13 lipca 2026

Krajobraz po... pożarze.

 




Po ponad dwóch miesiącach postanowiłem odwiedzić miejsce, gdzie w marcu spłonęło wiele hektarów nadbrzeżnych, łęgowych zarośli. 

Pojechałem z drążącym sercem. Jakoś podskórnie bałem się, co zastanę na miejscu. 

Dojechałem...

To, co widziałem wcześniej opisałem tu: (Nie)pochwała głupoty 

Jak to wyglądało teraz?

Wielkie topole wypuściły liście ale... tylko na wyższych gałęziach. Te niższe, będące na wysokości nadpalonych i osmalonych pni, były praktycznie bezlistne. Czasem jakiś pojedynczy liść próbował żyć ale nie wyglądał dobrze. Mały, blady i poskręcany...





Rozejrzałem się i po chwili dostrzegłem, że jedna z topoli w ogóle nie ma liści. U podstawy miała przynajmniej metr średnicy. Mniejsze krzewy i młode drzewa też w ogóle nie wypuściły liści. Widoczne są na zdjęciu przed martwą topolą. W tle widać zielone zarośla w miejscach, gdzie nie sięgnął wiosenny pożar.




Prawie wszędzie było zielono ale nie były to trawy, jak przez poprzednie lata, tylko gęste zarośla inwazyjnej nawłoci. Rośliny, która jak zajmie teren, to nie pozwoli niczemu innemu wyrosnąć pod spodem. Widać jej nasiona były dużo bardziej odporne na działanie ognia i roślina natychmiast to wykorzystała. Natomiast tam gdzie ogień nie doszedł, rosły sobie trawy z różnymi łąkowymi roślinami, poprzetykane rzadkimi nawłociami. Widziałem rumianki, firletki, jaskry, nawet jakiś kozibród się trafił... 




Tam gdzie rosły nawłocie... rosły same nawłocie. Sporadycznie między nimi próbowała żyć jakaś inna roślina. Stłamszona i ledwie żywa. 




Miejscami, pewnie tam gdzie ogień  i temperatura były większe, nie rosło nic. Takich plam gołej ziemi znalazłem kilka . 




W oddali zobaczyłem jeszcze spaloną i połamaną starą wierzbę. Podszedłem bliżej. Wnętrze wielkiego potrzaskanego pnia było wypalone. Najprawdopodobniej zajęło się próchno, które jak w każdej porządnej, wiekowej wierzbie było w środku. 





Czy drzewo runęło wczesnej i tylko pożar dokończył dzieła? Bliższe oględziny niestety pokazały, ze było dokładnie odwrotnie. Najpierw spłonęło wnętrze a osłabiona wierzba nie utrzymała ciężaru swoich konarów. Widać to wyraźnie na zdjęciu, gdzie pęknięcia nie są nawet lekko osmalone. 
Później, w domu, przejrzałem dokładnie zdjęcia zrobione po pożarze w czasie poprzedniej wizyty. Na kilku było ją widać. Stała jeszcze cała. Być może  żar w środku niszczył właśnie jej wnętrze ale stała. Jeden tylko konar leżał na ziemi odłamany jakąś wichurą (to ten z osmalonym końcem widoczny na zdjęciu) a pozostałe sięgały nieba i czekały na wiosnę... 

Nie doczekały się... 





Wierzby są twarde. Potrafią urosnąć dosłownie z patyka czy wbitej w ziemię gałęzi. Sam mam koło domu dwa już całkiem spore, gdzieś dwudziestoletnie drzewa, które pierwotnie były... słupkami w ogrodzeniu! Wypuściły gałązki, ukorzeniły się i... teraz dają mi cień w upalne dni. 

I ta też próbuje żyć. Na potrzaskanych konarach kilka gałązek puściło świeże liście. Coś tam się jeszcze dzieje w środku poranionego drzewa. Co z tego wyniknie okaże się za kilka lat. Czas ludzki i czas drzew biegną zupełnie inaczej. 

Kiedyś opisałem historię innej wierzby: Nadwiślańska wie(rzb)(dźm)a. Rosła ona sobie nawet nie sto metrów od tej potrzaskanej. Dziś nie ma tam ani wierzby, ani gęstwiny traw, ani nadwiślańskich chabazi. Wszystko spłonęło w tegorocznym pożarze. I tylko rozrosła się i wszędzie króluje inwazyjna nawłoć.




25 czerwca 2026

Zapiski z drogi... Frasobliwy.

 


Nad wodą zgarbiony dąb stary  żylasty, 

Kędy bielą płótna wesołe niewiasty.

Po łące bociany stąpają powolne,

A w owsach jednostajnie brzęczą świerszcze polne, 

A z borów cienistych leśnej okolicy

Rozwiewa się wonność sosnowej żywicy.

Teofil Lenartowicz






W czasie, jak pisał kiedyś mój przyjaciel Marcin G., szlajania się po Polsce, dotarliśmy kiedyś pod Poznań i postanowiliśmy zamieszkać przez kilka dni nad Wartą. Ustawiliśmy nasz ruchomy domek tuż przy brzegu, w cieniu starych dębów, w miejscu gdzie przyjeżdżają okoliczni wędkarze. Niezbyt często, bo jak się okazało przez cały czas widzieliśmy ich aż... trzech! 

Pobliskie dęby były kiedyś nadgryzione przez bobry, co widać zresztą na zdjęciu. Ale chyba dębina nie smakowała zwierzakom, bo zgryziona była zaledwie czwarta część pnia. I to sądząc ze stanu zabliźnienia, wiele lat temu.




Niedaleko, może z pół godziny marszu, rozciągał się rezerwat Krajkowo. Niesamowite miejsce. Dawne starorzecza Warty sprzed setek a może i więcej lat. Niektóre jego fragmenty jeszcze przypominały jeziora, z trzcinowiskami, kaczkami i łabędziami. Inne były już mocno zarośnięte i niedostępne. Po jeszcze innych zostały zaledwie bagniska...  A po tych najstarszych już tylko nieco inny kolor roślinności, widoczny jedynie na zdjęciach lotniczych czy satelitarnych. Niewykluczone, że pamiętały one czasy Mieszka i pierwszych Piastów. 

Rezerwat powstał w 1958 roku, więc od dawna jest ta okolica chroniona i pozostawiona przyrodzie.

To jedno z niewielu miejsc, które w życiu odwiedziłem, gdzie miałem wrażenie, że przeniosłem się w czasie i przestrzeni. Brzegi starorzeczy zasłane były dziesiątkami i setkami przewróconych i starych drzew, głównie dębów. Niemal z żadnej strony nie było widać najmniejszych śladów ludzkiej cywilizacji. Przez cały dzień kręcenia się i fotografowania rezerwatu widziałem poza moją rodziną, jedną (słownie jedną) osobę. Tak mogły wyglądać doliny wszystkich rzek kilkaset lat temu. 




Niektóre z tych drzew musiały tam leżeć od wielu dziesiątków lat. Ochrona rezerwatowa spowodowała, że nikt tego nie próbował usuwać, wykorzystać, pociąć i jak drzewo się przewróciło, tak leżało i leżeć będzie aż do końca świata lub drzewa...




Ale obok miejsca gdzie zamieszkaliśmy, też było ciekawie. Z jednej strony rozciągały się wielkie zdziczałe łąki, ukraszone niczym sernik rodzynkami, pojedynczymi starymi drzewami, z drugiej rzadka dąbrowa a dalej łęgowe nadbrzeżne zarośla. Dzikie, nieprzebyte.... wszelakie niewielkie dróżki kończyły się i szybko gubiły w zaroślach. Dalej teren był niemal dziewiczy, przecinany czasem ledwo widocznymi zwierzęcymi ścieżkami. Być może byłem pierwszym człowiekiem od wielu lat, który wszedł do wnętrza tego chaszczowiska. 
Któregoś poranka złapałem sprzęt i wybrałem się na długi spacer. Na drzewach hasały sikory, zewsząd cilpcalpały pierwiosnki, nad samą Wartą śpiewała wilga. Z daleka niosły się głosy i śmiechy Tosi i Krzysia, którzy pod starą sosną wygłupiali się i obrzucali się szyszkami.

Dotarłem do sporego, bardzo malowniczego dębu. Rósł sobie kilka metrów od wijącej się przez łąkę drogi. Na moje oko mógł mieć co najmniej dwieście lat. Tak dla pokazania skali, pamiętał powstanie listopadowe, powstanie styczniowe, I wojnę światową, II wojnę światową...
Zszedłem z drogi i zacząłem się uważnie drzewu przyglądać. Może posłuży mi za model do kolejnej części "Opowieści o starych drzewach"? Obszedłem je dookoła i nagle...
Na pniu na wysokości około dwóch metrów, praktycznie od tyłu drogi zobaczyłem coś, co ewidentnie nie było naturalne. Podszedłem bliżej i zobaczyłem maleńką figurkę Jezusa Frasobliwego! I nawet z niewielkim daszkiem. Całość miała może z 10 centymetrów wysokości. Maleństwo takie. 
 



Zadumałem się... Kto go tu powiesił, dlaczego i kiedy? Ewidentnie dawno temu. I czemu od drugiej strony? Tak, że jest niewidoczny z drogi? Gdybym nie postanowił przyjrzeć się drzewu dokładniej, nigdy bym tego nie zobaczył. Zresztą co tu dużo mówić, przechodziliśmy obok już wiele razy i go nie zauważyliśmy. 



A może droga kiedyś biegła z drugiej strony drzewa? To by znaczyło, że świątek ma swoje lata... I dlaczego tu? W odległości kilku kilometrów od najbliższej wsi? Kto? Czy jeszcze żyje a jeśli nie, to czy ktoś o tej figurce pamięta? Przyjdzie tu czasem, pomodli się, zaduma się nad tym światem? 

Więcej pytań niż odpowiedzi... Pewnie nigdy nie znajdę na nie odpowiedzi.




O ile sama postać wyrzeźbiona była dość schematycznie, to twarz była niesamowita. Pełna ekspresji, smutku i zadumania nad światem. Mógłbym tam stać i patrzeć na nią długo. 

Trochę miałem problemów ze zrobieniem zdjęć, bo musiałem aparat trzymać nad głową, wyciągając ręce i celować praktycznie na ślepo. Nie widziałem jak jest z ostrością czy kadrem. Nawet włączenie podglądu na żywo niewiele dawało, bo monitorek widziałem pod dużym kątem 









08 czerwca 2026

Z życia bajora...

 





Normalnie gorzej niż w blokowisku. Tam co prawda z jednej strony sąsiad nawala młotkiem czy czymś, bo od dwóch lat robi remont, z drugiej strony dwa razy w tygodniu słychać kłótnie i latające talarze a gdzieś z daleka daje o sobie znać miłośnik Zenka... Ale nikt nie wchodzi na balkon czy do mieszkania bez pytania.

A tu proszę... nie widzi kurka wodna jego mać granicy na wodzie? Wyraźnie jest przecież narysowana. Sam skrzydłem kreśliłem...  Głąb jeden kapuściany w pióra ubrany. Dziobem mu trzeba tłumaczyć. I niby to ma być potomek dinozaurów? Nosz aż worki powietrzne zatrzepotały mi ze śmiechu.

A ile się naskrzeczał i nagdakał gdy uciekał. Chyba nawet jakieś pióra pogubił.








28 maja 2026

Oszust jeden...

 

Dziś na niebie wielka draka

woła głośno szpak do szpaka.

 

Kamila Bednarek - Sprytne szpaki




zęsto z samego rana wychodzę sobie na mały spacer, idę polnymi drogami snującymi się dookoła domu. Zastawiam się, co dziś ciekawego można zrobić. Często też włączam sobie w telefonie aplikację "Merlin Bird ID" rozpoznającą, czy próbującą rozpoznawać głosy ptaków. Dlaczego? Niejednokrotnie wychwyci więcej niż moje ucho. Zwłaszcza gdy odzywa się wiele ptaków na raz. Aplikacja ma swoje wady oczywiście, czasem się myli. Kiedyś nad Prosną wyświetliła mi gatunek żyjący na co dzień w Ameryce Południowej. Co ciekawe, pewnie jest to kwestia czułości mikrofonu, doskonale wychwytuje dźwięki o wysokiej częstotliwości. Nieraz mi się zdarzało, że program pokazywał śpiewającego na przykład trznadla... a ja go usłyszałem dopiero, gdy skupiłem się i zacząłem nasłuchiwać... i faktycznie, gdzieś daleko, ledwo słyszalny śpiewa! I z drugiej strony, bardzo słabo reaguje na dźwięki o niskiej częstotliwości. Ja już wyraźnie słyszę gdzieś gołębia grzywacza a program nadal go nie wykrywa. 

Więc pewnego słonecznego, kwietniowego poranka kręcę się koło domu, przyglądam się krokusom, których setki posadziłem kilka lat temu. Wyciągam z kieszeni telefon i sprawdzam co tam system wykrył... i widzę... jest bernikla kanadyjska! No proszę program dziś miał cyfrową czkawkę... 

Ale następnego dnia znowu... bernikla kanadyjska. No, to już dziwne. Najbliższe miejsce gdzie teoretycznie miałaby szansę wylądować, najbliższa woda nieco większa niż duża wanna jest w prostej linii ze dwa kilometry. 



Kolejnego dnia, stojąc pod rosnącą przy oknie starą jabłonką i ja usłyszałem ciche ni to gęganie, ni to skrzypienie bernikli! Nade mną siedział szpak i sobie bezczelnie naśladował. Łobuz jeden.

Ten szpak w ogóle jest niezły. Mieszka mi w dziupli na jabłonce od lat. Naśladuje wszystko co może. Wśród rzeczy, które miałem okazję rozpoznać i zidentyfikować była: wilga, przepiórka, trzciniak, kurka wodna, łyska, gdaczące kury, pustułka, żaby zielone, kawka, czajka... no to teraz trzeba dopisać do listy i berniklę...

I tak się zastanawiam... Ptak szpak zrobił mnie ewidentnie w konia... 





I do tego zobaczcie, jaką ma zadowoloną minę. 

17 maja 2026

Pewnego razu nad Wisłą

 





Po dwóch tygodniach bezchmurnej, słonecznej pogody pojawiły się na niebie chmury rokujące, że wieczór i zachód słońca nad Wisłą będzie fotogeniczny. Spakowaliśmy sprzęt i psa do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Niemal w to samo miejsce, które opisałem w tekście "(Nie)pochwała głupoty". 

Po dojechaniu na miejsce pies jak zawsze dostał odpału i najpierw puścił się wyciągniętym radosnym galopem, wzdłuż brzegu, to w jedną to w drugą stronę a potem zaczął obszczekiwać wiślane fale i nawet jedną czy drugą próbował złapać zębami. No bo tak bezczelnie ta woda chlapie w jego stronę i zachęca do zabawy. 

Światło rzeczywiście zrobiło się ciekawe. Na kilka chwil rozzłociło wiślaną wodę. Powietrze niosło głosy śmieszek, mew siwych i białogłowych. Gdzieś na jakiejś łasze po prawej pracowicie gulgotały sieweczki obrożne.  Aparat miał co robić. 



Chmury też dały ładny popis. Tuż po zachodzie słońca rozbłysły różnymi kolorami.  Czerwieniami, żółciami i wszelakimi odcieniami granatu, szarości i czegoś tam jeszcze, czego nie potrafię nazwać.



I mieliśmy już wracać do domu, gdy za rzeką zaczęło się błyskać. Daleko jeszcze, nie słychać było grzmotów ale chmury szły w naszą stronę. Postanowiliśmy więc poczekać, może będzie okazja zrobić zdjęcia piorunów nad Wisłą.  



Już słychać było grzmoty, pioruny były coraz bliżej. Jeden przeleciał nawet poziomo przez dobrych kilka kilometrów. 

I nagle zobaczyliśmy po drugiej stronie rzeki czerwonawe światełko. Pewnie jacyś wędkarze rozpalili ognisko. 

Ale po kilku chwilach i dwóch błyskach piorunów ognisko zrobiło się dziwnie duże. Przyniosłem z samochodu lornetkę. Oj... to nie jest ognisko! Płomień jest zbyt duży i rozszerza się na boki. Płoną nadbrzeżne zarośla a ogień bardzo szybko się rozprzestrzenia. 




Zanim wyciągnąłem telefon i wybrałem alarmowy numer, już gołym okiem było widać, że to nie ognisko. Płomienie sięgały na kilka metrów w górę i rozciągały się, trudno ocenić z daleka, przynajmniej na kilkadziesiąt metrów. 





Miałem trochę problemów z wyjaśnieniem, gdzie jest ten pożar. Byłem nad brzegiem Wisły kilka kilometrów od najbliższej wsi. Rzut oka na guglomapę pokazał nam, że pożar niestety lub na szczęście najprawdopodobniej jest na wyspie. Raczej nie da się tam wjechać wozami strażackimi. I raczej się nie rozniesie dalej. I rzeczywiście, po kwadransie usłyszeliśmy syreny krążące to po prawej to po lewej stronie od płomieni.
I tak się zastanawiałem... ktoś w nocy podpalił suche trawy na wyspie? Czy też może jakiś zabłąkany piorun tak pechowo trafił? 






Chcieliśmy zostać dłużej i zobaczyć jak rozwinie się sytuacja ale tymczasem burza dotarła do nas, Sypnęło kroplami deszczu, zawiało porządnie. Musiałem skończyć fotografowanie, bo długi obiektyw i ciężki statyw nie wytrzymywały podmuchów wiatru, zdjęcia zaczęły wychodzić poruszone. A kiedy dostałem po  głowie gałęzią, taką grubości porządnej psiej łapy, woleliśmy wskoczyć do samochodu i ruszyć w stronę domu. 
Po drodze musieliśmy jeszcze zrobić mały objazd polnymi drogami bo w poprzek szosy leżało sobie przewrócone przez wiatr całkiem spore drzewo. Strażacy właśnie je cieli na kawałki. 




29 kwietnia 2026

(Nie)pochwała głupoty

 




Jestże, na Boga żywego, coś szczęśliwszego od tego nasienia ludzkiego, które powszechnie nazywają głuptakami. błaznami, półgłówkami, kapuścianymi głąbami?


Erazm z Rotterdamu - "Pochwała głupoty"




W słoneczny sobotni poranek ruszyliśmy na objazd nadwiślańskich brzegów, zatrzymując się co kilka kilometrów i sprawdzając jak przedwiośnie wygląda w tym roku. Po raz kolejny zjechaliśmy nad rzekę tam gdzie niedawno znalazłem pień starego drzewa, najprawdopodobniej ścięty przez bobry setki lat temu. Opisałem to tu: "Była Wisła, w Wiśle pieniek..."

Wyjechaliśmy zza zakrętu polnej drogi i aż z wrażenia nacisnąłem hamulec. Samochód stanął prawie w miejscu. Przed nami, przez setki metrów rozciągał się niemal monochromatyczny krajobraz. Ktoś chyba postanowił wypalić nadbrzeżne, suche trawy i... spalił kilka hektarów łęgowych zarośli. Na moje niewprawne oko co najmniej 5 hektarów. 

Zacisnąłem zęby i klnąc po cichu pod nosem wyciągnąłem aparat. Pożar musiał być całkiem niedawno. Wszędzie unosił się przykry zapach spalenizny. Zwęglona trawa chrupała mi pod nogami. I panowała niemal cisza, zaczynające właśnie wiosenne śpiewy ptaki, przeniosły się gdzieś dalej.



Sądząc z nadpalenia kory, płomienie w tym miejscu sięgały trzech czy czterech metrów. Nic się ludzie nie uczą. Kilka lat temu w naszej okolicy spłonął drewniany dom. Starsza kobieta postanowiła zrobić wiosenne porządki i wypalić trochę traw dookoła podwórka, została bez dachu nad głową. Rok czy dwa wcześniej i kilka wsi dalej pożar suchych traw podsycany przez silny wiatr przeniósł się na drewniany dom. A, że stał on blisko szosy, to mijałem jego zwęglone pozostałości jeszcze przez wiele miesięcy.  





Stare topole, sądząc po średnicy, powinny mieć dobrze ponad sto lat. Przeżyły pierwszą wojnę światową, odzyskanie niepodległości, drugą wojnę światową. Czy przetrwają pożar z 2026 roku przekonamy się za kilka miesięcy. 





I po co to komu? To, że ginie wtedy mnóstwo zwierząt: owadów, pajęczaków, gryzoni, ryjówek, jeży, jaszczurek, żab, węży a nawet zajęcy czy saren to... no wiem, zgodnie ze starą zasadą chłop żywemu nie przepuści, nawet dziś na ogół na wsiach to na nikim nie robi wrażenia. 

Kiedyś lata temu w czasie wędrówki po nadwiślańskich łąkach, spotkaliśmy grabiącą skoszoną trawę, babcię. I jakoś tak nawiązała się rozmowa o tym, co tu robimy. Starsi ludzie na wsiach często są ciekawi. No i opowiadamy, że robimy zdjęcia, które potem można zobaczyć w różnych książkach i że właśnie przed chwilą sfotografowaliśmy dużego zaskrońca i że niełatwo takiego spotkać. A babcia na to:

- Tak. tak... teraz to tych wężów mało, kiedyś to było. Tak... Jak my robili sianokosy, to mąż i 30 potrafił utłuc jednego dnia. 





Legendy wiejskie mówią, że w ten sposób się użyźnia, bo popiół jest jak nawóz. Ale cóż, są to tylko legendy. Dzieje się dokładnie odwrotnie. Po pierwsze wypalanie niszcząc pokrywę roślinną powoduje szybsze wysychanie gleby i większą podatność na erozję wietrzną i wodną. Innymi słowy mówiąc, jak zawieje wiatr, to wywieje suche, powierzchniowe warstwy gleby gdzieś dalej. Czasem o wiele kilometrów. Co jakiś czas docierają informacje o pyle znad Sahary, który pojawia się nad Europą. To właśnie jest to zjawisko. 





Co dzieje się dalej w czasie pożaru? Wysoka, sięgająca czasem nawet kilkuset stopni temperatura, wyjaławia powierzchniową warstwę gleby, zabija żyjące tam mikroorganizmy: bakterie i grzyby.  A one niestety pełnią tam ważną funkcję. Uczestniczą między innymi w - uwaga będzie mądre słowo - humifikacji. Czyli przetwarzaniu martwej materii organicznej na próchnicę. Próchnica odpowiada zaś za żyzność gleby. Ma zdolność do gromadzenia wody, więc gleba wolniej wysycha z racji na swoją strukturę, przeciwdziała też erozji. 
Ale kto by tam wierzył w jakieś tam bakterie glebotwórcze. Bakterie psze pana to powodują choroby, taką grypę albo inną cholerę... i trza je tępić. 
Nawet w szkołach o pożytecznej roli większości bakterii i dziś niewiele się wspomina. Dużo większą wagę program przykłada do bakterii chorobotwórczych, choć stanowią one nawet nie jeden procent wszystkich żyjących na świecie bakterii. 
Nie wiem czy wiecie ale dorosły zdrowy człowiek, wewnątrz i na skórze nawet dwa kilogramy różnych bakterii. Ogromna większość z nich jest dla nas pożyteczna. Bakterie jelitowe między innymi stymulują i wspomagają procesy odpornościowe. 





A co się dzieje jeszcze dalej? Próchnica w glebie jest wszak związkiem organicznym i w wysokiej temperaturze również ulega zniszczeniu. A jak napisałem wcześniej odpowiada ona za żyzność gleby. W efekcie regeneracja gleby, odtworzenie flory bakteryjnej i zniszczonej próchnicy może trwać wiele lat. Jeżeli pożar był powierzchniowy i warstwa próchniczna nie została zbyt uszkodzona, regeneracja trwa zaledwie kilka lat. Jeżeli był to głęboki pożar, a ten na taki wygląda i stu lat może być mało.  Tak dla porównania, w przeciętnych warunkach w naszym klimacie jeden centymetr pełnowartościowej gleby powstaje w ciągu... 100 do 500 lat!
Jak gdzieś przeczytałem, gleba jest środowiskiem życia, które łatwo zniszczyć  a jej otworzenie wymaga czasu geologicznego a nie ludzkiego.  




Szczęściem w nieszczęściu spalony teren był otoczony polnymi drogami. Płomienie nie zdołały przedostać się dalej. Gdyby nie to, spłonęłoby nie kilka a kilkanaście lub więcej hektarów. 

Tak dla wyjaśnienia... mam nadzieję, że wszyscy wiedzą, iż grypa jest chorobą wirusową i nie wywołują jej bakterie ;)






02 kwietnia 2026

Była Wisła, w Wiśle pieniek...

 


Na kępie kędyś w ciszy śpiewa

Żab rechczących chór dobrany --

Majestatycznie szumią drzewa, 

Toczy się sennie nurt wiślany...


Noc idzie cicha ponad rzeką,

W wód się przegląda srebrnej toni,

A gdzieś na łące, hen daleko

Orkiestra  świerszczów dzwoni, dzwoni...


Zdzisław Dębicki "Nox vadit"





Są miejsca nad Wisłą, które odwiedzam regularnie, przynajmniej kilka razy w roku. Mam takie swoje ulubione. Jedne są bliżej, inne dalej. To, do którego wybrałem się tym razem, mam od mojego domu ze dwadzieścia kilometrów. Tu właśnie kilak lat temu fotografowałem kometę. Opisałem tę historię tu: KLIK

Jesień już się kończyła, miałem trochę nadziei na ostatnie żółte liście ale już wszystko straciło swoje barwy. Ruszyłem sobie piechotą wzdłuż brzegu. Kiedyś miejsce było niemal niedostępne, trawy sięgały powyżej kolan. Z takich wiosennych i letnich wycieczek wracałem mokry od rosy, jakbym po prostu wskoczył w ubraniu do wody po pas. Teraz trawa była niska, bo ktoś zaczął tu wypasać konie. Dzięki temu łatwiej było iść ale niestety wraz z dostępnością, pojawiły się śmieci i inne ślady ludzkiej obecności. 

Spadł też bardzo poziom wody. Na środku wiślanej odnogi pojawił się piasek. Może nie był to suchy ląd, bo trzeba było brodzić w mule i mokrym piasku ale dało się przejść nawet w trekkingowych butach. Więc zszedłem sobie ze skarpy i powędrowałem w miejsce gdzie jeszcze niedawno musiałbym brodzić w wodzie. 

I tak szedłem sobie czasem po piasku, czasem mlaszcząc butami w rzadkim błocku. Szukałem miejsc gdzie można by zaczepić kompozycję i sfotografować późnojesienny wiślany krajobraz. 

I nagle na samym środku nowego lądu trafiłem na wystający z piasku i wody pieniek! Spory, średnicy około pół metra, stary i... zgryziony przez bobry! Kawał drzewa. Włączyły mi się dodatkowe komórki mózgowe i przeszły w tryb analizy rzeczywistości. 

Przyjeżdżam tu mniej więcej od trzydziestu lat. Zawsze w tym miejscu była sobie odnoga Wisły. I nie było żadnych drzew w środku rzeki. 

Bobry pojawiły się w tych okolicach gdzieś w połowie lat 90 XX wieku. Jakieś 10 lat wcześniej, w ramach reintrodukcji tego gatunku wypuszczono 27 sztuk w okolicach ujścia Pilicy i Wilgi. To zaledwie kilkanaście kilometrów stąd. 

A wcześniej? Wcześniej bobrów tu nie było. To znaczy były ale dużo, dużo wcześniej. W 1881 roku Józef Łoziński autor książki "Zwierzęta łowne. Bóbr" napisał: "Czy i gdzie on dzisiaj u nas istnieje, nie wiadomo. Zdaje się, że należy do zwierząt zupełnie wytępionych, nigdzie o nim wzmianki nie znajdujemy". 

Długo ich w Polsce prawie nie było. Po II wojnie światowej doliczono się zaledwie 8 bobrów mieszkających sobie na Suwalszczyźnie... 

Więc co? Drzewo zostało ścięte przez bobry jeszcze wcześniej? Ile? Sto lat, dwieście, trzysta?

Zacząłem buszować po Internecie w poszukiwaniu starych map. Nie było łatwo. 



Do czasów końca II wojny światowej okolica prezentowała się podobnie. Jeśli były jakieś przesunięcia brzegu, to niewielkie. Miejsce, gdzie rosło drzewo, było cały czas gdzieś na środku wiślanej odnogi. 
Na mapach z dwudziestolecia międzywojennego nie było jednej z pobliskich wysp. Jej fragment widać po lewej stronie na górze trzeciego zdjęcia. Powstała prawdopodobnie po wybudowaniu ostrogi i nieczynnej dziś przystani dla promów.  Jakieś dwieście metrów na wschód cały czas były pozostałości starorzecza i wyglądały cały czas podobnie, wiec musiały być znacznie starsze. Może, setki lat temu gdy tam była jakaś odnoga, drzewo akurat znajdowało się na wyspie? Przez prawie 40 lat, kiedy fotografuję nadwiślańską przyrodę, widziałem wiele. Czasem po kilku latach okolica była nie do poznania. Jedne wyspy znikały w nurcie rzeki, inne powstawały, zarastały topolowo-wierzbowymi zaroślami. Inne łączyły się z brzegiem albo jakiś kaprys natury podzielił w czasie wysokiej wody wyspę na części. 
Znam takie miejsca gdzie z brzegu sprzed 20 lat została niewielka skarpa a potem kilometr lądu biegnącego gdzieś w głąb rzeki. 


Sięgnąłem głębiej w nurt historii... Niestety mapy z XIX czy XVIII wieku a przynajmniej te do których dotarłem, były zbyt mało precyzyjne, by stwierdzić czy był w tym miejscu ląd czy nie. Jedynie "Plany rzeki Wisły w granicach Królestwa Polskiego według pomiarów i sprawdzeń w latach 1860 -1866" delikatnie sugerują, że w tym miejscu mógłby być wtedy ląd....  

Przy okazji dowiedziałem się, że dwieście lat temu sąsiednia wieś była na... wyspie, czy jak to mówią w okolicy na kępie. Do dziś ma w nazwie słowo "Kępa". Ślady po dawnej odnodze można znaleźć i teraz. Idący dookoła wsi szereg małych stawików i bagienek oraz wąski pas drzew w miejscu, gdzie dawnej płynęła woda. 

Jakby ktoś miał dostęp do starych map okolic Maciejowic to polecam się pamięci. Może kiedyś coś jeszcze uda się ustalić. 


Zdjęcie pochodzi ze stycznia 2021 roku. Znaleziony pieniek powinien być mniej więcej trochę na lewo od środka kadru.



Nadwiślański współczesny bóbr... 



















20 marca 2026

Zapiski z drogi... Ty Wieprzu ty...

 


W pierwszym brzasku dnia

ubrane w światło i ciszę

rzeczy budzą się z ciemności

jak było na początku świata.


Anonim

Hymn na Jutrznię






W ramach poszukiwania nowych krajobrazów, nowych tematów do zdjęć i nowych wrażeń wybraliśmy się nad... Wieprz. Nieodległy w sumie, bo po godzinie jazdy byliśmy na miejscu. 

Wieprz to niezwykła rzeka, dzika, intensywnie meandrująca, pełna zakoli i starorzeczy. Są tam miejsca, w które nawet dojść jest trudno. Próba przejścia przypomina wędrówkę przez dżunglę, każdy krok wymaga walki z trawami po pas i gęstymi chabaziami. 

Zatrzymaliśmy się na kilka dni przy takim zakolu. Z trzech stron otaczała nas woda. Z jednej strony tuż obok, z drugiej brzeg trochę dalej, z trzeciej było może ze sto metrów gęstych traw i znowu brzeg a z czwartej... ledwo widoczna polna droga, którą czasem dojeżdżają tu wędkarze. Na plus trzeba dodać, że miejsce było dosyć czyste. Zebraliśmy zaledwie małą siateczkę śmieci: jakieś pudełko po zanętach, dwie butelki, puszkę po piwie i kukurydzy... Zazwyczaj z takich miejsc wywozimy porządny worek z pozostałościami ludzkiej obecności. 

A z innej beczki, nie wiem czy wiecie ale do Wieprza wpada rzeczka o nazwie Świnka! Nie jest duża, ma jakieś 40 kilometrów długości i przy ujściu zaledwie kilka metrów szerokości.  Kiedyś tam pojedziemy. Sfotografować ujście Świnki do Wieprza to jest coś. 



Jak zawsze w terenie otworzyłem oczy chwilę przed  świtem. Na niebie galopowały skłębione chmury, gdzieniegdzie przez okienka prześwitywało jasne niebo. Na wschodzie coś przecierało się czerwonawo. Złapałem aparat, statyw i powędrowałem szukać miejsca, gdzie można ciekawie ten poranek nad rzeką uwiecznić. Pies oczywiście uznał, że idzie ze mną i będzie mi pomagał... na razie zadbał bym nie szedł zbyt szybko, bo zaczął mi wywijać pod nogami radosne ósemki. Mógłbym się w pośpiechu przecież o coś potknąć.




Doszedłem nad brzeg Wieprza, rozstawiłem statyw i czekałem na wschód słońca. Na niebie działo się coś niezwykłego. Gdzieś w górze wiało tak porządnie, że słychać było ciche buczenie a chmury po prostu szalały. Migawka aparatu zaczęła trzaskać raz za razem. 

Te trzy ujęcia zrobiłem z jednego miejsca bo... nie zdążyłbym przestawić statywu. Między kolejnymi zdjęciami mijała gdzieś minuta! Następne miejsce, gdzie byłby dobry kadr, znajdowało się ze 100 metrów dalej. A tu jak widać liczyła się każda chwila. 







Festiwal chmur skończył się dość szybko. Po pół godzinie chmurne kłębowiska wygrały na jakiś czas ze słońcem. 
A pies? Pies nagle zaczął się zachowywać dziwnie, zamiast biegać radośnie w kółko, stanął a potem podszedł do mnie i wpatrywał się z uwagą gdzieś w nadbrzeżne łąki. Obracam się a tam... koziołek wyszedł sobie na środek i się popisuje. Wyprostowany dumnie chodził sobie w jedną i drugą stronę, potem zaczął szczekać co bardzo zdziwiło i zdeprymowało psa. Wyraźnie nie wiedział co ma z tym fantem zrobić. Koziołek nas nie widział, więc zachowywał się naturalnie. Niestety był zbyt daleko, by zrobić mu jakiekolwiek zdjęcie. Po kilku chwilach zaczął biec i w radosnych podskokach zniknął sobie za krzakami. 





Wracam do samochodu i odsypiam wstawanie przed czwartą rano. A potem się rozpogadza i robimy sobie śniadanie na trawie... z psem jako testerem zapachów. 













01 marca 2026

Słowa (u)tracone...

 


Pamiętam ów ruchliwie rozbłyskany szron
I śniegu ociężałe na gałęziach nawiesie,
I jego nieustanny z drzew na ziemię zron
I uczucie, że w słońcu razem z śniegiem skrze się.

Bolesław Leśmian





Ostatnią taką zimę mieliśmy kilkanaście lat temu. Gdy przeglądam swoje zdjęcia, widzę że zdarzały się później jakieś śnieżne i mroźne epizody ale zanim człowiek się tym nacieszył, to wszystko wracało do szaroburej normy. 

Można narzekać, że zimno w uszy i nosy a można wykorzystać ten czas na fotografowanie i...przypomnienie sobie słownictwa związanego z zimą. Słownictwa, które coraz częściej jest zapominane, zwłaszcza w miastach, gdzie ludzie są odcięci od różnych zjawisk pogodowych. Na wsiach zresztą też, coraz mniej ludzi pracuje na roli. Wyjeżdżają do pracy, gdy zimą jest jeszcze ciemno, wracają gdy już jest ciemno.

Trochę poszperałem, poszukałem, poczytałem... wybrałem swoje zdjęcia, niektóre są nawet sprzed trzydziestu lat. 



Siwy mróz - tak określano przymrozki ścinające jesienią trawy oraz lekko bielące pola i łąki. Dziś to określenie funkcjonuje jeszcze na wsiach. W miastach praktycznie ginie, bo i spotkać tam siwy mróz, wśród betonu, asfaltu i wystrzyżonych trawników, jest trudno. 
A wrażanie, kiedy jesienią wychodzisz poza miastem z domu i zamiast zielonej łąki widzisz siwe coś, jakby ktoś w krajobrazie przesunął suwak saturacji, jest niesamowite. 




Okiść to gruba warstwa śniegu osiadająca na gałęziach, powstaje w temperaturze bliskiej zera, kiedy mokry ciężki śnieg przymarza do gałęzi. Może powodować łamanie tych gałęzi a nieraz i całych drzew. Miejsca z powalonymi przez śnieg drzewami nazywane są przez przyrodników śniegołomami. 
Na zdjęciu Bukowe Berdo w Bieszczadach... dawno temu.

Natomiast świeży, miękki puchowy śnieg pokrywający wszystko co może i często opadający z gałęzi w ciągu kilku godzin to ponowa. 





Szadź to osad lodu powstający z przechłodzonej mgły czy chmury, która w kontakcie z różnymi przedmiotami zaczyna krystalizować i obrastać drzewa, krzewy czy płoty czasem sporą warstwą. Największa szadź jaką miałem okazję oglądać na Mazowszu miała grubość mojego przedramienia. Historię opisałem tu: KLIK 





Szreń to rodzaj śniegu, który najpierw zaczął rozmarzać a potem, wraz z kolejnymi mrozami zamarzł i powstało na wierzchu takie twarde krystaliczne coś. Chodzi się po tym bardzo ciężko, nogi często się zapadają z chrupnięciem. Wyciągamy je z kolejnym chrupnięciem. Ogólnie nawet krótki marsz po takim czymś, może nam dać nieźle w kość i przyśpieszyć oddech.








Śryż to skupisko gąbczastych bryłek losu powstające ze zlepiających się kryształków lodu. W późniejszej fazie może tworzyć bardzo malownicze krążki lodowe mogące mieć nawet i 3 metry średnicy. Mają one charakterystyczne białe brzegi. To efekt ocierania się krążków o siebie w ich podróży w dół rzeki. 
Na zdjęciach nadwiślański śryż o zachodzie słońca.





Oparzelisko to miejsce na rzece, jeziorze, bagnie czy innym torfowisku, które nie zamarza nawet w czasie dużych mrozów. Często w takich miejscach gromadzi się sporo ptaków, tak jak na zdjęciu zrobionym kiedyś nad Wisłą. 





Torosy powstają gównie nad morzem. Tworzą się wtedy, gdy lód zaczyna pękać a wiejący wiatr wyrzuca go ma ląd i spiętrza na brzegu. W regionach polarnych potrafią mieć wiele metrów wysokości. Nie mam zdjęć prawdziwych torosów, w Polsce można je rzadko spotkać, więc w zastępstwie - małe wiślane torosiki.  





Sastrugi - to słowo, którego wcześniej nie znałem. Człek uczy się całe życie. Oznacza takie fałdy śniegu tworzone przez wiatr. Pochodzi z języka rosyjskiego i rozprzestrzeniło się na całym świecie. Największe i najbardziej malownicze sastrugi spotykamy w rejonach polarnych, gdzie śniegi są porządne, mrozy nieliche a i wiatry są słuszne. Ale w Polsce też możemy czasem je spotkać. Na fotografii zrobionej kilkanaście lat temu nie tylko są widoczne malownicze sastrugi ale jeszcze oświetliło je zachodzące słońce i obsypał nawiany z pól pył. Tego roku była dziwna zima. Najpierw złapały silne mrozy a dopiero później spadł śnieg. Silne wiatry nie dość, że przewiewały sypki śnieg, tworząc zaspy i zaskakując drogowców, to jeszcze podnosiły sporo pyłu zerwanego z odkrytych pól. Więcej zdjęć z tego roku znajdziecie tu: KLIK






Przetainy to miejsca gdzie śnieg stopniał do samej ziemi a dookoła jeszcze sobie leży. Częsty widok na przedwiośniu po śnieżnej zimie. Czasem takie przetainy spotykamy dookoła wczesnowiosennych, wystających nad śnieg roślin. 



Na zdjęciu przetaina (właściwie przetainka) oraz śnieżyczka przebiśnieg in statu nascendi jak mówią naukowcy czyli w trakcie powstawania. 






Zamróz... z tym słowem jeszcze się spotykałem w użyciu osobiście. Tylko że tu sprawa jest bardziej skomplikowana. Słowem tym określano dawniej nie tylko szron i szadź ale również warstewkę lodu czy lodowych igiełek tworzącą się na murach i szybach. Kiedyś domy nie były tak dobrze ocieplane i mimo ognia płonącego w piecu, na ścianach potrafiła pojawić się warstewka lodu. Ale to też nie wszystko, słowem tym określano też przenikliwe zimno . "Z pól przemiękłych ciągnął wilgotny zamróz i przejmował ziąbem do szpiku" - napisał kiedyś Stanisław Władysław Rejment, znany bardziej jako Władysław Reymont.

Ale to też jeszcze nie wszystko. Jest to również termin naukowy, geologiczny. Oznacza proces niszczenia skał przez zamarzającą i rozmarzającą wodę. Znajdująca się w szczelinach woda powoduje pękanie i kruszenie tej skały. 

Na zdjęciu zamróz w wersji lodowe kwiaty na szybie.







Ogata to dodatkowe ocieplenie domu na zimę. Dawnej wiejskie domy się jesienią gaciło, czyli ocieplało od zewnątrz grubą warstwą czegoś, co można było samemu uzbierać i było tanie. Znajomy historyk zwrócił mi uwagę, że kiedyś nie gaciło się domów słomą, tak jak widać na zdjęciu, słoma była zbyt cenna. Robiło się to zbieranymi w tym celu liśćmi albo... kolkami czyli zbieranymi w lesie suchymi sosnowymi igłami. Dziś takie rzeczy możemy obejrzeć tylko w skansenach a i to rzadko.

Prawdopodobnie udało mi się sfotografować jeden z ostatnich domów tak ocieplonych na zimę. Całą historię opisałem tu: KLIK






I na koniec...

Morszkulce to lodowe kule powstające samoistnie na brzegach mórz czy dużych jezior. Jednocześnie musi być mróz, fale i wiatr. Falująca i rozchlapywana woda tworzy takie dziwne twory, osiągające czasem nawet średnicę piłek do nogi. Niestety nie udało mi się tego zjawiska, nie tylko sfotografować ale i na własne oczy zobaczyć czy własnymi łapami pomacać. Może kiedyś...