Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mewa siwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mewa siwa. Pokaż wszystkie posty

22 marca 2016

Numerowane jaja...





Moja koleżanka kiedyś stwierdziła, że gotowane jajo jest kiepskim symbolem życia i dlatego raczej każdy powinien na Wielkanoc wyhodować sobie kurczaczka... więc żeby było tak choć trochę w świątecznym klimacie, dziś opowieść o jajach i naturalnych pisankach.

Pierwszy raz spotkałem się z nadwiślańską przyrodą gdy zbierałem materiały do pracy dyplomowej. Zajmowałem się pewnymi aspektami biologii mew pospolitych, które po latach przemianowano na mewy siwe. Nigdy te ptaki nie były pospolite a dziś ich liczebność gwałtownie spadła. Tam gdzie dwadzieścia lat temu były kolonie liczące ponad 100 par, dziś możemy znaleźć zaledwie kilka lub kilkanaście gniazd. Aż smutno czasem wracać... Ale i tak większość, coraz mniejszej polskiej populacji tych ptaków gnieździ się na wyspach i łachach Doliny Środkowej Wisły. Raz, jeden jedyny raz, zdarzyło się mi znaleźć gniazdo mewy siwej nie na wyspie a na brzegu. Wszystkie co lepsze miejsca na pobliskiej wyspie były już chyba zajęte. Ptak zbudował je na śródpolnej miedzy, ponad 100 metrów od wody, ukryte wśród wyrastających zbóż . 




Jedną z pierwszych rzeczy, które mnie zaskoczyły w czasie obchodu powierzchni badawczych było to, że po kształcie plamek na mewich jajach można określić kolejność ich złożenia. Plamki na pierwszym jaju są najbardziej okrągłe i mają rozmyte, miękkie krawędzie. Na drugim są nadal okrągławe ale mają ostre krawędzie. Czasem mają też wychodzące niteczki, jakby ktoś cienkim pędzelkiem chciał rozmazać barwnik oraz maleńkie ostre kropeczki. Zaś trzecie jajo ma plamki również o ostrych krawędziach ale wydłużone i poplątane, jakby ktoś chciał na jaju pomalować jakieś esy floresy. Zależność ta jest tak widoczna, że nawet osoby nie związane z ornitologią, po krótkim szkoleniu potrafiły bez pudła określić, które jajo jest które. Wszystkich odwiedzających nas gości w ten sposób testowaliśmy!
Nikt nie wie dlaczego tak jest. A właściwie źle napisałem. Być może już ktoś wie. Ja nie wiem. Doszukiwano się powiązań z szybkością budowy i barwienia skorupki. Im szybciej jajo powstawało i było składane, tym plamki miały być bardziej wydłużone.



Na zdjęciu powyżej jajo górne jest pierwszym złożonym, prawe na dole drugim a lewe trzecim.




Podobny porządek plamkowania widoczny jest w gniazdach mew srebrzystych oraz białogłowych. Zresztą w czasach kiedy zbierałem materiały do pracy magisterskiej mewa białogłowa była podgatunkiem mewy srebrzystej. Czy jesteście w stanie rozpoznać na zdjęciu powyżej, które jajo jest które?




Również w gniazdach śmieszek można bez pudła określić po plamkowaniu kolejność złożenia jaj. Nawet jeśli nie jest to widoczne na pierwszy rzut oka, to wystarczy uważniej przyjrzeć się szczegółom takim jak rozmycie konturów i wydłużenie plamek, aby nie mieć wątpliwości co do kolejności.



Sprawdzało to się nawet wtedy, gdy lęg był mniej typowo ubarwiony. Zresztą u śmieszek była w tej materii największa zmienność. Kilka razy trafiłem na gniazda mew czarnogłowych i wydaje się, że u nich jest podobnie. Aczkolwiek za mało ich widziałem, by móc to stwierdzić jednoznacznie.


Czasem trafiałem na zupełnie nietypowe jaja i dzięki wiedzy o plamkowaniu mogłem określić, że to ostatnie złożone jajo jakoś ptakowi nie wyszło. Na zdjęciu powyżej znajduje się lęg mewy białogłowej.


Pierwszojajeczny pisklak mewy siwej właśnie się wykluwa. Wyraźnie widać miękkie granice plamek oraz ząb jajowy na końcu dzióbka - wspomagający rozbijanie skorupki.


Młode mewy pozostają w gnieździe niezbyt długo, aczkolwiek często trzymają się przez wiele dni w jego pobliżu.








08 lutego 2013

Mewy siwe i niepospolite




Dawno, dawno temu w odległej galaktyce, pracowałem przez kilka lat w nieistniejącym już Instytucie Ekologii PAN. W kilkuosobowej ekipie badaliśmy życie mew siwych wtedy jeszcze nazywanych pospolitymi. Dosłownie i w przenośni. Na każdej wyspie potrafiło się ich gnieździć po dwieście a nawet więcej par. A na regularnie kontrolowanym przez nas odcinku - ponad tysiąc. Obecnie w tym samym miejscu jest ich najwyżej sto par... Wisła niegdyś rozbrzmiewająca wiosną ich melodyjnymi głosami, umilkła niemal całkiem.

Część mojej pracy polegała na dokładnym obserwowaniu zachowania tych ptaków. Godzinami siedziałem w specjalnych ukryciach (podobnych do tych z których obecnie fotografuję) i zaznaczałem na specjalnych mapach co robią. Tędy szły... tu się pokłóciły z sąsiadem... a pod tamtym krzakiem przysnęły na chwilę. Z jednego takiego ukrycia miałem widok na kilka a czasem więcej terytoriów. Podczas obrączkowania mewy miały zakładane dodatkowo kolorowe obrączki. Dzięki temu mogliśmy z daleka określić z którym ptakiem mamy do czynienia. A że po paru latach badań większość ptaków miała takie obrączki, mogliśmy dokładnie określić kto z kim i gdzie...

Chociaż czasem mewy gubiły obrączki... czasem nawet było szkoda, że zgubiły...

No właśnie. Obserwowałem parę ptaków zajmującą się budową gniazda. Wszystko rozgrywało się najwyżej 10 metrów ode mnie. Przez lornetkę widziałem wyraźnie niemal każde piórko.
Mewy chodziły dookoła, co chwilę mościły się w gnieździe, układały jakieś trawki. Pochylały się dziobem w dół i śmiesznie gulgotały udając jednocześnie, że coś dziobią na ziemi. Ornitolodzy nazywają takie zachowanie mew "choking". Sielanka po prostu. W którymś momencie samiec odleciał. Samica stanęła obok budowanego gniazda i zajęła się pielęgnacją upierzenia.

Niespodziewanie obok wylądował... obcy samiec. Miał tyko jedną kolorową obrączkę - fioletową. Resztę gdzieś zgubił. Podniosłem ołówek by zanotować i spodziewając się ataku czekałem na dalszy ciąg. A tymczasem samica do niego podeszła i coś zagulgotała po swojemu. I to zagulgotała przyjaźnie!? Potem oba ptaki podeszły do budowanego gniazda. Obcy samiec obejrzał wszystko niczym inspektor nadzoru budowlanego. Coś poprawił dziobem. Potem razem zrobiły "choking"... wtedy przyleciał właściwy samiec. I co? I nic! Stanął z boku potulnie, wręcz jakby ze zmieszaną miną. Choć w przypadku ptaków wydaje się to być niemal nieprawdopodobne. I stał tak sobie...
Po kilku minutach samiec z kolorową obrączką machnął skrzydłami i odleciał. Nie zobaczyłem go już nigdy więcej, mimo, że obserwacje w tym miejscu prowadziłem jeszcze przez kilka tygodni.
Co się stało? Dlaczego ani samica ani samiec nie pogoniły obcego? Można tylko przypuszczać.
Po przejrzeniu sterty papierów w domu okazało się, że zeszłoroczny samiec tej samicy miał fioletową obrączkę. A para gnieździła się niemal w tym samym miejscu w którym dziś je obserwowałem. Niestety nie jest to żaden dowód... nie można zidentyfikować ptaka na podstawie jednej kolorowej obrączki. Potrzeby jest pełen zestaw (czyli w tym przypadku 4 sztuki). Są to jedynie domniemania. Więc zamiast notatki naukowej wyszła najwyżej próba literacka.






Przyczyny utraty obrączek są różne. Niejednokrotnie plastik po prostu pęka po kilku latach. Ale kilka razy obserwowałem jak ptak dziobał zawzięcie obrączkę na łapie.

29 sierpnia 2012

Mewy siwe i pamiętliwe...


Pamiętałem go dobrze... był jedynym pisklakiem z gniazda położonego na piaszczystej części wyspy. Jego rodzeństwo nie przetrwało pierwszych dni życia. Został sam. Ale z drugiej strony mogł jeść do woli. Wszystko co przynosili rodzice, trafiało w jego gardło. Rósł wiec szybciej niż jego rówieśnicy z sąsiednich gniazd.
Niestety lub na szczęście, jak zwykle zależy to od punktu widzenia i siedzenia, maluch wykluł się w gnieździe na terenie jednego z doświadczalnych ogródków Instytutu Ekologii PAN. Kilkaset metrów kwadratowych wyspy zostało ogrodzonych niewielką siatką. Czyli maluch codziennie był ważony, mierzony. Razem zresztą z paroma innymi mieszkańcami "ogródka" wyklutymi w sąsiednich gniazdach. Czasem takich piskląt trzeba było się nieźle naszukać. Wiadomo, że gdzieś tu są. Tylko siedzą pod jakimś krzaczkiem i udają, że ich tam nie ma.
Ten akurat był dla badaczy przyjazny. Niemal dzień w dzień był w tym samym miejscu. Trzeba było podejść do jednego krzaczka, wyciągnąć rękę, wyjąć, zważyć, zmierzyć... zapisać i odłożyć w to samo miejsce. Nawet nie dziobał, nie obsrywał jak inne pisklęta w badanej kolonii.
Po jakiś trzydziestu dniach zniknął. Nie był już wtedy pisklakiem. Miał rozmiary prawie dorosłej mewy.

I niespodziewanie po czterech latach spotkałem go znowu! Okazał się być samczykiem, poderwał jakąś młodą mewę i założył gniazdo dosłownie dwieście metrów od miejsca swojego wyklucia. Na łasze, na skraju kolonii. Bo jako początkujący małolat nie mógł dorwać się do lepszego miejsca. Wpadł zupełnie bezmyślnie w pułapkę zastawioną przez ornitologów. Po prostu jak śliwka w marynatę. Dosłownie po kilkunastu minutach od jej rozstawienia. I znowu wpadł w moje łapy! Założyłem mu dodatkowo piękne nowe kolorowe obrączki by można go było rozpoznać z daleka przez lunetę, zważyłem i pomierzyłem co mogłem.

I tu zaczęła się zabawa. Ptak siedział w moich rękach właściwie spokojnie. Tylko... chyba bestia pamiętała pomiary ze szczenięcych lat. Co, jak i kiedy robiłem. Bo w najmniej spodziewanych momentach dostawałem z całej siły dziobem po paluchach! I to tak zupełnie niespodziewanie. Mierzę sobie spokojnie coś tam...ptak ani drgnie...  odkładam suwmiarkę a tu nagle jak nie dostanę dziobem z boku! Za chwilę znowu to samo. Nawet znacznie większe mewy srebrzyste tak mnie nie potłukły. Co bym nie robił zawsze bandyta znalazł sposób by zapłacić mi za obrączkowanie i pomiary w szczenięcych ... przepraszam pisklęcych latach.




-  mnie tu nie ma... ktoś coś w ogóle widzi ??  







19 września 2011

Nadwiślańskie łachy - a na nich ponownie mewy pospolite (siwe) ...




Seria zdjęć sprzed kilkunastu lat kiedy  mewy siwe były jeszcze pospolite. Wszystkie zdjęcia zrobiłem w ciągu kilku dni, na nieistniejącej już wiślanej wysepce, na której gnieździło się chyba ze trzydzieści par. Czyli więcej niż widziałem gniazd w tym roku na wszystkich odwiedzanych wyspach. W niewielki krzew wierzby miałem wkomponowany szałas, z którego mogłem obserwować i fotografować ptaki niemal we wszystkich kierunkach. 


Mewy siwe niepospolite biegają po łachach  z wdziękiem  baletnic... 


Próba sił na granicy terytorium. Dwa ptaki z tyłu kombinują  jakby tu  powiększyć swoje włości. Ten na pierwszym planie się nie daje. Pochyla się w dół i zachowuje jakby dziobał ziemię, zabawnie przy tym gulgocząc. Ornitolodzy nazywają to "choking" i po naszemu oznacza "widzę was i zaraz się wku... rzę"

Wkurzenie objawia się przyjęciem pozycji nazywanej "long call". Ptaki wydają przeciągły modulowany okrzyk, zarzucając przy tym głowę aż na plecy. Jest to jeden z najbardziej znanych głosów mew. Niemal w każdym filmie o morzu słychać je gdzieś w tle. Często wespół z bardzo podobnymi , tylko niższymi, głosami mew srebrzystych . To w naszym języku oznacza... "jeszcze krok i w.. dziób"!

Jeśli to nie pomoże, dochodzi do "dziobo lub skrzydłoczynów". Te mewy  trzymały się za bary przez  kilka długich minut. Miętosząc się dziobami i próbując dosięgnąć skrzydłem.

Zakończenie tych wszystkich twardych negocjacji, prób na głosy czy dzioby.

A wszystko po prostu... tak dla jaj!
Swoją drogą po kształcie plamek można określić kolejność składania  jaj z praktycznie stuprocentową  pewnością. 

Tylko, że potem trzeba sobie cierpliwie przez miesiąc siedzieć  i czekać... 

... aż małe coś postanowi, że ma dosyć wewnątrzjajecznego życia.

Ale wtedy dopiero zaczyna się prawdziwa  robota...



... bo wszystkie maluchy są wściekle głodne

 rozłażą się wszędzie i też lubią udawać kamyki lub inną materię nieorganiczną .




19 sierpnia 2011

Nadwiślańskie łachy - a na nich mewy pospolite...





Kiedy przyjechałam po raz pierwszy nad Wisłę zbierać materiały do pracy dyplomowej, niemal na każdej wyspie potrafiło gnieździć się kilkaset par tych ptaków. W całej Polsce było ich niemal 8000 par, większość gnieździła się właśnie Wisłą. Przeciągłe głosy mew pospolitych niosły się kilometrami. Najpierw się słyszało, że dochodzi się do rzeki a dopiero potem widać było wodę. 
Obecnie aż smutno patrzeć. Ich liczebność spadła drastycznie. Wyspy stoją puste. Zaledwie kilkanaście par tu, kilkanaście tam...









Brak piór dookoła oka to efekt grzybicy, bardzo pospolitej u tych ptaków.

Gdy nie ma rodziców pisklęta udają, że ich nie ma ...