Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wisła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wisła. Pokaż wszystkie posty

02 kwietnia 2026

Była Wisła, w Wiśle pieniek...

 


Na kępie kędyś w ciszy śpiewa

Żab rechczących chór dobrany --

Majestatycznie szumią drzewa, 

Toczy się sennie nurt wiślany...


Noc idzie cicha ponad rzeką,

W wód się przegląda srebrnej toni,

A gdzieś na łące, hen daleko

Orkiestra  świerszczów dzwoni, dzwoni...


Zdzisław Dębicki "Nox vadit"





Są miejsca nad Wisłą, które odwiedzam regularnie, przynajmniej kilka razy w roku. Mam takie swoje ulubione. Jedne są bliżej, inne dalej. To, do którego wybrałem się tym razem, mam od mojego domu ze dwadzieścia kilometrów. Tu właśnie kilak lat temu fotografowałem kometę. Opisałem tę historię tu: KLIK

Jesień już się kończyła, miałem trochę nadziei na ostatnie żółte liście ale już wszystko straciło swoje barwy. Ruszyłem sobie piechotą wzdłuż brzegu. Kiedyś miejsce było niemal niedostępne, trawy sięgały powyżej kolan. Z takich wiosennych i letnich wycieczek wracałem mokry od rosy, jakbym po prostu wskoczył w ubraniu do wody po pas. Teraz trawa była niska, bo ktoś zaczął tu wypasać konie. Dzięki temu łatwiej było iść ale niestety wraz z dostępnością, pojawiły się śmieci i inne ślady ludzkiej obecności. 

Spadł też bardzo poziom wody. Na środku wiślanej odnogi pojawił się piasek. Może nie był to suchy ląd, bo trzeba było brodzić w mule i mokrym piasku ale dało się przejść nawet w trekkingowych butach. Więc zszedłem sobie ze skarpy i powędrowałem w miejsce gdzie jeszcze niedawno musiałbym brodzić w wodzie. 

I tak szedłem sobie czasem po piasku, czasem mlaszcząc butami w rzadkim błocku. Szukałem miejsc gdzie można by zaczepić kompozycję i sfotografować późnojesienny wiślany krajobraz. 

I nagle na samym środku nowego lądu trafiłem na wystający z piasku i wody pieniek! Spory, średnicy około pół metra, stary i... zgryziony przez bobry! Kawał drzewa. Włączyły mi się dodatkowe komórki mózgowe i przeszły w tryb analizy rzeczywistości. 

Przyjeżdżam tu mniej więcej od trzydziestu lat. Zawsze w tym miejscu była sobie odnoga Wisły. I nie było żadnych drzew w środku rzeki. 

Bobry pojawiły się w tych okolicach gdzieś w połowie lat 90 XX wieku. Jakieś 10 lat wcześniej, w ramach reintrodukcji tego gatunku wypuszczono 27 sztuk w okolicach ujścia Pilicy i Wilgi. To zaledwie kilkanaście kilometrów stąd. 

A wcześniej? Wcześniej bobrów tu nie było. To znaczy były ale dużo, dużo wcześniej. W 1881 roku Józef Łoziński autor książki "Zwierzęta łowne. Bóbr" napisał: "Czy i gdzie on dzisiaj u nas istnieje, nie wiadomo. Zdaje się, że należy do zwierząt zupełnie wytępionych, nigdzie o nim wzmianki nie znajdujemy". 

Długo ich w Polsce prawie nie było. Po II wojnie światowej doliczono się zaledwie 8 bobrów mieszkających sobie na Suwalszczyźnie... 

Więc co? Drzewo zostało ścięte przez bobry jeszcze wcześniej? Ile? Sto lat, dwieście, trzysta?

Zacząłem buszować po Internecie w poszukiwaniu starych map. Nie było łatwo. 



Do czasów końca II wojny światowej okolica prezentowała się podobnie. Jeśli były jakieś przesunięcia brzegu, to niewielkie. Miejsce, gdzie rosło drzewo, było cały czas gdzieś na środku wiślanej odnogi. 
Na mapach z dwudziestolecia międzywojennego nie było jednej z pobliskich wysp. Jej fragment widać po lewej stronie na górze trzeciego zdjęcia. Powstała prawdopodobnie po wybudowaniu ostrogi i nieczynnej dziś przystani dla promów.  Jakieś dwieście metrów na wschód cały czas były pozostałości starorzecza i wyglądały cały czas podobnie, wiec musiały być znacznie starsze. Może, setki lat temu gdy tam była jakaś odnoga, drzewo akurat znajdowało się na wyspie? Przez prawie 40 lat, kiedy fotografuję nadwiślańską przyrodę, widziałem wiele. Czasem po kilku latach okolica była nie do poznania. Jedne wyspy znikały w nurcie rzeki, inne powstawały, zarastały topolowo-wierzbowymi zaroślami. Inne łączyły się z brzegiem albo jakiś kaprys natury podzielił w czasie wysokiej wody wyspę na części. 
Znam takie miejsca gdzie z brzegu sprzed 20 lat została niewielka skarpa a potem kilometr lądu biegnącego gdzieś w głąb rzeki. 


Sięgnąłem głębiej w nurt historii... Niestety mapy z XIX czy XVIII wieku a przynajmniej te do których dotarłem, były zbyt mało precyzyjne, by stwierdzić czy był w tym miejscu ląd czy nie. Jedynie "Plany rzeki Wisły w granicach Królestwa Polskiego według pomiarów i sprawdzeń w latach 1860 -1866" delikatnie sugerują, że w tym miejscu mógłby być wtedy ląd....  

Przy okazji dowiedziałem się, że dwieście lat temu sąsiednia wieś była na... wyspie, czy jak to mówią w okolicy na kępie. Do dziś ma w nazwie słowo "Kępa". Ślady po dawnej odnodze można znaleźć i teraz. Idący dookoła wsi szereg małych stawików i bagienek oraz wąski pas drzew w miejscu, gdzie dawnej płynęła woda. 

Jakby ktoś miał dostęp do starych map okolic Maciejowic to polecam się pamięci. Może kiedyś coś jeszcze uda się ustalić. 


Zdjęcie pochodzi ze stycznia 2021 roku. Znaleziony pieniek powinien być mniej więcej trochę na lewo od środka kadru.



Nadwiślański współczesny bóbr... 



















02 lutego 2026

Zapiski z drogi... w cieniu historii

 



Nawinęliśmy na koła kolejne dwieście kilometrów i znowu zamieszkaliśmy nad Wisłą. Tym razem tuż pod Opactwem Benedyktynów na Tynieckich skałach. Jest to najstarszy klasztor na terenie Polski.

Początki osadnictwa w tym miejscu sięgają czasów przedhistorycznych. Nasi przodkowie wiedzieli gdzie zamieszkać. Miejsce jest tak urokliwe, że sam bym nie pogardził domem na szczycie wapiennego tynieckiego wzgórza.

Gdzieś na początku XI wieku osiedlili się tu benedyktyni. Obecnie większość historyków uważa, że fundatorem klasztoru był Kazimierz Odnowiciel w 1044 roku. W 2 połowie XI wieku powstał pierwszy kamienny kościół i założenia klasztorne. Z niewielkimi przerwami klasztor działa do dziś.

Z pierwotnych zabudowań zostało bardzo niewiele. W 2026, po czteroletnich przygotowaniach, ma być udostępniony do zwiedzania fragment podziemi z pozostałościami pierwszego romańskiego kościoła. Więc trzeba będzie znowu tu przyjechać... 



Rano jeszcze przed świtem, jak to często robię w terenie podnoszę głowę i wyglądam za okno naszego samochododomku i podrywam się natychmiast. Nad wodą kłębią się mgły. Sam klasztor jest jakiś taki nierzeczywisty. Słońce wschodzące gdzieś za nim już go podświetla tak, że wszystko wygląda baśniowo. Nad opactwem kłębią się kolorowe opary.




Wyciągam sprzęt, statyw i ląduje stopami w mokrej trawie. Niezła dziś rosa! Wskakuję w sandały, jak się zamoczą to i wyschną bez problemu. Ruszam wzdłuż brzegu, wyszukując kolejne kadry. Fotografuję to sam klasztor, to znowu Wisłę. Mgły dbają o piękne widowisko. Widzę, że Tosia też się obudziła i filmuje coś swoją kamerą. 





Niespodziewanie znajduje kotewkę, niewiele - trzy osobniki wplątane są w nadbrzeżne trawy. Niby nic ale... jeszcze kilkanaście lat temu można ją było spotkać najwyżej na 40 stanowiskach w Polsce. Opisałem jej historię tu: Kotewka na śmietniku.  Dziś mam wrażenie, że roślina odbiła się od dna i powoli jej liczebność rośnie. Powoli ale zauważalnie.




Dochodzę aż pod Skałki Piekarskie i oglądam starorzecze. Sporo tu niestety śmieci, głównie jakieś pozostałości po wędkarzach: opakowania po zanętach i robakach, puszki po kukurydzy.

      

Już dobrze po wschodzie słońca, w cieniu opactwa pojawiają się nad wodą mgliste duchy. Wirują w delikatnym wietrze, wyglądają jakby tańczyły tuż nad wodą. Zwiewne postacie kłaniają się w rytmie delikatnych podmuchów wiatru. Wyobraźnia szaleje, prawie słychać  śpiew, niczym ten syreni wabiący Odyseusza. 




Za chwilę słońce pojawi się nad budynkami opactwa, rozgoni mgły, ogrzeje powietrze i zniknie magia... Pogoda zapowiada się bezchmurna więc ciekawsze światło pojawi się dopiero wieczorem lub kolejnego ranka. 





Tosia (Art of Tosia) wyciąga swoje podróżne minisztalugi, farby i zasiada w cieniu drzewa. Maluje obraz za obrazem. Wiecie pewnie, że gdyby ktoś chciał mieć na ścianie zamiast wydruku z Ikei czy innego Empiku, oryginalny, jedyny i niepowtarzalny obraz, to chętnie przyjmuje zamówienia.
 



Po południu wyruszamy obejrzeć klasztor z bliska. Przeprawiamy się niewielkim promem. Bardzo wiele zmieniło się od naszej ostatniej wizyty kilkanaście lat temu. Wtedy nie było promu i prawie nie było ludzi, knajpek, lodów. Wyglądało to tak:  No to gazu  
Niewielki, klimatyczny sklepik w bramie jest zamknięty, za to na dziedzińcu duży sklep, kawiarnia i sporo ludzi. Bardzo turystycznie się zrobiło.  




Wnętrze kościoła św. Piotra i Pawła




Pamiętacie film "Ogniem i mieczem" i scenę kiedy Skrzetuski z kompanią, jadą do Baru po Helenę? Rolę twierdzy barskiej grał właśnie tyniecki klasztor. Filmowany gdzieś od strony Skałek Piekarskich. 





Co robi Krzyś w kilkusetletnim opactwie? Między innymi, w wapiennych kamulcach budujących ściany, szuka skamieniałości. Z sukcesem zresztą. Trochę amonitów zasnęło sobie tam na miliony lat. 




Wieczorne światło pięknie oświetliło opactwo. Znowu aparat był w robocie. Znowu spacer wzdłuż brzegu w poszukiwaniu ciekawych kadrów. Zafascynowały mnie odbicia murów w wodzie. Niewielka dziś wiślana fala spowodowała, że wyglądały jak obrazy impresjonistów odbite w krzywym zwierciadle. 

Następny dzień był bardzo upalny. Żadnych porannych mgieł, najmniejszej chmurki na niebie. Palące słońce i temperatura, której nawet bliskość wody nie złagodziła. Zrobiliśmy więc sobie dzień lenia i zalegliśmy w cieniu. W dalszą drogę ruszyliśmy dopiero kolejnego dnia i powoli zaczęliśmy kierować się w stronę domu...






24 października 2025

Zapiski z drogi... atak chmur








Wy, których dni upływają pod sufitem.

Tak, pod sufitami mieszkań, sklepów, kawiarń, samochodów.

Nawet kiedy lecicie w chmurach,

nad waszymi głowami sufit, pod stopami podłoga.

Witajcie u mnie, pod Niebem.


                                    Edward Redliński w albumie Wiktora Wołkowa







N adal mieszkamy nad Wisłą, zrobiło się tak upalnie, że jedyne co można robić, to siedzieć w cieniu albo... w wodzie po szyję.

Postanowiłem zatem nie rzucać wyzwania rzeczywistości i spędzić kolejny dzień w cieniu drzewa, pracując nad materiałami dla Szkół Benedykta. 

Wstałem przed świtem w nadziei na jakieś fajne ujęcia ale niestety wschód słońca był zwyczajny. Żadnych mgieł, żadnych chmur, ostre słońce - niczym dziura w jaśniejącym niebie, wyskoczyło ponad horyzont i tyle.

Przeszedłem jedynie kilka kilometrów wzdłuż brzegu i wykąpałem się w porannej rosie. Serio... po marszu przez wysokie trawy, miałem spodnie mokre sporo powyżej kolan, tak, że można było je wyżymać. Wisiały sobie potem malowniczo na statywie i schły w letnim słońcu. I nie wiem dlaczego tego nie sfotografowałem. 

Wyciągnąłem notatki i zasiadłem pod drzewem przy małym stoliczku. Przez godzinkę z hakiem udało mi się skupić na pracy ale życie miało inne plany.

Zaczęło się niepozornie. Na bezchmurnym dotąd niebie pojawiło się trochę chmurek. Niczym małe owieczki, pasące się błękitem nieba, powoli wędrowały sobie nad wiślaną wodą... Wstałem i zrobiłem kilka zdjęć, bardziej z przyzwyczajenia. 


Ale po kilkunastu minutach sytuacja się zmieniła. Owieczki zbiegły się i... stały się jakby bardziej agresywne. Znowu przerwałem na kilka minut pisanie, przeszedłem wzdłuż brzegu trochę w prawo, trochę w lewo. Wróciłem do stolika, napisałem kolejne dwa czy trzy zdania i... spojrzałem w niebo.

Chmury kłębiły się coraz bardziej i bardziej. Znów rzuciłem pióro i porzuciłem klawiaturę. Złapałem leżący nieopodal aparat, by pomaszerować wzdłuż brzegu w poszukiwaniu kadru i ciekawszego układu chmur. 
Wróciłem do pisania.

Po napisaniu kolejnych kilku zdań, rzuciłem okiem na Wisłę. Znowu wszystko się zmieniło. W ciągu tych kilku chwil naszły wielkie ciemne chmury i rozciągnęły się nad rzeką na całej szerokości. Wędrowały na różnych wysokościach Te widoczne niżej nad drugim brzegiem były bardzo statyczne, te wyższe, ciemne i skłębione gnały tak, że każda minuta przynosiła coś nowego.


Przez chwilę sypnął rzęsisty deszcz. Tak sypnął, bo wyglądało to tak, jakby ktoś wziął w gigantyczną garść trochę wody i rzucił nią w naszą stronę. Albo przechylił nam nad głowami kosmiczną konewkę. Zanim zdążyliśmy się schować, deszcz się skończył. Zostały tylko śmieszne placki na zakurzonym samochodzie. 

Z uporem wracałem kilka razy do pisania ale... Matka Natura postanowiła nie dać mi się skupić. To już nie były owieczki, nawet nie owce czy barany; to całe stada wkurzonych hipopotamów!
Dosłownie co kilka minut łapałem aparat i robiłem szybki marsz wzdłuż brzegu.

A potem wszystko się uspokoiło, hipopotamy zniknęły, owce zmieniły się w owieczki, które również gdzieś sobie powędrowały, powrócił bezchmurny upał. Niebo stało się bladoniebieskie, jakby wyprażone słońcem aż do utraty koloru. 

Wszystkie zdjęcia zrobiłem w ciągu może dwóch godzin, praktycznie w jednym miejscu, wędrując najwyżej kilkadziesiąt metrów to w jedną, to w drugą stronę wzdłuż wiślanego brzegu.
 








30 września 2020

Polowanie na kometę



Odkrycie z 27 marca 2020 roku przeszło bez echa. Kto by tam zajmował się jakimiś kometami, zauważonymi przez krążący na orbicie teleskop. Tym bardziej, że świat zajęty był epidemią koronawirusa. W Polsce drugi tydzień były zamknięte urzędy, szkoły, muzea czy restauracje. Życie zamarło. Po zazwyczaj pełnym ludzi Placu Zamkowym w Warszawie, przemykały najwyżej pojedyncze osoby.

Zresztą prorokowano, że kometa rozpadnie się gdy tylko zbliży się do słońca. Dopiero w lipcu wzbudziła sensację. Nie dość, że się nie rozpadła, to jeszcze stała się najjaśniejszą kometą od dwudziestu trzech lat - czyli od słynnej komety Halleya. Minęła Słońce w odległości zaledwie 43 milionów kilometrów. Dużo? W skali kosmicznej to bardzo niewiele, To nawet trochę bliżej, niż orbita Merkurego - najbliższej Słońcu planety. 





Nazwa kometa pochodzi z języka greckiego. Słowo κομήτης (komētēs) znaczyło - długowłosa! Z Grecji określenie trafiło do starożytnego Rzymu i łaciny... a potem dalej, rozlało się po całej Europie. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele używanych przez nas słów, swoje prapoczątki ma właśnie w starożytnej grece.
Jako pierwszy użył tego słowa, można powiedzieć wymyślił to określenie... Arystoteles - nazwał tak właśnie gwiazdy z włosami.

A kiedy szukałem informacji i kometach, najbardziej zaskoczyło mnie to, że włosy komety, znaczy jej ogon nie jest z tyłu! Nie powstaje za nią! Jest efektem działania wiatru słonecznego i jest skierowany w stronę... przeciwną niż słońce! A sama kometa wtedy leci sobie jakby bokiem w stosunku do moich i powszechnych wyobrażeń.




Jeszcze niedawno, zaledwie 200 lat temu słowo kometa było w języku polskim rodzaju męskiego. Podobnie jak w łacinie. 

Dziś oczy i myśli wszystkich pociąga do siebie
Nowy gość dostrzeżony niedawno na niebie
Był  to kometa pierwszej wielkości i mocy
Zjawił się na zachodzie leciał ku północy

Tak pisał Adam Mickiewicz w... VIII księdze "Pana Tadeusza"

Chodziło o tak zwaną "Wielką Kometę z 1811 roku", odkrytą w marcu 1811 roku francuskiego astronoma amatora Honoré Flaugerguesa. Była widoczna na niebie aż przez 260 dni! Musiała zrobić na ówczesnych ludziach wielkie wrażenie. Obserwował ją również Pierre Bezuchow, bohater "Wojny i Pokoju" Lwa Tołstoja. W Rosji zresztą nazywana była "Kometą Napoleona". Jej pojawienie miało zwiastować "wszelakie okropności i koniec świata" i poprzedziło właśnie francuską inwazję 1812 roku. 

Wykorzystano ją również, dziś powiedzielibyśmy,  marketingowo. Wśród koneserów wina zapanowało przekonanie o wyjątkowo dobroczynnym wpływie komet na winorośl. Tym bardziej, że po kilku niezbyt korzystnych latach i owoce winorośli i wino wyjątkowo się w 1811 udały. Więc tak zwane "Comet Wine" - osiągało, ku uciesze właścicieli winnic, znacznie wyższe ceny. Nawet nakręcono na ten temat film. Romantyczna komedia z 1992 "Rok komety" opowiada o poszukiwaniach najcenniejszej butelki wina na Ziemi... Właśnie pochodzącej z 1811 roku. 

Na początku 1812 roku Wielka Kometa przestała być widoczna gołym okiem. Po raz ostatni widziano ją przez teleskop w sierpniu tego roku. Kiedyś wróci... Gdyby ktoś był jej ciekaw, to musi jednak trochę poczekać, mniej więcej 2890 lat.






W lipcu 2020 roku w Internecie zaczęły się pojawiać zdjęcia komety Neovise. W rożnych wariantach i układach. Nad miastem, obok drzewa, w zbliżeniu, w krajobrazie. Nawet gdzieś przemknęło mi zdjęcie młodej pary: trzymającej się za ręce i z kometą miedzy głowami! 
Sprawdziłem gdzie kometa powinna być widoczna, sprawdziłem gdzie można ja sfotografować nad Wisłą. Takie właśnie zdjęcie mi się wymarzyło. 
I co? I nic! Przez bite dwa tygodnie, dzień w dzień... chmury! Nawet jeśli nie na całym niebie, to właśnie w tym newralgicznym miejscu... tam gdzie powinna być widoczna kometa. Ba... potrafiło być tak , że przez cały dzień niebo było bezchmurne a wieczorem... już nie! 

Aż tu nagle, gdy prawię straciłem nadzieję, jest! Wyszedłem przed dom i niemal dokładnie na północy, w okolicy Wielkiego Wozu, zobaczyłem gwiazdę z włosami. Przez chwilę obserwowałem ją przez lornetkę. Wyglądała niesamowicie. Nie dziwię się, że komety robiły kiedyś tak wielkie wrażenie. 

A potem ruszyłem... Cóż to był za galop! Porzucona, niedojedzona kolacja, sprzęt wrzucany do samochodu po prostu w biegu. Jakaś pajda chleba i kawałek kiełbasy w ręku... nie wiadomo wszak ile czasu spędzę nad Wisłą. I jazda, najpierw szosą a ostatnich kilka kilometrów polnymi drogami. 

Dojechałem i wyskoczyłem z samochodu. Jakiś siedzący w krzakach wędkarz chyba się mnie przestraszył. Przede mną w ciemności lekko błyszczała Wisła. Spojrzałem na północ... i... 
Na całym niebie iskrzyły się tysiące gwiazd, powietrze było wyjątkowo przejrzyste a dokładnie tam gdzie powinna być kometa - mała chmurka! Nie zasłaniała nawet całego Wielkiego Wozu! Widziałem fragment jego dyszla, gwiazdy z drugiej strony... a w środku - nicość! 
Westchnąłem ciężko w intencji świętego Tadeusza - patrona spraw beznadziejnych. Ustawiłem kadr, tak by na zdjęciu była i woda i drzewa i miejsce gdzie powinna być kometa.

Czekam...
Czekam... 
Czekam...

O... widać dwie następne gwiazdy Wielkiego Wozu...  komety nadal nie. Wszędzie dookoła niebo krystalicznie czyste. Migotanie gwiazd wręcz przyprawia o zawrót głowy. 

Czekam...

I kiedy już trochę zmarzłem a w głowie zaczynała kiełkować myśl: rzuć to wszystko w cholerę i jedź do domu... chmurka gdzieś zniknęła. 
Tuż nad wyspą zobaczyłem gwiazdę z włosami!
Sprzęt poszedł w ruch. Zmieniałem miejsca i obiektywy.
Przestałem marznąć. 

Do domu wróciłem, kiedy niebo na wschodzie zaczęło lekko różowieć.

To była jedna z ostatnich okazji. Wkrótce kometa zaczęła być widoczna coraz słabiej i słabiej... wróci do nas kiedyś, jeśli nic złego jej nie spotka po drodze. Musimy poczekać 6800 lat!





Ach... i jeszcze mam na koniec gorący apel do rowerzystów. Kiedy wracałem do domu spotkałem na szosie w środku nocy trzy całkowicie nieoświetlone rowery. Nawet nie było tych małych światełek odblaskowych w pedałach. Ja wiem, że jest ryzyko - jest zabawa. Ale może znajdźcie sobie inny sposób na zabawę. Zagrajcie w rosyjską ruletkę, skaczcie z mostów do wody albo... nie wiem co jeszcze. Ale nie ukrywajcie się w ciemności przed jadącymi samochodami. To żadna przyjemność mieć was potem na sumieniu. 







19 lipca 2020

Wisła - festiwal chmur i kolorów...




Pogoda ostatnio przynosi wiele niespodzianek. Burze, upały, przelotne deszczyki, ulewy i inne zjawiska pogodowe tworzą na niebie niesamowite spektakle. Czasami zupełnie niespodziewane. Ileż to razy wyglądałem przez okno, stwierdzałem, że nie zanosi się na nic ciekawego... a godzinę potem plułem sobie w brodę. Albo ruszałem w teren i kończyło się na spacerze wzdłuż brzegu. Tak... ostatnie tygodnie były bardzo pracowite. Ale też nie pamiętam bym kiedyś w tak krótkim czasie zrobił tak wiele różnorodnych zdjęć. Te tu pokazane, to zaledwie drobny wycinek.

Ale z drugiej strony opłaciłem to własną krwią. Dosłownie! Takiej ilości komarów nie widziałem od dawna. Przypomniały mi się praktyki terenowe w Białowieży. Robiliśmy wtedy zawody, kto ile komarów trafi na swoim kolanie za jednym uderzeniem ręki. Mój rekord wynosił dziewięć, rekord wszechpraktyk - jedenaście...



















19 września 2019

Wisła - wieczorem komary wychodzą z ukryć...




...A fotografowie jadą w teren. Myślałem, że tego dnia nie zrobię już żadnego zdjęcia. Co prawda wieczór zapowiadał się ciekawie - chmury na niebie były imponujące. Jednak kiedy dojechałam nad Wisłę, chmury postanowiły być jeszcze bardziej imponujące i... zakryły całe niebo. Za to całkiem niespodziewanie pojawiły się całe stada wygłodniałych... komarów. I to w ilościach takich, jakby wszystkie z całej gminy umówiły się właśnie w tym miejscu na berka gryzionego. Pod domem, ledwie kilka kilometrów dalej, nie miałem ich w tym roku wcale. A tu... wchodziły do oczu, nosa... nawet jednego zjadłem, gdy zasapany po wdrapaniu się na stromą skarpę, wziąłem głębszy oddech.
I już chciałem wracać. Myślałem, że jedyne co dziś mnie nad Wisłą spotka, to berek z komarami, gdy równie nagle jak przyszły, chmury się rozeszły. Błysnęły kolory, przejrzały się w wodzie.

Wyciągnąłem więc schowany do tej pory sprzęt i próbowałem nie zwracać uwagi na latające dookoła małe wredoty. Kiepsko to niezwracanie wychodziło. Z daleka musiało wyglądać to zabawnie. Na środku łachy stoi statyw a dookoła niego biega facet i macha rękami, jakby chciał... podfrunąć.















06 maja 2019

Nadwiślański wieczór




Tej nocy niebo w dreszczach od gwiazd mrugawicy
Kołysało swój bezmiar w sąsiednie bezmiary,
To w próżnię swe radosne unosząc pożary,
To zbliżając je znowu ku mojej źrenicy.

                                 Bolesław Leśmian










28 lipca 2018

Krwawy Księżyc




Całkowite zaćmienie Księżyca! Najdłuższe w XXI wieku. Następna taka okazja za ponad 100 lat! Rozmaite media krzyczały o tym tak już od dobrych kilku dni.

Cóż było robić. Nie chciało nam się czekać ponad 100 lat, więc wieczorem postanowiliśmy wyruszyć całą rodziną w teren.

Pogoda postanowiła pograć sobie z nami w kotka i myszkę. Od rana a to się chmurzyło a to błyskało słońce. Im bliżej wieczora, tym więcej było chmur. Nie zniechęciło nas to jednak. Spakowaliśmy sprzęt do samochodu i pojechaliśmy.



Dojechaliśmy nad Wisłę. Wybraliśmy miejsce, gdzie księżyc powinien pojawić się nad wodą. Niestety, zastaliśmy... chmury. Połowa nieba, akurat w tym miejscu, w którym miał się pojawić Krwawy Księżyc, zasłonięta była chmurami. Co prawda malowniczymi ale wyjątkowo pojawiającymi się nie w porę.
Rozstawiliśmy sprzęt, zrobiłem kilka zdjęć wieczornego nadwiślańskiego krajobrazu i... czekaliśmy co będzie dalej.
- Tam, zobaczcie, tam! - krzyczy nagle bystrooki Krzyś i naciska spust swojego aparatu - Tam jest księżyc!
Rzeczywiście, jest jakby jakieś przejaśnienie w chmurach. Ale nawet przez lornetkę trudno było stwierdzić czy to księżyc czy jaśniejsza chmura. Minęło kolejnych kilkanaście minut. To właśnie był moment największego zaćmienia Księżyca a my wypatrywaliśmy czegoś w chmurach.  
Próbuję sfotografować to rozjaśnienie ale trudno jest w nie trafić obiektywem. W nocy, w wizjerze aparatu jest praktycznie niewidoczne. W końcu trafiam i wtedy... na zdjęciu wyraźnie widać okrągły kształt i czerwonawy kolor. Jest! Ledwie widoczny ale jest! Krzyś miał rację!
Po kolejnych kilkunastu minutach chmury niespodziewanie zniknęły. Krwawy Księżyc pojawił się w całej krasie...

... razem z rzeszą innych gwiazd i Marsem - widocznym poniżej i lekko w prawo. 
Świecił tak delikatnie, że na niebie pojawiły się gwiazdy jak w bezksiężycową noc.Widoczna była nawet Droga Mleczna.


Początek końca zaćmienia. Rąbek naszego satelity już wyszedł z cienia Ziemi i ma normalny, srebrzysty kolor. Kiedy uświadomiłem sobie, że ciemniejsza część Księżyca to cień planety, na której sobie akurat stoję, poczułem się dziwnie. Jakby na chwilę odkryto przede mną jakieś wielkie tajemnice wszechświata. Miałem ochotę pomachać i sprawdzić czy dostrzegę tam swój cień...
Ostatnie chwile. Jedynie maleńki fragment Księżyca był jeszcze w cieniu Ziemi. 
I na zakończenie - Wisła w świetle Księżyca - już po zaćmieniu, godzina pierwsza w nocy. Czas wracać do domu. 



A tak sfotografował zaćmienie Księżyca Krzyś i jego Miś Detektyw