniej bobrów tu nie było. To znaczy były ale dużo, dużo wcześniej. W 1881 roku Józef Łoziński autor książki "Zwierzęta łowne. Bóbr" napisał: "Czy i gdzie on dzisiaj u nas istnieje, nie wiadomo. Zdaje się, że należy do zwierząt zupełnie wytępionych, nigdzie o nim wzmianki nie znajdujemy". 

Długo ich w Polsce prawie nie było. Po II wojnie światowej doliczono się zaledwie 8 bobrów mieszkających sobie na Suwalszczyźnie... 

Więc co? Drzewo zostało ścięte przez bobry jeszcze wcześniej? Ile? Sto lat, dwieście, trzysta?

Zacząłem buszować po Internecie w poszukiwaniu starych map. Nie było łatwo. 



Do czasów końca II wojny światowej okolica prezentowała się podobnie. Jeśli były jakieś przesunięcia brzegu, to niewielkie. Miejsce, gdzie rosło drzewo, było cały czas gdzieś na środku wiślanej odnogi. 
Na mapach z dwudziestolecia międzywojennego nie było jednej z pobliskich wysp. Jej fragment widać po lewej stronie na górze trzeciego zdjęcia. Powstała prawdopodobnie po wybudowaniu ostrogi i nieczynnej dziś przystani dla promów.  Jakieś dwieście metrów na wschód cały czas były pozostałości starorzecza i wyglądały cały czas podobnie, wiec musiały być znacznie starsze. Może, setki lat temu gdy tam była jakaś odnoga, drzewo akurat znajdowało się na wyspie? Przez prawie 40 lat, kiedy fotografuję nadwiślańską przyrodę, widziałem wiele. Czasem po kilku latach okolica była nie do poznania. Jedne wyspy znikały w nurcie rzeki, inne powstawały, zarastały topolowo-wierzbowymi zaroślami. Inne łączyły się z brzegiem albo jakiś kaprys natury podzielił w czasie wysokiej wody wyspę na części. 
Znam takie miejsca gdzie z brzegu sprzed 20 lat została niewielka skarpa a potem kilometr lądu biegnącego gdzieś w głąb rzeki. 


Sięgnąłem głębiej w nurt historii... Niestety mapy z XIX czy XVIII wieku a przynajmniej te do których dotarłem, były zbyt mało precyzyjne, by stwierdzić czy był w tym miejscu ląd czy nie. Jedynie "Plany rzeki Wisły w granicach Królestwa Polskiego według pomiarów i sprawdzeń w latach 1860 -1866" delikatnie sugerują, że w tym miejscu mógłby być wtedy ląd....  

Przy okazji dowiedziałem się, że dwieście lat temu sąsiednia wieś była na... wyspie, czy jak to mówią w okolicy na kępie. Do dziś ma w nazwie słowo "Kępa". Ślady po dawnej odnodze można znaleźć i teraz. Idący dookoła wsi szereg małych stawików i bagienek oraz wąski pas drzew w miejscu, gdzie dawnej płynęła woda. 

Jakby ktoś miał dostęp do starych map okolic Maciejowic to polecam się pamięci. Może kiedyś coś jeszcze uda się ustalić. 


Zdjęcie pochodzi ze stycznia 2021 roku. Znaleziony pieniek powinien być mniej więcej trochę na lewo od środka kadru.



Nadwiślański współczesny bóbr... 



















30 września 2020

Polowanie na kometę



Odkrycie z 27 marca 2020 roku przeszło bez echa. Kto by tam zajmował się jakimiś kometami, zauważonymi przez krążący na orbicie teleskop. Tym bardziej, że świat zajęty był epidemią koronawirusa. W Polsce drugi tydzień były zamknięte urzędy, szkoły, muzea czy restauracje. Życie zamarło. Po zazwyczaj pełnym ludzi Placu Zamkowym w Warszawie, przemykały najwyżej pojedyncze osoby.

Zresztą prorokowano, że kometa rozpadnie się gdy tylko zbliży się do słońca. Dopiero w lipcu wzbudziła sensację. Nie dość, że się nie rozpadła, to jeszcze stała się najjaśniejszą kometą od dwudziestu trzech lat - czyli od słynnej komety Halleya. Minęła Słońce w odległości zaledwie 43 milionów kilometrów. Dużo? W skali kosmicznej to bardzo niewiele, To nawet trochę bliżej, niż orbita Merkurego - najbliższej Słońcu planety. 





Nazwa kometa pochodzi z języka greckiego. Słowo κομήτης (komētēs) znaczyło - długowłosa! Z Grecji określenie trafiło do starożytnego Rzymu i łaciny... a potem dalej, rozlało się po całej Europie. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele używanych przez nas słów, swoje prapoczątki ma właśnie w starożytnej grece.
Jako pierwszy użył tego słowa, można powiedzieć wymyślił to określenie... Arystoteles - nazwał tak właśnie gwiazdy z włosami.

A kiedy szukałem informacji i kometach, najbardziej zaskoczyło mnie to, że włosy komety, znaczy jej ogon nie jest z tyłu! Nie powstaje za nią! Jest efektem działania wiatru słonecznego i jest skierowany w stronę... przeciwną niż słońce! A sama kometa wtedy leci sobie jakby bokiem w stosunku do moich i powszechnych wyobrażeń.




Jeszcze niedawno, zaledwie 200 lat temu słowo kometa było w języku polskim rodzaju męskiego. Podobnie jak w łacinie. 

Dziś oczy i myśli wszystkich pociąga do siebie
Nowy gość dostrzeżony niedawno na niebie
Był  to kometa pierwszej wielkości i mocy
Zjawił się na zachodzie leciał ku północy

Tak pisał Adam Mickiewicz w... VIII księdze "Pana Tadeusza"

Chodziło o tak zwaną "Wielką Kometę z 1811 roku", odkrytą w marcu 1811 roku francuskiego astronoma amatora Honoré Flaugerguesa. Była widoczna na niebie aż przez 260 dni! Musiała zrobić na ówczesnych ludziach wielkie wrażenie. Obserwował ją również Pierre Bezuchow, bohater "Wojny i Pokoju" Lwa Tołstoja. W Rosji zresztą nazywana była "Kometą Napoleona". Jej pojawienie miało zwiastować "wszelakie okropności i koniec świata" i poprzedziło właśnie francuską inwazję 1812 roku. 

Wykorzystano ją również, dziś powiedzielibyśmy,  marketingowo. Wśród koneserów wina zapanowało przekonanie o wyjątkowo dobroczynnym wpływie komet na winorośl. Tym bardziej, że po kilku niezbyt korzystnych latach i owoce winorośli i wino wyjątkowo się w 1811 udały. Więc tak zwane "Comet Wine" - osiągało, ku uciesze właścicieli winnic, znacznie wyższe ceny. Nawet nakręcono na ten temat film. Romantyczna komedia z 1992 "Rok komety" opowiada o poszukiwaniach najcenniejszej butelki wina na Ziemi... Właśnie pochodzącej z 1811 roku. 

Na początku 1812 roku Wielka Kometa przestała być widoczna gołym okiem. Po raz ostatni widziano ją przez teleskop w sierpniu tego roku. Kiedyś wróci... Gdyby ktoś był jej ciekaw, to musi jednak trochę poczekać, mniej więcej 2890 lat.






W lipcu 2020 roku w Internecie zaczęły się pojawiać zdjęcia komety Neovise. W rożnych wariantach i układach. Nad miastem, obok drzewa, w zbliżeniu, w krajobrazie. Nawet gdzieś przemknęło mi zdjęcie młodej pary: trzymającej się za ręce i z kometą miedzy głowami! 
Sprawdziłem gdzie kometa powinna być widoczna, sprawdziłem gdzie można ja sfotografować nad Wisłą. Takie właśnie zdjęcie mi się wymarzyło. 
I co? I nic! Przez bite dwa tygodnie, dzień w dzień... chmury! Nawet jeśli nie na całym niebie, to właśnie w tym newralgicznym miejscu... tam gdzie powinna być widoczna kometa. Ba... potrafiło być tak , że przez cały dzień niebo było bezchmurne a wieczorem... już nie! 

Aż tu nagle, gdy prawię straciłem nadzieję, jest! Wyszedłem przed dom i niemal dokładnie na północy, w okolicy Wielkiego Wozu, zobaczyłem gwiazdę z włosami. Przez chwilę obserwowałem ją przez lornetkę. Wyglądała niesamowicie. Nie dziwię się, że komety robiły kiedyś tak wielkie wrażenie. 

A potem ruszyłem... Cóż to był za galop! Porzucona, niedojedzona kolacja, sprzęt wrzucany do samochodu po prostu w biegu. Jakaś pajda chleba i kawałek kiełbasy w ręku... nie wiadomo wszak ile czasu spędzę nad Wisłą. I jazda, najpierw szosą a ostatnich kilka kilometrów polnymi drogami. 

Dojechałem i wyskoczyłem z samochodu. Jakiś siedzący w krzakach wędkarz chyba się mnie przestraszył. Przede mną w ciemności lekko błyszczała Wisła. Spojrzałem na północ... i... 
Na całym niebie iskrzyły się tysiące gwiazd, powietrze było wyjątkowo przejrzyste a dokładnie tam gdzie powinna być kometa - mała chmurka! Nie zasłaniała nawet całego Wielkiego Wozu! Widziałem fragment jego dyszla, gwiazdy z drugiej strony... a w środku - nicość! 
Westchnąłem ciężko w intencji świętego Tadeusza - patrona spraw beznadziejnych. Ustawiłem kadr, tak by na zdjęciu była i woda i drzewa i miejsce gdzie powinna być kometa.

Czekam...
Czekam... 
Czekam...

O... widać dwie następne gwiazdy Wielkiego Wozu...  komety nadal nie. Wszędzie dookoła niebo krystalicznie czyste. Migotanie gwiazd wręcz przyprawia o zawrót głowy. 

Czekam...

I kiedy już trochę zmarzłem a w głowie zaczynała kiełkować myśl: rzuć to wszystko w cholerę i jedź do domu... chmurka gdzieś zniknęła. 
Tuż nad wyspą zobaczyłem gwiazdę z włosami!
Sprzęt poszedł w ruch. Zmieniałem miejsca i obiektywy.
Przestałem marznąć. 

Do domu wróciłem, kiedy niebo na wschodzie zaczęło lekko różowieć.

To była jedna z ostatnich okazji. Wkrótce kometa zaczęła być widoczna coraz słabiej i słabiej... wróci do nas kiedyś, jeśli nic złego jej nie spotka po drodze. Musimy poczekać 6800 lat!





Ach... i jeszcze mam na koniec gorący apel do rowerzystów. Kiedy wracałem do domu spotkałem na szosie w środku nocy trzy całkowicie nieoświetlone rowery. Nawet nie było tych małych światełek odblaskowych w pedałach. Ja wiem, że jest ryzyko - jest zabawa. Ale może znajdźcie sobie inny sposób na zabawę. Zagrajcie w rosyjską ruletkę, skaczcie z mostów do wody albo... nie wiem co jeszcze. Ale nie ukrywajcie się w ciemności przed jadącymi samochodami. To żadna przyjemność mieć was potem na sumieniu. 







19 lipca 2020

Wisła - festiwal chmur i kolorów...




Pogoda ostatnio przynosi wiele niespodzianek. Burze, upały, przelotne deszczyki, ulewy i inne zjawiska pogodowe tworzą na niebie niesamowite spektakle. Czasami zupełnie niespodziewane. Ileż to razy wyglądałem przez okno, stwierdzałem, że nie zanosi się na nic ciekawego... a godzinę potem plułem sobie w brodę. Albo ruszałem w teren i kończyło się na spacerze wzdłuż brzegu. Tak... ostatnie tygodnie były bardzo pracowite. Ale też nie pamiętam bym kiedyś w tak krótkim czasie zrobił tak wiele różnorodnych zdjęć. Te tu pokazane, to zaledwie drobny wycinek.

Ale z drugiej strony opłaciłem to własną krwią. Dosłownie! Takiej ilości komarów nie widziałem od dawna. Przypomniały mi się praktyki terenowe w Białowieży. Robiliśmy wtedy zawody, kto ile komarów trafi na swoim kolanie za jednym uderzeniem ręki. Mój rekord wynosił dziewięć, rekord wszechpraktyk - jedenaście...



















19 września 2019

Wisła - wieczorem komary wychodzą z ukryć...




...A fotografowie jadą w teren. Myślałem, że tego dnia nie zrobię już żadnego zdjęcia. Co prawda wieczór zapowiadał się ciekawie - chmury na niebie były imponujące. Jednak kiedy dojechałam nad Wisłę, chmury postanowiły być jeszcze bardziej imponujące i... zakryły całe niebo. Za to całkiem niespodziewanie pojawiły się całe stada wygłodniałych... komarów. I to w ilościach takich, jakby wszystkie z całej gminy umówiły się właśnie w tym miejscu na berka gryzionego. Pod domem, ledwie kilka kilometrów dalej, nie miałem ich w tym roku wcale. A tu... wchodziły do oczu, nosa... nawet jednego zjadłem, gdy zasapany po wdrapaniu się na stromą skarpę, wziąłem głębszy oddech.
I już chciałem wracać. Myślałem, że jedyne co dziś mnie nad Wisłą spotka, to berek z komarami, gdy równie nagle jak przyszły, chmury się rozeszły. Błysnęły kolory, przejrzały się w wodzie.

Wyciągnąłem więc schowany do tej pory sprzęt i próbowałem nie zwracać uwagi na latające dookoła małe wredoty. Kiepsko to niezwracanie wychodziło. Z daleka musiało wyglądać to zabawnie. Na środku łachy stoi statyw a dookoła niego biega facet i macha rękami, jakby chciał... podfrunąć.















06 maja 2019

Nadwiślański wieczór




Tej nocy niebo w dreszczach od gwiazd mrugawicy
Kołysało swój bezmiar w sąsiednie bezmiary,
To w próżnię swe radosne unosząc pożary,
To zbliżając je znowu ku mojej źrenicy.

                                 Bolesław Leśmian










28 lipca 2018

Krwawy Księżyc




Całkowite zaćmienie Księżyca! Najdłuższe w XXI wieku. Następna taka okazja za ponad 100 lat! Rozmaite media krzyczały o tym tak już od dobrych kilku dni.

Cóż było robić. Nie chciało nam się czekać ponad 100 lat, więc wieczorem postanowiliśmy wyruszyć całą rodziną w teren.

Pogoda postanowiła pograć sobie z nami w kotka i myszkę. Od rana a to się chmurzyło a to błyskało słońce. Im bliżej wieczora, tym więcej było chmur. Nie zniechęciło nas to jednak. Spakowaliśmy sprzęt do samochodu i pojechaliśmy.



Dojechaliśmy nad Wisłę. Wybraliśmy miejsce, gdzie księżyc powinien pojawić się nad wodą. Niestety, zastaliśmy... chmury. Połowa nieba, akurat w tym miejscu, w którym miał się pojawić Krwawy Księżyc, zasłonięta była chmurami. Co prawda malowniczymi ale wyjątkowo pojawiającymi się nie w porę.
Rozstawiliśmy sprzęt, zrobiłem kilka zdjęć wieczornego nadwiślańskiego krajobrazu i... czekaliśmy co będzie dalej.
- Tam, zobaczcie, tam! - krzyczy nagle bystrooki Krzyś i naciska spust swojego aparatu - Tam jest księżyc!
Rzeczywiście, jest jakby jakieś przejaśnienie w chmurach. Ale nawet przez lornetkę trudno było stwierdzić czy to księżyc czy jaśniejsza chmura. Minęło kolejnych kilkanaście minut. To właśnie był moment największego zaćmienia Księżyca a my wypatrywaliśmy czegoś w chmurach.  
Próbuję sfotografować to rozjaśnienie ale trudno jest w nie trafić obiektywem. W nocy, w wizjerze aparatu jest praktycznie niewidoczne. W końcu trafiam i wtedy... na zdjęciu wyraźnie widać okrągły kształt i czerwonawy kolor. Jest! Ledwie widoczny ale jest! Krzyś miał rację!
Po kolejnych kilkunastu minutach chmury niespodziewanie zniknęły. Krwawy Księżyc pojawił się w całej krasie...

... razem z rzeszą innych gwiazd i Marsem - widocznym poniżej i lekko w prawo. 
Świecił tak delikatnie, że na niebie pojawiły się gwiazdy jak w bezksiężycową noc.Widoczna była nawet Droga Mleczna.


Początek końca zaćmienia. Rąbek naszego satelity już wyszedł z cienia Ziemi i ma normalny, srebrzysty kolor. Kiedy uświadomiłem sobie, że ciemniejsza część Księżyca to cień planety, na której sobie akurat stoję, poczułem się dziwnie. Jakby na chwilę odkryto przede mną jakieś wielkie tajemnice wszechświata. Miałem ochotę pomachać i sprawdzić czy dostrzegę tam swój cień...
Ostatnie chwile. Jedynie maleńki fragment Księżyca był jeszcze w cieniu Ziemi. 
I na zakończenie - Wisła w świetle Księżyca - już po zaćmieniu, godzina pierwsza w nocy. Czas wracać do domu. 



A tak sfotografował zaćmienie Księżyca Krzyś i jego Miś Detektyw








13 kwietnia 2018

Na chwilę zagościła zima




A jednak! Na chwilę zagościła nad Wisłą zima. Nie trwała długo ale mrozy momentami były słuszne. Temperatura spadała poniżej - 20 stopni.
A już myślałem, że nie uda mi się w tym sezonie sfotografować zamarzającej rzeki.

Nie było to co prawda to co kiedyś:

To Wisła, nie Arktyka

ale zdążyłem kilka razy zmarznąć, kilka razy się pozachwycać i zmarnować trochę pikseli...


















16 lipca 2017

Flisacy nad Wisłą




Bo kiedy już flis zasmakuje komu
Już się na wiosnę nie zostaji w domu
Już ciecze ze krą do Gdańska [...]

Sebastian Fabian Klonowic "Flis to jest spuszczanie statków Wisłą" 1595 






Podobne tratwy pływały kiedyś po Wiśle setkami i tysiącami. Transportowano w ten sposób do Gdańska drzewa z polskich puszcz. Dość powiedzieć, że sosny z Puszczy Knyszyńskiej (tzw. sosny supraskie), były uważane za jeden z najlepszych i najcenniejszych materiałów na okrętowe maszty. 

Razem z tratwami płynęły rozmaite szkuty, komięgi, galary... i wiele innych łodzi o nic nie mówiących nam dziś nazwach. Przewożono nimi zboże, skóry, smołę i inne towary pochodzące z niemal całej Rzeczypospolitej. Szacuje się, że w XVI i XVII wieku, handel z Gdańskiem potrafił zapewniać nawet czwartą część obrotów amsterdamskiej giełdy. 

Położenie Wisły, płynącej przez pół Polski i pozwalającej na spławianie towarów do Gdańska, stało się źródłem rozwoju miast, bogacenia się mieszczan i szlachty. Jasiek Kochanowski, mógł siedzieć pod lipą i rozważać zawiłości rymów dlatego, że był również sprawnym gospodarzem i niejeden transport zboża wyprawił do Gdańska. Polska zresztą w tym czasie nosiła miano "Spichlerza Europy". Spławianie towarów rzekami było wtedy jedyną metodą transportu na duże odległości. Dróg praktycznie nie było. A nawet jeśli, to karmienie zwierząt pociągowych i utrzymanie obsługi w czasie podróży więcej by kosztowało, niż towar dostarczony lądem do gdańskiego portu. 

Członkowie "Bractwa Flisackiego pod wezwaniem Św. Barbary" w Ulanowie postanowili przywrócić dawne flisackie tradycje. Po kilku dniach zbijania tratwy w czasie Ogólnopolskich Dni Flisactwa, ruszyli na początku lipca w podróż do Gdańska.
Tratwa zbudowana jest z czterech tafli czyli umocowanych razem pni drzew. Ma długość około 70 metrów i waży, bagatelka 60 ton. Choć i tak z porównaniu z tymi, które płynęły Wisłą przed setkami lat - jest maleńka. 

W sumie to zupełnym przypadkiem dowiedziałem się, że flisacy będą nocować tuż koło mnie, w miejscu gdzie niejednokrotnie bywałem w aparatem. Koło południa zrobiłem rekonesans. Wieś Wróble, gdzie mieli dopłynąć, ma ze dwa kilometry długości. Przybić do brzegu można w kilku miejscach. W jednym z tych miejsc przygotowany był materiał na ognisko... to pewnie tu.  

Wróciłem późnym popołudniem. Dobrze trafiłem. Wokoło trwały już przygotowania. Flisacy mieli przybyć wkrótce. Tymczasem pogoda się zmieniła. Naszły jakieś chmury, zrobiło się chłodniej. Niekiedy tylko błyskało słońce i rozświetlało żółtością nadwiślańskie łachy. Miałem tylko nadzieję, że kiedy pojawią się flisacy, błyśnie jakieś ładne światło. I tym razem miałem szczęście. 



W końcu zza zakrętu rzeki wyłoniła się tratwa. Po kilku minutach przybiła do wróblańskiego brzegu. Wkrótce też poprawiła się pogoda i błysnęło piękne światło.
Beczka wiwatowa, będąca mniejszą kopią stojącej w Ulanowie, wita wystrzałem okolicznych mieszkańców.

Retman

Wielkie wiosła, nazywane drgawkami, znajdujące się na przodzie czyli głowie, oraz z tyłu czyli na colu tratwy, służyły do sterowania.  

W takich szałasach mieszkają w czasie spływu flisacy.

W tylnej części tratwy (czyli tak zwanym colu)  znajduje się palenisko, na którym flisacy przygotowują posiłki. Ognisko oczywiście rozpalane jest na kawałku blachy. Za nim widać po obu stronach tak zwane skrzyniowania. Do nich w razie potrzeby władane są śryki, czyli brzozowe pnie, które wbijane w dno rzeki hamują lub obracają tratwę. Podobne skrzyniowanie - tylko już jedno, na środku - znajduje się na głowie (przodzie) tratwy. Brzoza jest lekka i elastyczna. Bardzo dobrze nadaje się do tego celu. 

W największym szałasie mieszkają retmani. 


Towarzyszący w podróży tratwie galar ulanowski, zabierał chętnych na krótki rejs po Wiśle. 



Gdyby ktoś chciał zobaczyć flisaków w akcji, to ma jeszcze okazję. Podróż będzie trwała ponad miesiąc. Z przerwą we Włocławku w oczekiwaniu na Festiwal Wisły. 

Przypływają w oznaczone miejsce późnym popołudniem i ruszają w dalszą drogę o świcie. Można ich będzie jeszcze spotkać w:


15 lipca w Jabłonnie (sobota) 
16 lipca w Zakroczymiu (niedziela)
17 lipca w Czerwińsku
18 lipca w Kępie Polskiej
19 lipiec w Płocku 
20 lipca Dobrzyniu nad Wisłą

Festiwal Wisły 12-14.08 2017 Włocławek

12 sierpnia ruszają z Włocławka (sobota)
13 sierpnia w Nieszawie (niedziela)
13 sierpnia w Ciechocinku (niedziela)
14-15 sierpnia w Toruniu
16 sierpnia w Solcu Kujawskim
17 sierpnia w Kozielcu
18 sierpnia w Chełmnie
19 sierpnia w Grudziądzu (sobota)
20 sierpnia w Gniewie (niedziela)
21 sierpnia w Tczewie
22 sierpnia w Gdańsku