02 lutego 2026

Zapiski z drogi... w cieniu historii

 



Nawinęliśmy na koła kolejne dwieście kilometrów i znowu zamieszkaliśmy nad Wisłą. Tym razem tuż pod Opactwem Benedyktynów na Tynieckich skałach. Jest to najstarszy klasztor na terenie Polski.

Początki osadnictwa w tym miejscu sięgają czasów przedhistorycznych. Nasi przodkowie wiedzieli gdzie zamieszkać. Miejsce jest tak urokliwe, że sam bym nie pogardził domem na szczycie wapiennego tynieckiego wzgórza.

Gdzieś na początku XI wieku osiedlili się tu benedyktyni. Obecnie większość historyków uważa, że fundatorem klasztoru był Kazimierz Odnowiciel w 1044 roku. W 2 połowie XI wieku powstał pierwszy kamienny kościół i założenia klasztorne. Z niewielkimi przerwami klasztor działa do dziś.

Z pierwotnych zabudowań zostało bardzo niewiele. W 2026, po czteroletnich przygotowaniach, ma być udostępniony do zwiedzania fragment podziemi z pozostałościami pierwszego romańskiego kościoła. Więc trzeba będzie znowu tu przyjechać... 



Rano jeszcze przed świtem, jak to często robię w terenie podnoszę głowę i wyglądam za okno naszego samochododomku i podrywam się natychmiast. Nad wodą kłębią się mgły. Sam klasztor jest jakiś taki nierzeczywisty. Słońce wschodzące gdzieś za nim już go podświetla tak, że wszystko wygląda baśniowo. Nad opactwem kłębią się kolorowe opary.




Wyciągam sprzęt, statyw i ląduje stopami w mokrej trawie. Niezła dziś rosa! Wskakuję w sandały, jak się zamoczą to i wyschną bez problemu. Ruszam wzdłuż brzegu, wyszukując kolejne kadry. Fotografuję to sam klasztor, to znowu Wisłę. Mgły dbają o piękne widowisko. Widzę, że Tosia też się obudziła i filmuje coś swoją kamerą. 





Niespodziewanie znajduje kotewkę, niewiele - trzy osobniki wplątane są w nadbrzeżne trawy. Niby nic ale... jeszcze kilkanaście lat temu można ją było spotkać najwyżej na 40 stanowiskach w Polsce. Opisałem jej historię tu: Kotewka na śmietniku.  Dziś mam wrażenie, że roślina odbiła się od dna i powoli jej liczebność rośnie. Powoli ale zauważalnie.




Dochodzę aż pod Skałki Piekarskie i oglądam starorzecze. Sporo tu niestety śmieci, głównie jakieś pozostałości po wędkarzach: opakowania po zanętach i robakach, puszki po kukurydzy.

      

Już dobrze po wschodzie słońca, w cieniu opactwa pojawiają się nad wodą mgliste duchy. Wirują w delikatnym wietrze, wyglądają jakby tańczyły tuż nad wodą. Zwiewne postacie kłaniają się w rytmie delikatnych podmuchów wiatru. Wyobraźnia szaleje, prawie słychać  śpiew, niczym ten syreni wabiący Odyseusza. 




Za chwilę słońce pojawi się nad budynkami opactwa, rozgoni mgły, ogrzeje powietrze i zniknie magia... Pogoda zapowiada się bezchmurna więc ciekawsze światło pojawi się dopiero wieczorem lub kolejnego ranka. 





Tosia (Art of Tosia) wyciąga swoje podróżne minisztalugi, farby i zasiada w cieniu drzewa. Maluje obraz za obrazem. Wiecie pewnie, że gdyby ktoś chciał mieć na ścianie zamiast wydruku z Ikei czy innego Empiku, oryginalny, jedyny i niepowtarzalny obraz, to chętnie przyjmuje zamówienia.
 



Po południu wyruszamy obejrzeć klasztor z bliska. Przeprawiamy się niewielkim promem. Bardzo wiele zmieniło się od naszej ostatniej wizyty kilkanaście lat temu. Wtedy nie było promu i prawie nie było ludzi, knajpek, lodów. Wyglądało to tak:  No to gazu  
Niewielki, klimatyczny sklepik w bramie jest zamknięty, za to na dziedzińcu duży sklep, kawiarnia i sporo ludzi. Bardzo turystycznie się zrobiło.  




Wnętrze kościoła św. Piotra i Pawła




Pamiętacie film "Ogniem i mieczem" i scenę kiedy Skrzetuski z kompanią, jadą do Baru po Helenę? Rolę twierdzy barskiej grał właśnie tyniecki klasztor. Filmowany gdzieś od strony Skałek Piekarskich. 





Co robi Krzyś w kilkusetletnim opactwie? Między innymi, w wapiennych kamulcach budujących ściany, szuka skamieniałości. Z sukcesem zresztą. Trochę amonitów zasnęło sobie tam na miliony lat. 




Wieczorne światło pięknie oświetliło opactwo. Znowu aparat był w robocie. Znowu spacer wzdłuż brzegu w poszukiwaniu ciekawych kadrów. Zafascynowały mnie odbicia murów w wodzie. Niewielka dziś wiślana fala spowodowała, że wyglądały jak obrazy impresjonistów odbite w krzywym zwierciadle. 

Następny dzień był bardzo upalny. Żadnych porannych mgieł, najmniejszej chmurki na niebie. Palące słońce i temperatura, której nawet bliskość wody nie złagodziła. Zrobiliśmy więc sobie dzień lenia i zalegliśmy w cieniu. W dalszą drogę ruszyliśmy dopiero kolejnego dnia i powoli zaczęliśmy kierować się w stronę domu...






25 stycznia 2026

Aurora borea... znaczy mazovialis





iewiele brakowało byśmy wszystko przegapili i przespali. W porze, kiedy człowiek zastanawia się czy już czas zaprzyjaźnić się z poduszką, dzwoni nagle telefon - to Tosia! Co się stało?

- Słuchajcie, chyba widzę zorzę? Wychodźcie szybko...  

No, z tym szybko, to tak trochę nie wyszło. Zanim wyciągnęliśmy sprzęt. statyw i stos ciepłych ubrań, minęło dobrych kilka minut, zwłaszcza że pies uparcie pomagał nam wiązać sznurówki. Uwielbia to robić, więc czasem zakładanie i zdejmowanie butów bywa niezłą zabawą. Tym bardziej, że jednocześnie próbuje łapać nasze palce, sznurówki oraz przewracać się na grzbiet, by wystawić brzuszek do drapania. Ogólnie jest wielkim kłębkiem psiej radości.

Danusia łapię torbę z dodatkowymi obiektywami, ja aparat i statyw. W końcu wychodzimy: podwórko, stara jabłoń, brama i już mamy przestrzeń przed nami i niebo gwiaździste nad nami. W mroźnym powietrzu gwiazdy są tak wyraziste, że aż kłują w oczy. 

A w północnej części nieba - czerwień, dziwna, odbijająca się w śniegu i barwiąca go na różowo, rozpraszająca światło gwiazd. Zaś nad głowami i na wschodzie migają pasma czegoś jakby niebieskozielonego ale znikają zanim zdążyłem się im przyjrzeć. 

Rozstawiam statyw marznącymi palcami, termometr przed chwilą pokazywał  -15 stopni i zastanawiam się gdzie u diabła mam rękawiczki. Znajduję je po chwili w czwartej z kolei kieszeni. Znacie prawo rękawiczek? Im bardziej marzną palce, tym dłużej trzeba ich szukać. 

Pierwsze zdjęcia robię prawie nie kadrując, tak by mieć cokolwiek, gdyby zorza nagle zniknęła. 

Przychodzi mi do głowy, by podjechać nad Wisłę ale miejsca gdzie zorza byłaby nad wodą, są o co najmniej pół godziny drogi. To najpierw zrobię zdjęcia pod domem a potem zobaczymy. 



Żeby zrobić kolejne zdjęcia prawie biegniemy na pobliską łąkę, tam rośnie kilka samotnych drzew i jest fajny widok na niebo. Szybki marsz po chrzęszczącym śniegu nie jest łatwy. Zmrożony śnieg łapie stopy i szarpie oddech. Docieram na miejsce zasapany, mimo mrozu jest mi gorąco.


Robię całą serię zdjęć, wykorzystując krajobraz i drzewa. Zauważam, że zorza powoli zanika i przesuwa się w zachodnią stronę. Robię zdjęcie za zdjęciem. To jest absurdalne ale nie mam czasu na oglądanie i podziwianie tego zjawiska. Tylko jak automat naciskam spust migawki i myślę nad kolejnymi ujęciami. Zachowuje się jak japoński turysta, który ogląda zwiedzane okolice dopiero w domu na zrobionych zdjęciach. 


Wędruję jeszcze do pięknej, rosnącej na miedzy brzozy, brzozy którą Tosia nazwała Emily. Bo... wygląda na Emily. Znowu robię serię zdjęć, zmieniając trochę miejsce i punkt widzenia. Od klękania na śniegu mam już na kolanach mokre spodnie. Drobiazg przy piętnastostopniowym mrozie.

Krótki film o Tosi i historii brzozy Emily znajdziecie na jej kanale na YT... "o tu


Już tylko niewielki fragment nieba jest czerwonawy, prawie niewidoczny gołym okiem, ujawnia się dopiero po zrobieniu zdjęcia. 



Wracamy do domu, już jest prawie pierwsza w nocy. Zanim zgraliśmy zdjęcia i obejrzeliśmy co wyszło z tego fotografowania, była już 2 w nocy. Kurczę, latem o tej porze niebo na wschodzie zaczęłoby już różowieć. 

Gdybym pojechał nad Wisłę, nic bym nie zdążył zrobić. Może następnym razem.





28 grudnia 2025

Zapiski z drogi... stary zamek i Troja w Karpatach

 

Może jeszcze za zakrętem    
Ujrzym drzewo albo kamień 
Przez nikogo nie widziane...

J.R.R. Tolkien




Nad górskim potokiem o nazwie "Biała", (Hmmm... czyżby nie był to potok tylko rzeczka? Albo potok rodzaju żeńskiego?) spędziliśmy dwa dni. Byczyliśmy się równo, czytaliśmy książki, Tosia malowała swoje obrazy. Ba...  nawet zażywaliśmy ekologicznego jacuzzi. W jednym miejscu potoku było zagłębienie, jakby wanna i gdy się w niej siadło, płynąca po kamieniach woda, trzepała z dużą siłą w plecy, zaś z drugiej strony żyjące pod kamieniami niewielkie rybki skubały delikatnie nogi. 

Do tego zrobiliśmy pranie. Wiecie jak się robi pranie w górskich potokach? Potrzebny jest do tego sznurek albo kamień albo jedno i drugie. Przywiązujemy sznurek do ubrania i wrzucamy ciuch do wody, zaś sznurek mocujemy do jakiegoś  kamienia, nadbrzeżnego krzaczora czy po prostu przyciskamy ubranie kamieniem  Po godzinie trzepotania w szybko płynącej wodzie ubranie jest czyściutkie. Bez żadnych mydeł, detergentów czy proszków. Potem ozdabiamy drzewo sukienkowe i suszymy wszystko w letnim słońcu. 



Trzeciego dnia ruszamy powoli w stronę Troi... Karpackiej Troi. Skansenu o którym sporo słyszałem ale nie miałem jeszcze okazji go odwiedzić. 

Ale najpierw trzeba znaleźć jakieś fajne miejsce na kolejny nocleg. Poszukiwania na guglomapie ujawniły niewielki leśny parking, daleko od głównych dróg i obok ruin jakiegoś zamku. Do skansenu jest stamtąd może z 10 kilometrów.
Więc cóż, żegnamy potok "Biała" i... nawijamy kilometry asfaltu na koła. 

Późnym popołudniem, kilka kilometrów przed celem, skręcamy w jakąś boczną wąską i krętą drogę. Stajemy na jakimś małym placyku, dobre pół kilometra od zaznaczanego na mapie parkingu. Tylko, że dalszej drogi nie ma! Może z 10 metrów dałoby się przejechać terenówką a potem na przełaj przez las. Nic się zresztą nie zgadza na mapach i w terenie. Zawracamy. Krzyś z nosem w tablecie przejmuje nawigowanie. 100 metrów niżej znajdujemy jeszcze jedną drogę w bok, skręcamy ale... to chyba niemożliwe by prowadziła do naszego celu? Wygląda jakby była to droga donikąd, jakieś krzaczory, dalej widać pasiekę... Wracamy. Jadę powoli tyłem, łypiąc to w jedno, to w drugie lusterko i nagle... ŁUP! Samochód się przechyla. Wpadam tylnym kołem w jakąś dziurę czy inny rów, zupełnie niewidoczny w trawie. Próbuję ruszyć do przodu ale koła tylko buksują. No pięknie!

Danusia idzie do nieodległego domu po pomoc a ja robię kipisz w bagażniku i wyciągam linę, która zgodnie z prawami Murphy'ego, jest w skrzynce na samym końcu. Przyjaciel, który towarzyszył nam przez część podróży podczepia ją do swojego samochodu. Wraca Danusia więc spróbujemy wyciągnąć się własnymi siłami, zanim nadejdzie obiecana pomoc. Odpalamy dwa samochody, lina się napręża. Danusia z Krzysiem pchają z drugiej strony, koła nagle łapią przyczepność i po chwili jestem uwolniony. Cofam się ostrożnie obstawiany przez Krzysia i Danusię, pilnują bym znowu w coś nie wpadł. 
Rozmawiamy przez chwilę z człowiekiem, który przybył z pomocą. Tam dalej nie ma nigdzie żadnego parkingu. Jest tylko ten mały placyk, na którym byliśmy kilka chwil temu. Mapy i rzeczywistość rozchodzą się w tym miejscu mocno. 
Zostajemy więc na tym placyku, choć musieliśmy się nieźle nakombinować, by stanąć w miarę równo, bo kiepsko się śpi w przechylonym samochodzie. 



Rano wybieram się na małą wycieczkę po okolicy. Chciałbym dojść do ruin tego zamku ale jeśli oznaczony na mapie jest podobnie jak parking, to trochę może mi to zająć. Nie znajduje żadnej informacji, szlaku, ścieżki... więc idę na przełaj przez las w mniej więcej dobrym kierunku. A las tu jest naprawdę ładny. Sporo w nim starych drzew o tak niesamowitych, powęźlonych pniach, że musiałem uwiecznić je na zdjęciach. 
W lesie spotkałem tubylca, chodził i szukał grzybów. Doskonale wiedział kim jestem i że nocowaliśmy tu w kamperku. Pyta czy dobrze się spało i czy to fajnie w wakacje tak sobie podróżować.  

Pytam go o zamek. Pokazuje mi w którą stronę iść, by natrafić na ścieżkę... a potem jeszcze długo rozmawialiśmy. Dowiedziałem się, że jeszcze 30 - 40 lat temu zamek był dużo większy. Ale ludzie rozbierali go kawałek po kawałku i wywozili do budowy okolicznych domów. 

- Tu - mówił pokazując na wzniesienie nieopodal - potrafił stać szereg furmanek.

A władze tym się zupełnie nie interesowały. Dopiero po latach ktoś sobie przypomniał: 

- Mamy przecież zamek! 

I objęto całe wzgórze ochroną. Powstał rezerwat Golesz chroniący i przyrodę i ruiny zamku. Tylko z zamku, już prawie nie było czego chronić, bo uchowało się niewiele. Zostały praktycznie same fundamenty. Potem trochę to uporządkowano, zrobili nawet tablice dla turystów... 

- Widział je pan? Nie? No właśnie, stoją zarośnięte w krzakach i to nie przy samym parkingu, gdzie wszyscy chodzą, ale kawałek z boku.

I przypominała mi się historia "Świątyni Słońca" pod Horyńcem. Też z niej niewiele zostało. Opisałem tę historię przed laty. Można ją przeczytać tu.

Żegnamy się i idę w stronę ścieżki, wije się ona dookoła wzgórza na którym stoją przetrzebione i rozebrane resztki zamku. Okolica jest naprawdę ładna. W runie górskiego lasu czerwienią się obficie owoce obrazków plamistych. Musi być tu pięknie wiosną, kiedy rozkwitają ich dziwne, nietypowe kwiaty. 



Obchodzę całe wzgórze. Widać jakby ślady po fosie czy jakimś zagłębieniu ciągnącym się dookoła wzgórza. Wkrótce dochodzę do wejścia do zamku. Ono znowu nie jest malownicze. 


Ot, kawałek bramy i muru wysokości może metra, kawałek bastei podobnych rozmiarów i trochę kamieni porozrzucanych po okolicznych krzakach. Krążę sobie po resztkach zamku i myślę jak sfotografować to, co z niego zostało. 


A potem powoli, starając się nasycić widokami wracam do samochodu. W sumie jak już trzymałem się ścieżki, to okazuje się że jest to całkiem blisko. Na górę szedłem trochę dookoła. I nagle obok parkingu znalazłem wejście na ścieżkę do zamku i te tablice informacyjne. Postawione są tak genialnie, że widać je od tyłu a od przodu zasłonięte jest wszystko jakimiś chaszczami. Stałem rano zaledwie kilka metrów obok i nic nie zauważyłem.


Po śniadaniu zwijamy się i ruszamy w stronę Karpackiej Troi. Nawigacja pokazuje kilkanaście kilometrów, więc szybko dojeżdżamy na miejsce. Przechodzimy przez kasy, okazuje się że otrzymana kiedyś odznaka "Zasłużony dla kultury polskiej" zapewnia mi darmowe wejście. Można też tu kupić trochę historycznych materiałów. Zaopatrujemy się więc w książeczkę o dawnym łucznictwie. 

Pierwsze co mi się rzuca w oczy to bardzo rozległy teren. Będzie trochę chodzenia. 

Skansen założono w miejscu, gdzie odkryto najstarszą osadę obronną w Polsce. Chociaż to raczej złe określenie. Należałoby napisać najstarszą znaną osadę, bo nigdy nie wiemy, co zostanie jutro odkryte. I nie w Polsce a na terenie dzisiejszej Polski, bo cztery tysiące lat temu w epoce wczesnego brązu, nikt o Polsce czy w ogóle o państwach i narodach nie słyszał. 

 


Skansen nie miał na początku szczęścia, Jego otwarcie zaplanowano na lato 2010 roku ale... płynąca kilkaset metrów dalej niewielka rzeczka Ropa, pokrzyżowała te plany. Na co dzień mająca 20 - 30 metrów szerokości, tuż przed otwarciem skansenu wystąpiła z brzegów i zalała całą okolicę. Ucierpiał nie tylko skansen, około 30% pobliskiego Jasła znalazło się też pod wodą. Nie mówiąc o dziesiątkach innych wsi, miast i miasteczek na Podkarpaciu.
Tak wielkiej wody w Ropie nie notowano co najmniej od ponad 100 lat. 

Porządkowanie i usuwanie strat trwało długo. Skansen otworzono dopiero rok później.


Robi się upalnie, tegoroczne lato nie ma litości. Tosia już dawno stwierdziła, że zasiada w cieniu i maluje. My kręcimy się po skansenie i fotografujemy wszystko, co zwróci naszą uwagę. Z racji na upał robimy to bardzo powoli, temperatura nie zachęca do szybszego marszu. By się ochłodzić wchodzimy raz po raz do domków. To ciekawe, gliniane, kryte grubą strzechą nie potrzebują klimatyzacji. W środku jest po prostu chłodno. 




W skansenie można spotkać też różne zwierzaki. Kozy miały wywalone na upał, zaś bliskie naszemu sercu koniki polskie stały sobie w cieniu w stajence i udawały. że ich nie ma. 


Wejście na wzgórze i dawną główną cześć grodu daje nam nieźle w kość. Zrobione są tam schody, z których podziwiać można fragmenty zrekonstruowanych umocnień. Nie wiem ile tam było stopni ale... stanowczo na tę pogodę za dużo. 

Na samym końcu skansenu znajduje się wieża widokowa. Wdrapaliśmy się na nią porządnie zasapani. Ale na górze wiał wiatr i panował miły chłodek. Dopiero stąd widać jak wielki obszar zajmuje teren dawnego grodu. 

Koniec osadnictwa i gwałtowny upadek grodu w tym miejscu datowany jest na wczesne średniowiecze czyli początek XI wieku. Najprawdopodobniej związany jest z utratą po śmierci Bolesława Chrobrego Grodów Czerwieńskich na rzecz Rusi Kijowskiej.
Czyli jakby nie patrzeć okolice te były zamieszkałe przez około 3000 lat! 

Do zwiedzania mamy nie tylko część plenerową ale i bardzo fajne ekspozycje w pawilonie. Powiem tak, żeby wszystko spokojnie obejrzeć i przeczytać umieszczone informacje potrzeba sporo czasu. To nie jest skansen na godzinną wycieczkę. Chyba, że ktoś chce przebiec, odhaczyć zaliczenie i pognać dalej. My zaś lubimy delektować się i oglądać takie miejsca powoli i z uwagą.

Wieczorem ruszyliśmy w dalszą drogę... Dokąd? Zobaczymy.






05 grudnia 2025

Zapiski z drogi... jak nie zostałem szejkiem

 



        Kto wie, może ścieżki, którymi każdy z was powinien wędrować, już ścielą się wam u stóp,                    chociaż ich jeszcze nie widzicie.


JRR Tolkien "Władca Pierścieni"  




pod kamieniołomu i skamieniałych drzew ruszyliśmy w stronę... Gorlic. Dostałem namiary na miejsce, gdzie ropa naftowa samoczynnie wypływa sobie na powierzchnię. Jest takich miejsc trochę w Polsce. Jedno sfotografowałem kilka lat temu, o kolejnym wiem i pewnie też się tam kiedyś wybiorę. 

Zresztą, co tu dużo mówić, byliśmy prekursorami przemysłu naftowego na świecie. To u nas, właśnie w tych okolicach, Ignacy Łukasiewicz założył w 1854 roku pierwszą kopalnię ropy naftowej. A było to pięć lat przed pierwszym odwiertem w Pensylwanii, uważanym powszechnie za początek przemysłu naftowego. Może kiedyś napiszę o tym miejscu więcej, bo mam przecież zdjęcia ze skansenu w Bóbrce. 

A pierwszy szyb naftowy u nas powstał w roku 1952 właśnie w pobliżu Siar, czyli miejsca do którego zmierzaliśmy, choć samą ropę wydobywano tu z płytkich źródeł, metodą "dziura w ziemi i wiadro"  już w XVII wieku.

Po drodze stajemy przy małej knajpce. Tosia i Krzyś są straszliwymi kawoszami. Jakieś w ogóle czary odprawiają przy własnoręcznym jej przygotowywaniu. I poszli w jakość a nie w ilość, jedna filiżanka od czasu do czasu zamiast 5 rozpuszczalnych dziennie... 

Więc dziś właśnie naszła ich ochota na jakąś wyczesaną kawę, kawę której nazwy nie jestem w stanie ani wymówić ani zapamiętać. Wypatrzyli coś po drodze, coś co robiło nadzieję i wpatrywali się we mnie niczym dwa bobry w młodą wierzbę. A że wiadomo powszechnie, iż Stare Konie mają do Źrebaków słabość, to nie było innego wyjścia jak uwzględnić tę wizytę w planach.

Mimo, że miałem ustawionego Gnaja (Wiecie co to jest Gnaj? To takie urządzenie... GPS - Gnaj Przed Siebie), kawiarenka z daleka wyglądała tak niepozornie, że ją przegapiliśmy. Trzeba było zawracać. Maleńki parking ukryty był za drzewami. Od strony drogi niemal nie było widać, co mieści się w głębi. A w środku...! Pełno łakoci rozmaitych. Duży plac z kameralnymi miejscami gdzie można w ciszy i spokoju oddać się grzeszeniu łakomstwem, dające cień drzewa, woliery z ptakami i królikami... 


Krzyś z Tosią delektowali się kawą i jakimiś ciachami. My pożarliśmy kawałek czekoladowego tortu i podobnej rolady... Ach... takich dobrych rzeczy dawno nie jedliśmy. Bo wiecie, w drodze nie ma warunków, by takie łakocie przygotować samodzielnie.

Gdyby ktoś chciał równie jak my pogrzeszyć łakomstwem, to knajpeczka nazywa się fikuśnie - pół po polsku, pół po angielsku - "Filiżanka Village" i znajduje się w miejscowości Bogoniowice. I nie, nie płacą mi za reklamę. Nawet nie wiedzą, że ich tak obsmarowałem. A gdyby ktoś chciał się zatrzymać w okolicy na dłużej, to niedaleko pod Ciężkowicami jest rezerwat Skamieniałe Miasto. Fajne miejsce nawet na dłuższą wycieczkę.  


Objedzeni ruszamy dalej w drogę w poszukiwaniu ropy naftowej. I oczywiście pod sam koniec zaczynamy błądzić. Na jakimś skrzyżowaniu wąskich, górskich dróg skręcamy nie w tę z pięciu odnóg. Prowadzenie przejmuje Krzyś, który jest mistrzem w tej materii. Robimy wielkie kilkukilometrowe koło, bo na wąskiej drodze nie ma jak zawrócić i wjeżdżamy wreszcie w tą właściwą. Jeszcze dwa kilometry, kilometr... stop. To gdzieś tu, dalej trzeba iść piechotą. 

Zabieram potrzebny sprzęt, statyw i powtarzam w głowie opis dalszej drogi: do lasu, potem kilkaset metrów i będzie mała steczka w bok. Jeszcze kilkaset metrów i będzie strumień a na jego brzegu kałuża ropy... 

Las jest wilgotny i ciemny, Od razu zrobiło się chłodniej. Letni upał przegrał z drzewami. Przypomina mi się Stary Las z Władcy Pierścieni. Niemal wypatruję między drzewami Toma Bombadila. 

I prawie przeoczyłem ścieżynkę w bok. Była tak delikatna, że tylko lata doświadczeń w wędrowaniu po lasach i bezdrożach pozwoliły mi dostrzec jej nikły ślad. Zresztą do końca nie byłem pewien czy dobrze trafiłem, czy nie trzeba będzie wracać i szukać dalej.

Ledwie widoczna dróżka wije się między drzewami, raz w lewo, raz w prawo, raz w górę, raz w dół. Po kilku minutach marszu widzę mały jar i w nim chyba maleńki strumień. Rozglądam się, a na brzegu jest ciemna plama o nietypowym jak na las kolorze. Podekscytowany i z nadzieją w sercu przyspieszam,

Tak to jest to! Trafiłem jak po sznurku. Wokół rozchodzi się delikatny zapach, jak przy tankowaniu samochodu. Kałuża nie jest wielka, ma najwyżej ze 3 metry średnicy. Ze środka wydobywają się pęcherzyki gazu. Krążę dookoła, robiąc ujęcia to z jednej, to z drugiej strony. Obok, pod drzewem leży jakiś plastikowy kanisterek, którym okoliczni mieszkańcy wybierają trochę ropy na własny użytek. Wykorzystują ją do dziś, między innymi do konserwacji drewna. 

Niestety ropy było mało, jakbym się bardzo postarał, może uzbierałbym słoiczek. Większość to... woda przykryta cienką warstwą ropy. Zresztą wszystkie okoliczne złoża ropy naftowej mają jedynie znaczenie historyczne. Obecnie w materiałach geologicznych widnieje status "wyczerpane". Trzeba by się cofnąć o ponad 100 lat, kiedy było to jedno z ważniejszych miejsc wydobycia ropy naftowej w Polsce. Po okolicznych lasach i łąkach pełno było wtedy kopanek czyli takich studni z ropą czy szybów w miejscach gdzie ropa była głębiej. A głębiej w tym miejscu znaczyło zaledwie 20 - 30 metrów!
Potem pojechaliśmy szukać drugiego miejsca, jakiś kilometr dalej. I tu nas spotkało rozczarowanie. Kręciliśmy się po lesie ponad 3 godziny i znaleźliśmy jedynie pozostałości okopów z I wojny światowej. W miejscu gdzie pod Golicami była wielka bitwa, nazywana czasem Małym Verdun. Według  szacunków zginęło tam lub zostało rannych po obu stronach (rosyjskiej i austrowęgierskiej)  ponad 150 tysięcy żołnierzy. 



Zmachani wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę odległego o kilkadziesiąt kilometrów urokliwego miejsca nad górskim potokiem, gdzie już zatrzymywaliśmy kilka razy w czasie różnych podróży i teraz postanowiliśmy odpocząć przez dzień czy dwa. Po drodze zatrzymaliśmy się na pizzę w miejscowości o wdzięcznej nazwie Ropa. Byliśmy zbyt zmęczeni, by szykować wieczorem coś samemu. 
Zasnęliśmy ukołysani szumem wody i głosami puszczyków w pobliskim lesie. 






13 listopada 2025

Zapiski z drogi... motylek na krańcu świata



– Co to jest droga, panie Matoszko?

– Nie bądźmy dziećmi, panie, droga? Co to jest droga?… To zależy, czy się nią idzie, czy się na nią patrzy… dajmy na to z okna, zimo… a ktoś z daleka, dzyń – dzyń, nadjeżdża… sanno… nie wiadomo kto… do kogo skręci… czy pojedzie dalej… Pojechał!…Kto to?… Dokąd – skąd?…

                                                                                                                               Edward Redliński




Tym razem to Tosia z Krzysiem wybrali, gdzie dalej poprowadzi nas droga. Coś tam patrzyli na mapy, klikali, jeździli paluchami po tablecie...

I znaleźli...niewielki parking przy małym nieużywanym już kamieniołomie, z widokiem na góry. Podobno w pogodne dni można dostrzec nawet Tatry. A na dodatek gdzieś przy tym kamieniołomie leżą sobie skamieniałe pnie drzew sprzed około 66 milionów lat. Czyli mniej więcej z czasów kiedy po świecie dreptały sobie dinozaury, nieświadome jeszcze że za kilka chwil zacznie się wielkie wymieranie. 

Zatem ruszamy dalej. Zapada ciepły letni zmierzch. Wkrótce zjeżdżamy w jakieś boczne drogi, wąskie, kręte, prowadzące przez lasy. W światłach samochodu prawie nic nie widać. Jadę 20 kilometrów na godzinę i nie wiem czy za chwilę będzie ostro w prawo i w dół, czy ostro w lewo i w górę. Mam wrażenie, że kręcę się w kółko i nigdy nie wyjadę z tej plątaniny dróg. Świat staje się ograniczony do niewielkiego kręgu, oświetlonego przez samochodowe reflektory. Wszystko co dalej jakby nie istniało. Zastanawiam się czy w tej krętej ciemności nie wyjechałem już poza granice wszechświata. 

Pod koniec kieruje mnie Krzyś: 

- Jeszcze 100 metrów, 50... teraz!

Staję w miejscu i się rozglądam. Po lewej widać niewielką przerwę między drzewami i jasny spłachetek czegoś, co może robić za parking. Nieduży, najwyżej na 2-3 samochody. Skręcam, jest ciemno, ciasno i krzywo. Trochę manewruję i jakoś ustawiam samochód równiej. 

Po szaleńczej jeździe, krętymi drogami, niewiele szerszymi od samochodu, mam wrażenie, że jestem na końcu świata w środku niczego...  


Rankiem idziemy pobuszować po okolicy. Kamieniołom jest nieduży ale malowniczy. Ładnie widać skośnie biegnące warstwy skał. 



Krzyś buszując po okolicy znajduje te sławetne skamieniałe drzewa. Woła mnie i biegnę tam z aparatem. Podobno są to dęby... albo jakieś drzewa iglaste... albo w ogóle nie są to drzewa. Bo niektórzy badacze poddają drzewość tych kamieni w wątpliwość. Ale cóż, na tym właśnie polega nauka, na poddawaniu wszystkiego w wątpliwość.... i jeszcze raz w wątpliwość, i jeszcze raz...

Na nasze oczy wyglądało to coś jak pinie leżących drzew i było z kamienia. Podobno znaleziono je w czasie prac w pobliskim kamieniołomie i odciągnięto na bok, by nie przeszkadzały w pracy. 




No i oczywiście musiałem zrobić sobie zdjęcie na skamieniałym drzewie... 



Po południu Krzyś bierze mały młotek geologiczny i idzie jeszcze pobuszować po kamieniołomie. Ja sobie siedzę nad książką i oddaję się błogiemu lenistwu. I nagle słyszę:

- Tato... chodź szybko! I weź aparat z makro!
Hmmm, chłopak coś znalazł. Zapinam właściwy obiektyw idę w stronę kamieniołomu. 
Krzyś stoi przy kępie sadźca konopiastego. Wyciąga rękę.

- Widziałeś kiedyś takie motyle? Bo ja nie.

Patrzę i przeszukuję swoją pamięć, coś tam się lekko iskrzy w neuronach. 

- Chyba nie? - mówię lekko niepewnie.


Robię pierwszą serię zdjęć, wcale nie jest łatwo. Wiercą się te motyle jakby im ktoś sprężynki nakręcił. Nie chcą współpracować. A jest ich tu całkiem sporo. Na dużej kępie sadźca żeruje ich przynajmniej kilkanaście. Robię przerwę i szukam co to za dziwny, nieznany mi motyl. 

Wujek Gugl jest tu pomocą. Mija kilka minut i już wiem. To krasopani hera. Hmm... ładnie się nazywa ale... nie tylko nie widziałem tego motyla ale i nazwa chyba nie obiła mi się o uszy. Czytam więc dalej...
O kurczę niedopieczone! To skrajnie rzadki motyl. Można go spotkać jedynie w Pieninach i niewielu stanowiskach na Podkarpaciu!



Złapałem aparat i pobiegłem fotografować dalej. Nie wiadomo, kiedy trafi się kolejna okazja, by zrobić zdjęcia krasopani? Pracowałem aż do momentu, gdy zarośla znalazły się w całkowitym cieniu. 

Chwilę potem ruszyliśmy w dalszą drogę.

W domu, po pierwszej selekcji do kosza poszła połowa zrobionych zdjęć. Tu coś było nieostre, tam poruszone. Małe wiercipięty nie chciały ułatwić fotografowania. 



Później zacząłem czytać więcej o krasopani herze i wygląda, że znaleźliśmy nowe, nieznane wcześniej stanowisko. Trzeba będzie to gdzieś zgłosić. Pewnie jakiś entomologów ta informacja zainteresuje. 


AKTUALIZACJA: Tak, to jest nowe stanowisko, zostaliśmy odkrywcami!







 

24 października 2025

Zapiski z drogi... atak chmur








Wy, których dni upływają pod sufitem.

Tak, pod sufitami mieszkań, sklepów, kawiarń, samochodów.

Nawet kiedy lecicie w chmurach,

nad waszymi głowami sufit, pod stopami podłoga.

Witajcie u mnie, pod Niebem.


                                    Edward Redliński w albumie Wiktora Wołkowa







N adal mieszkamy nad Wisłą, zrobiło się tak upalnie, że jedyne co można robić, to siedzieć w cieniu albo... w wodzie po szyję.

Postanowiłem zatem nie rzucać wyzwania rzeczywistości i spędzić kolejny dzień w cieniu drzewa, pracując nad materiałami dla Szkół Benedykta. 

Wstałem przed świtem w nadziei na jakieś fajne ujęcia ale niestety wschód słońca był zwyczajny. Żadnych mgieł, żadnych chmur, ostre słońce - niczym dziura w jaśniejącym niebie, wyskoczyło ponad horyzont i tyle.

Przeszedłem jedynie kilka kilometrów wzdłuż brzegu i wykąpałem się w porannej rosie. Serio... po marszu przez wysokie trawy, miałem spodnie mokre sporo powyżej kolan, tak, że można było je wyżymać. Wisiały sobie potem malowniczo na statywie i schły w letnim słońcu. I nie wiem dlaczego tego nie sfotografowałem. 

Wyciągnąłem notatki i zasiadłem pod drzewem przy małym stoliczku. Przez godzinkę z hakiem udało mi się skupić na pracy ale życie miało inne plany.

Zaczęło się niepozornie. Na bezchmurnym dotąd niebie pojawiło się trochę chmurek. Niczym małe owieczki, pasące się błękitem nieba, powoli wędrowały sobie nad wiślaną wodą... Wstałem i zrobiłem kilka zdjęć, bardziej z przyzwyczajenia. 


Ale po kilkunastu minutach sytuacja się zmieniła. Owieczki zbiegły się i... stały się jakby bardziej agresywne. Znowu przerwałem na kilka minut pisanie, przeszedłem wzdłuż brzegu trochę w prawo, trochę w lewo. Wróciłem do stolika, napisałem kolejne dwa czy trzy zdania i... spojrzałem w niebo.

Chmury kłębiły się coraz bardziej i bardziej. Znów rzuciłem pióro i porzuciłem klawiaturę. Złapałem leżący nieopodal aparat, by pomaszerować wzdłuż brzegu w poszukiwaniu kadru i ciekawszego układu chmur. 
Wróciłem do pisania.

Po napisaniu kolejnych kilku zdań, rzuciłem okiem na Wisłę. Znowu wszystko się zmieniło. W ciągu tych kilku chwil naszły wielkie ciemne chmury i rozciągnęły się nad rzeką na całej szerokości. Wędrowały na różnych wysokościach Te widoczne niżej nad drugim brzegiem były bardzo statyczne, te wyższe, ciemne i skłębione gnały tak, że każda minuta przynosiła coś nowego.


Przez chwilę sypnął rzęsisty deszcz. Tak sypnął, bo wyglądało to tak, jakby ktoś wziął w gigantyczną garść trochę wody i rzucił nią w naszą stronę. Albo przechylił nam nad głowami kosmiczną konewkę. Zanim zdążyliśmy się schować, deszcz się skończył. Zostały tylko śmieszne placki na zakurzonym samochodzie. 

Z uporem wracałem kilka razy do pisania ale... Matka Natura postanowiła nie dać mi się skupić. To już nie były owieczki, nawet nie owce czy barany; to całe stada wkurzonych hipopotamów!
Dosłownie co kilka minut łapałem aparat i robiłem szybki marsz wzdłuż brzegu.

A potem wszystko się uspokoiło, hipopotamy zniknęły, owce zmieniły się w owieczki, które również gdzieś sobie powędrowały, powrócił bezchmurny upał. Niebo stało się bladoniebieskie, jakby wyprażone słońcem aż do utraty koloru. 

Wszystkie zdjęcia zrobiłem w ciągu może dwóch godzin, praktycznie w jednym miejscu, wędrując najwyżej kilkadziesiąt metrów to w jedną, to w drugą stronę wzdłuż wiślanego brzegu.
 








08 października 2025

Zapiski z drogi... Było sobie drzewko

 


A droga wiedzie w przód i w przód,
Choć się zaczęła tuż za progiem –
I w dal przede mną mknie na wschód,
A ja wciąż za nią – tak, jak mogę…
Znużone stopy depczą szlak –
Aż w szerszą się rozpłynie drogę,
Gdzie strumień licznych dróg już wpadł…
A potem dokąd? – rzec nie mogę.”

                                    J.R.R.Tolkien




ym razem postanowiliśmy na kilka dni zamieszkać nad Wisłą. Jechaliśmy długo jakimiś krętymi drogami przez coraz to mniejsze wsie. Kilka razy miałem wrażenie, że wjedziemy komuś na podwórko ale w ostatniej chwili, pojawiała się niewidoczna do ostatniej chwili droga w bok. Chociaż droga to chyba za dużo powiedziane, gdy spotkaliśmy kogoś jadącego z naprzeciwka, trzeba było zwolnić i zjechać częściowo na pobocze. W końcu przejechaliśmy wał przeciwpowodziowy i przed nami rozciągnęły się rozległe nadwiślańskie łąki poprzecinane polnymi drogami. Gdzieś daleko po lewej stał kamper czy przyczepa, więc pojechaliśmy w prawo. Ominęliśmy jakieś nadbrzeżne krzaczory i nagle wylądowaliśmy nad samym brzegiem w miejscu idealnie nadającym się na obozowisko. We wszystkie strony widok na rzekę i drzewo dające cień w upalne dni. 

Brzeg był stromy, prad szybki. Co jakiś czas słychać było głośny plusk, to obrywał się kawałek podmytej przez nurt darni... 

A kiedy popatrzyłem na mapę, uzmysłowiłem sobie że już tu kiedyś byłem. Chyba ponad 30 lat temu robiłem zdjęcia mewom na widocznej na środku rzeki wyspie. Ale okolica wyglądała zupełnie inaczej, nic nie wzbudziło żadnych skojarzeń. Gdybym nie pamiętał nazw nadbrzeżnych miejscowości, w ogóle bym się nie zorientował. Cóż, Wisła jak każda dzika rzeka zmienną jest... 

Nad samym brzegiem rósł spory krzak głogu. Sam jeden wśród traw. Wyglądał bardzo malowniczo więc uczyniłem go bohaterem swoich zdjęć. 

Pierwsze zdjęcia zrobiłem zaraz po przyjeździe, kolejne wieczorem...



Kolejne następnego dnia rano, przy wtórze gęsiego gęgania, bo spore stado krążyło wtedy nad rzeką. Spłoszyła je pędząca środkiem motorówka i szukały spokojniejszego miejsca. Kilka razy siadały, podrywały się, siadały...



I wtedy dostrzegłem, że drzewko rośnie praktycznie w powietrzu! Kawał darni wystawał z podmytego brzegu i trzymał się pewnie tylko na korzeniach. Nie były to może wiszące ogrody Semiramidy, jeden z siedmiu cudów świata wybudowany przez babilońskiego władcę Nabuchodonozora II dla swojej ukochanej małżonki,  ale... i tak widok robił wrażenie. Ciekaw byłem od jak dawna tak sobie wisi?
 


Zastanawiałem się czy nie zejść na dół ale... bałem się. Stroma skarpa wyższa od człowieka, zejść może i by się dało ale jak wspiąć się z powrotem? 



I siedzieliśmy sobie pod wieczór, zastanawiając się czy jutro jechać dalej czy zostać jeszcze trochę, kiedy usłyszeliśmy szum jakby gdzieś obok lunął rzęsisty deszcz a potem głośny plusk. 
Krzyś, który akurat patrzył się we właściwą stronę poderwał się: 

- Drzewko zniknęło!

Skoczyliśmy nad pobliski brzeg. I rzeczywiście, krzak głogu leżał na dole częściowo w falach Wisły.  Zniknął jak wiszące ogrody Babilonu. Zostały tylko zdjęcia.

- Przez chwilę myślałem, że mam jakieś przewidzenia - dodał Krzyś.