28 października 2026

Słońca pożarcie i ogień z nieba...



 - Odwracam oblicze moje od przeklętego ludu i niech na ziemię spadnie ciemność...

I stała się rzecz okropna: w miarę jak głos mówił, słońce traciło blask. A wraz z ostatnim  słowem zrobiło się ciemno jak w nocy. Na niebie zaiskrzyły się gwiazdy, a zamiast słońca stał czarny krąg otoczony obrączką płomieni.

Niezmierny krzyk wydarł się ze stu tysięcy piersi. Szturmujący do bramy rzucili belki, chłopi upadli na ziemię...

- Oto nadszedł dzień sądu i śmierci!... - zawołał jękliwy głos w końcu ulicy. 


Bolesław Prus "Faraon"






Wyobraź sobie, że żyjesz kilka tysięcy lat temu. Mieszkasz w jakimś szałasie czy ziemiance czy innej jaskini. Nie masz pojęcia o fizyce czy astronomii. Patrzysz w nocne niebo i widzisz... mnóstwo dużo małych światełek. Zastanawiasz się co to jest. Migoczą lekko jak odległe ogniska. Ale nie wiesz jak tam dojść, nie sięgniesz ich z najwyższego drzewa. 

W dzień te ogniska gdzieś znikają za to pojawia się jedno wielkie palące Słońce. Daje światło i ciepło. Podskórnie zdajesz sobie sprawę, ze od niego zależy życie. Gdyby któregoś dnia nie pojawiło się rano na niebie, byłoby... niedobrze. 

Być może oddajesz słońcu boską cześć i błagasz by nie zapominało wrócić po nocy. 

Zresztą w bardzo wielu kulturach Słońce było potężnym bóstwem. Niektórzy Słowianie wierzyli, że rano rodzi się jako mały chłopiec, w południe jest mężczyzną, a wieczorem umiera jako starzec, by w podziemiach walczyć z ciemnością i o świcie ponownie odrodzić się jako dziecko. 

W starożytnym Egipcie jednym z najważniejszych bogów był Ra. Przedstawiany był z głową sokoła i czerwonym słonecznym dyskiem na głowie. Za dnia płynął on po niebie w słonecznej barce, a nocą walczył w podziemiach z wężem Apopisem, symbolem ciemności i chaosu. Jeżeli Ra zwyciężył,  następował wschód słońca, jeśli nie to... na szczęście nie zdarzyło się to nigdy. Aby pomóc swojemu bogu w tej dramatycznej walce, Egipcjanie odprawiali specjalne rytuały i zaciekle niszczyli wszelkie wizerunki złowrogiego węża.

Bez względu na to, czy mieszkałeś w Egipcie, na Słowiańszczyźnie, czy jeszcze gdzieś, kiedy zdarzyło się coś, co dziś nazywamy zaćmieniem Słońca, musiało to zrobić na tobie piorunujące wrażenie. Znika nasze życiodajne bóstwo! A co będzie, jeśli zniknie na zawsze? Jak żyć w ciemności? Przypomnę tylko, że nie wiedzieliśmy wtedy nic o astronomii, planetach, Księżycu, orbitach i Układzie Słonecznym. Niektórzy zresztą do dziś nie bardzo mają tę wiedzę. 

Z jednego z programów telewizyjnych, którego nazwę pominę dyskretnym milczeniem, dowiedziałem się, że zaćmienie Słońca polegało na tym, że Ziemia zasłoniła Słońce. Wywołało to u mnie pewien dysonans poznawczy i gwałtowne iskrzenie na synapsach, ale po chwili i trzech momentach analizowania zrozumiałem chyba... o co chodziło. Jak powszechnie wiadomo, Ziemia opiera się na czterech słoniach, które to stoją na wielkim żółwiu A'Tuinie. Jest na ten temat sporo materiałów dostępnych w literaturze. No i prawdopodobnie jeden z owych słoni, znudzony eonami stania na żółwiu, musiał się poruszyć i wystawił na chwilę swój zadek tak, że zasłonił Słońce. No jak to słoń! Co prawda w szkole podstawowej uczą nas nieco inaczej ale przecież wiadomo, że to światowy spisek mający na celu ukrycie prawdy o Ziemi.

Jak kiedyś próbowano sobie tłumaczyć zaćmienie Słońca? W Chinach Słońce pożerał smok, w Wietnamie – wielka żaba. W Ameryce Południowej – jaguar. W każdym razie blady strach padał na całą okolicę. 

A dziś? Już nie ma strachu, tylko ciekawość. Taką przynajmniej mam nadzieję. 


A my na kilka dni przed zaćmieniem studiowaliśmy mapy, aplikacje pokazujące kierunek położenia Słońca o określonej godzinie i odwiedzaliśmy dobrze rokujące miejsca. Chciałem mieć zdjęcia rogalika Słońca nad wiślaną wodą. I najlepiej by tej wody było dużo. 

Ale mapy i programy, a życie to zupełnie co innego. W jednym miejscu na linii Słońca pojawiła się zarośnięta krzaczorami łacha. Nie była widoczna na mapach satelitarnych, bo pewnie zdjęcia pochodziły sprzed kilku lat. A Wisła, jak każda rzeka, zmienną jest. W kolejnym było dużo fajnej wody, ale Słońce będzie zachodzić nad paskudnymi kominami. Nie, nie chcę mieć zaćmienia z kominami. Chcę mieć rzekę, daleki brzeg z drzewami i refleksy na wodzie. 

W końcu padło na miejsce oddalone od nas o ponad 50 kilometrów. Zakole Wisły i ponad kilometr wody przed nami. 

Wyjechaliśmy z domu sporo wcześniej, zawadziliśmy o sklep budowlany by kupić coś do ochrony wzroku. Z paru dostępnych opcji wybraliśmy spawalnicze okulary, bo... wyglądaliśmy w nich jak skrzyżowanie kosmitów z Minionkami.   



Zajechaliśmy na miejsce dużo wcześniej, by mieć czas na przygotowania i dokładny wybór miejscówki. Niewykluczone, że chętnych na obserwacje będzie więcej. I faktycznie przed wieczorem pojawiły się nad rzeką grupki ludzi, gdzieś nawet zapłonęło ognisko.





Kilkanaście minut przed zapowiadanym terminem zaćmienia i ludzie i sprzęty były w najwyższej gotowości. Co jakiś czas rzucałem okiem na Słońce przez te zabawne spawalnicze okulary. I nagle...


- Jest! Już! maleńki rożek Słońca jest już odgryziony!

Rzucam się do aparatu, ustawiam kompozycję, ostrość. Migawka trzaska raz za razem. Zmieniam kadr - przydadzą się różne ujęcia. Zmieniam ekspozycję, robiąc na przemian jaśniejsze i ciemniejsze zdjęcia. 
Trochę się stresuję, bo statywy stoją jedną nogą w wiślanej wodzie, a z drugiej strony mam skarpę. Chwila nieuwagi i sprzęt może wylądować w wodzie. 

Słońce znika coraz bardziej, karty pamięci się zapełniają. Za chwilę będzie dla mnie kluczowy moment, czyli zachód nad wiślaną wodą. 






Całkowite zaćmienie Słońca 19 sierpnia 1887 roku miał okazję obserwować Aleksander Głowacki, czyli... Bolesław Prus. Wybrał się z przyjaciółmi w tym celu do Mławy, bo tam miało być największe. I co prawda niebo zasnuły wtedy chmury i nie mógł podziwiać zjawiska w pełnej krasie, ale i tak nagły mrok i przerażenie okolicznego tłumu zrobiły na nim piorunujące wrażenie. 

Tak opisywał to na łamach Kuriera Codziennego:

“Jest niby ciemno, a jednak wszystko widać, jest mrok burzowy, lecz obłoki nie mają burzowego wyglądu. Oczy moje coś widzą, ale ja nie umiem tego określić. Brak mi nawet porównań, tylko wielki żal, który rozpiera mi serce, może znaleźć porównanie. Już nie widzę sekundnika na zegarku, ręce dygoczą jakbym komu wygrażał. Zapalam jedną zapałkę, drugą. Daję za wygraną sekundom, minutom, barwom, wszystko leci mi z rąk, nie wiem na co pierwej popatrzeć. Cały horyzont od bliskich piasków do zenitu napełnia jakiś sinawy mrok. Na południowym horyzoncie, tuż przy ziemi ciągnie się długi na łokieć pas światła barwy żółtawo-rudej przysypanej sadzą. Ach jak smutno, jak smutno... to jest raczej stroskanie świata... Z jakiego powodu? może ziemia myśli i oto teraz wyobraża sobie straszną epopeję, kiedy gasnące słońce, to ukochane słońce, zamiast światła będzie rzucać tylko pomrokę? Nagle zniknęła sina ciemność z widnokręgu i ów czarny delikatny pył z zachodnich obłoczków, które wnet zbielały... Już po zaćmieniu całkowitym!" 

Te obserwacje wykorzystał potem przy pisaniu słynnej sceny zaćmienia słońca w powieści "Faraon".


.




Mimo że staram się nie patrzeć na Słońce bez okularów, to i tak po kilku minutach widzę wszędzie niebieskawe powidoki rogalików. Całe ich mnóstwo otacza mnie ze wszystkich stron.










Róg Słońca dotknął drzew na drugim brzegu rzeki. Ostatnie chwile... aparat pracuje jak szalony. Zmieniam co chwilę ekspozycję, bo nie wiem, jaka będzie optymalna, a nie mam czasu spojrzeć i analizować tego, co widać na gotowych zdjęciach. 




Ostatnie chwile, kiedy widać rożek Słońca nad drzewami na drugim brzegu. Do maksimum zostało jeszcze kilka minut, ale niestety nasza gwiazda będzie wtedy już niewidoczna. 




Słońce zniknęło za drzewami. Teraz wyglądało to jak normalny, nadwiślański wieczór. A w głowie kołatały mi się myśli: 

- To już? A jeśli coś nie wyszło? Tego nie da się powtórzyć, przyjechać tu jutro czy za tydzień. I co teraz? To pewnie jedyna okazja w życiu, by obejrzeć i sfotografować zaćmienie Słońca nad wiślaną wodą. Nie będzie powtórek, nie będzie drugiej szansy. 

Demontuję sprzęt i wracam do samochodu. 


Teraz czas na odpoczynek po czterdziestu minutach intensywnej pracy. Bo... to jeszcze nie koniec na dziś. Oprócz zaćmienia Słońca czeka nas jeszcze noc Perseidów. 
Szybka kolacja i...  idziemy na małą drzemkę. Perseidy najlepiej fotografować w środku nocy, kiedy jest całkiem ciemno, a do tego momentu zostało jeszcze parę godzin. Budzik ustawiamy na jedenastą. Zawijamy się w śpiwory i odpływamy w objęcia Morfeusza...

Elektroniczne popiskiwanie przywraca nas do rzeczywistości. Jest ciemno. Powietrze jest krystaliczne, gwiazdy migoczą zachęcająco. Widać nawet Drogę Mleczną, co jest rzadkością w naszym kraju. Żeby ją dostrzec, trzeba być daleko od miast, wielkich podświetlanych szklarni i podobnych źródeł światła.  
Rozstawiam statyw i tym razem zapinam na aparacie szerokokątny obiektyw, obejmujący gdzieś ćwierć nieba. Ustawiam go tak, by skierowany był w północno-wschodnią stronę, czyli miejsce, skąd te Perseidy powinny się pojawiać. 
W oddali nadal płonęło ognisko, mimo kilkuset metrów słychać było cichy szmer rozmów, jakieś śmiechy, dźwięki gitary.
A potem... fotografowanie Perseidów jest z jednej strony ekscytujące, a z drugiej... nudne. Nudne, bo nie przewidzisz, kiedy coś pojawi się na niebie. Gdy zobaczysz spadającą gwiazdę, to już za późno na naciśnięcie spustu. Trzeba po prostu robić zdjęcie za zdjęciem w nadziei, że coś akurat w tym czasie przeleci przed obiektywem. Ekscytujące, bo kiedy coś pojawi we właściwym czasie i miejscu, to odczuwasz niemal euforię. 
A potem w domu czeka cię przejrzenie setek lub tysięcy kadrów i kasowanie, kasowanie... bo jak powiedział kiedyś Ansel Adams: "kosz na śmieci jest najlepszym przyjacielem fotografa". 
W naszym przypadku z ponad tysiąca zdjęć po selekcji, zostało może trzydzieści a takich naprawdę ciekawych to... cztery.
Kilka razy efekty były tak spektakularne, że widać było migoczące płomienie i dym. Wtedy od nieodległego ogniska dobiegał nas okrzyk zachwytu:

– Aaaaaaaaa... 







Była mniej więcej trzecia w nocy i niebo po wschodniej stronie już jakby lekko się rozjaśniło, gdy zdemontowaliśmy sprzęt i poszliśmy spać. 
Ognisko jeszcze płonęło...




Sen w terenie, kiedy gwiazdy wchodzą przez otwarte okna do samochododomku, jest niezwykły. Nie ma go z czym porównać. Nawet w namiocie nie widać gwiazd nad sobą, a tu przez wielkie okna widzisz niebo. Wchodzą same, wprost do snu...






13 października 2026

Wiosna, lato, jesień...




Przy drodze – wierzba. Czas ją pokrzywił,
Wiatr wypróchnił do samego rdzenia,
A jednak żyje! Kto się nie dziwi,
Że ma jeszcze siłę do zielenienia?


Bolesław Leśmian






Wierzba pamiętała pewnie czasy II wojny światowej. Skąd jej dziwny kształt? Nie wiem. Może złamała ją jakaś dawna wichura? Albo kra w czasie zimowej powodzi uszkodziła drzewo? 

Tak czy siak wyglądała bardzo malowniczo i to zarówno ze względu na swoją sylwetkę, jak i ogrom.  


Znalazłem je przypadkiem wczesną wiosną, tylko dlatego że okoliczne zarośla pozbawione były liści. W letniej gęstwinie przeszedłbym kilkanaście metrów obok, niczego nie zauważając. 

Wiedząc już, co się ukrywa w gęstych zaroślach, odwiedziłem to miejsce latem. 

A później jeszcze jesienią, w nadziei na fajne kolory. I kolory były, ale też wielki półleżący na ziemi konar nie wytrzymał czasu i runął, łamiąc po drodze jakieś dwa małe drzewka. 

Ale wierzba przetrwa, te drzewa twarde są. Będzie rosła przez wiele lat, być może przeżyje nawet mnie, aż w końcu wypróchnieje jej wnętrze i runie pod własnym ciężarem. 










31 sierpnia 2026

Brzoza na miedzy








Była sobie brzoza. Swoją białą stopą tkwiła na miedzy, gałązkami sięgała nieba. W zasadzie widziałbym ją z okna, gdyby nie wielki krzak zdziczałej wiśni, rosnący kawałek za płotem. 

Bliskość ma swoje zalety. Fotografowałem ją regularnie, ba... nawet kiedyś nieświadomie uratowałem przed ścięciem

Zwróciłem na nią uwagę zaraz po pierwszym przyjeździe do naszego nowego domu. Jeśli dobrze pamiętam, był to sierpień 2000 roku. Drzewo w porannym czy wieczornym słońcu wyglądało fantastycznie. A że była od drzwi odległa najwyżej o 100 metrów, to nawet kilkuminutowe ciekawe światło, pozwalało na zrobienie zdjęć. Brzoza w czasach analogowych dorobiła się nawet osobnego segregatora ze slajdami.






Kilka dni później leżałem sobie właśnie pod brzozą i fotografowałem ją na tle nieba. Biegnącą nieopodal polną drogą przejeżdżał traktor, zatrzymał się... to w ogóle był ewenement. Na tym naszym odludziu bywało, że i przez długie dnie nikt się nie pojawiał. Trochę częściej widywaliśmy ludzi w czasie prac polowych, ale tylko trochę. 

Z traktora wysiadł człowiek, potem dowiedziałem się że nazywał się Stanisław Zaranowicz i zapytał się co ja tu robię bo... leżę na polu jego kolegi?

Opowiedziałem mu o nas, o tym że właśnie kupiliśmy ten dom, o fotografowaniu... i o tym jak pięknie ta brzoza wygląda. O dziwo wykazał zrozumienie. Jak wielkie dowiedziałem się dopiero po latach. Rozmawiałem wtedy z gospodarzem na którego polu ta brzoza rosła. I ten mi mówi:

- Chciałem ją kiedyś ściąć, ale Stachu mi mówi: zostaw, to brzoza pana Roberta, on ją ciągle fotografuje.

No i została. 









Od pierwszych zdjęć minęło ze 20 lat. Po krótkiej acz gwałtownej burzy runęła. Ostatnio zresztą bardzo chorowała. Kiedyś dopadli ją przedświąteczni zbieracze jemioły. Nie było nas wtedy w domu. Po powrocie zastaliśmy smutny widok, drzewa została połowa, stosy połamanych i pociętych gałęzi leżały na ziemi.  

Broza próbowała walczyć. Wiosną wypuściła nowe gałązki. Przez kilka lat odrastała. Niestety znowu zwróciła uwagę zbieraczy jemioły. To już za bardzo nadwątliło jej zdrowie. Zaczęła schnąć, gałęzi z liśćmi było ledwie co kilka. Potem jeszcze głęboka orka na sąsiednim polu musiała uszkodzić jej korzenie. 
Przez trochę drzewo jeszcze walczyło. Niestety żywych gałęzi było coraz mniej i mniej.

Aż przyszła burza. Kilka minut porywistego wiatru przypieczętowało los brzozy. Okazało się zresztą, że cała górna część drzewa była sucha i spróchniała. Potrzaskała się w czasie upadku na kawałki. 





I zobaczyłem to dopiero po dłuższej chwili... tuż przy korzeniach złamanego drzewa rosła malutka brzózka. Miała najwyżej pół metra wysokości i nie więcej ja 3-4 lata życia. Ciekawe czy będzie miała szansę urosnąć i zastąpić swoją rodzicielkę.





Ze Stanisławem Zaranowiczem potem się zaprzyjaźniliśmy. Pomagał nam wielokrotnie On właśnie zakładał nam łąkę, gdy postanowiliśmy sprowadzić konie. Okazało się też, że jest ludowym śpiewakiem. I to niezłym. Fotografowałem go wielokrotnie na maciejowickich Powiślakach czy nawet na Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu. Ostatnich zdjęć, właśnie z Kazimierza nie zdążyłem mu oddać. Festiwal był w czerwcu, zanim wróciliśmy po letnich podróżach i obrobiliśmy się ze zdjęciami było już za późno... nowotwór... 

Przyjechałem ze zdjęciami zaledwie dzień po jego śmierci i oddałem rodzinie. 




11 sierpnia 2026

Zapiski z drogi - Organy niebo tnące...






„Wyobraźnię i fantazję należy trenować. Wiem o tym z własnego doświadczenia. Żaden artysta nie znajduje tylko w samym sobie dość energii twórczej i musi być podłączony do akumulatora – tak nazwałem Związek, z tym, co potrafimy dostrzec w zasięgu ręki, wzroku, na codziennej drodze. Dostrzec urodę samotnego drzewa – usłyszeć przejmującą ciszę kamienia. Umieć szczerze zdziwić się różnorodnością form, jakie demonstruje materia wody, i tajemniczym racjonalizmem dostrzeżonym w strukturze kryształu”.

 

Władysław Hasior





W 1966 roku na przełęczy Snozka niedaleko Czorsztyna stanął nietypowy pomnik, nazywany często "Organami Hasiora". Kilkunastometrowa konstrukcja o wielkich stalowych zębach skierowanych prosto w niebo. 

Podobno miały grać... ale nie grały. Muzyka miała być wspaniała. Jak ktoś napisał miała być w niej siła ziemi, trwałość gór, szum deszczu i lament po tych co odeszli. 
Podobno zaginęły piszczałki, które miały być zamocowane gdzieś na górze. Dlaczego nie zamówiono kolejnych? 
Podobno wzywano również znawców instrumentów dętych. Chodzili, oglądali, analizowali, robili jakieś badania... 
Jeden z nich podsumował. "To lipa z tymi piszczałkami. Organy powinny grać same, powietrze miało wpadać między te zęby, rozdzielać się, rozrywać, przyśpieszać - to wtedy powstaje dźwięk. Jak w obluzowanych gontach starego kościoła. Niby gdzie oni chcieli te piszczałki zamontować? To miało grać samo z siebie."

Tajemnicę milczenia Organów zabrał Hasior ze sobą...

Sam pomnik też budził kontrowersje. Do 2010 roku widniał na nim napis, poświęcający go poległym w walce o utrwalanie władzy ludowej na Podhalu. Niektórzy historycy twierdzą, że autor do końca nie wiedział, że taki napis pojawi się na pomniku. Inni znowu powtarzają, że jak się dowiedział, to zrobił tak, że organy nigdy nie zagrały. Będziecie mieli ten pomnik ale on nie zaśpiewa nigdy - miał powiedzieć. Chciał żeby pomnik poświęcony był wszystkim poległym i w czasie wojny i po niej. A może samą formą artysta dał znać o swoich przekonaniach? Te wielkie stalowe zęby czy szpony jakby rozdzierające świat? 

I dlaczego artysta uznany na świecie, porównywany do Rauschenberga czy Warhola i znany z swojej niezależności, indywidualista prowokator, który nigdy nie był dworakiem peerelowskiej władzy, dostał to zlecenie? Pewnie nigdy się nie dowiemy. Świadków coraz mniej, z wiarygodnością też coraz gorzej... 

Po upadku komunistycznych władz, trwały długie dyskusje o dalszych losach pomnika. Niektórzy chcieli go usunąć w ramach dekomunizacji. On rdzewiał...
Przeciwko usunięciu pomnika protestowali nie tylko artyści ale też okoliczni mieszkańcy dla których Organy stały się kultowym elementem krajobrazu a nie deklaracją polityczną. Argumentowano też, że niszczenie dzieła światowej sławy artysty, byłoby najzwyklejszym wandalizmem.  W końcu zrobiono remont, usunięto felerny napis. Być może Organy wróciły do takiej formy, jaka była w zamyśle autora. 


Zastanawiałem się jak ten pomnik sfotografować. Chodziłem dookoła i przymierzałem się z różnych stron. Ale kiedy oglądałem go własnymi oczami - pomnik robił wrażenie. Zaś zamknięty w kadrze aparatu - wyglądał zwyczajnie do obrzydliwości. W końcu zdesperowany i zniechęcony usiadłem pod nim i wpatrzyłem się w niebo. Może przyjechać tu o świcie, może o zachodzie słońca? A gdyby się trafiły jakieś burzowe chmury? Tylko, że od miesiąca nie spadła nawet kropla deszczu.
Kurczę... 

I wtedy, gdy tak z bliska przyglądałem się wielkim stalowym zębom, przyszedł mi do głowy zupełnie inny pomysł. Nie da się zrobić nic ciekawego z daleka, to zróbmy to z bliska! Założyłem na aparat obiektyw typu rybie oko i wszedłem pod pomnik. Monstrualne zęby w zakrzywionej przestrzeni oddały wreszcie moje emocje... 
Czasami trzeba po prosu usiąść i pozwolić swobodnie płynąć myślom.



























31 lipca 2026

Wierzba biała, wierzba srebrna

 





Wierzbę białą zna pewnie prawie każdy. Nie... źle napisałem. Widział prawie każdy ale niekoniecznie wiedział co widzi. To nasza najpospolitsza wierzba, Rośnie często w dolinach rzek, nad stawami czy jeziorami. Bardzo często jest ogławiana i tworzy ten charakterystyczny polski krajobraz.  Ponieważ pobiera z ziemi bardzo dużo wody, sadzono ją też by... osuszyć wilgotny teren.  Widywałem ją nieraz w różnych miejskich parkach.

Dlaczego wierzba biała nazywa się biała? Albo srebrna? W większości mądrych książek piszą, że to z powodu jasnej, białosrebrzystej dolnej części liści. Ale to tylko cześć prawdy. Przekonałem się o tym pewnego wietrznego,  letniego dnia...

Stałem sobie nad brzegiem jakiejś niewielkiej rzeki. Podmuchy wiatru były takie, że nie słyszałem własnych myśli a woda wyglądała jak bardzo gruboziarnisty papier ścierny. I nagle ten wiatr zabujał wierzbą tak, że prawie wszystkie liście zawirowały jak w tańcu i na chwilę odsłoniły swą dolną, niewidoczną normalnie część. 

Drzewo rozbłysło bielą, jakby ktoś mignął wielkim lustrem! Na krótką chwilę, mgnienie oka najwyżej. 

Wyglądało to niesamowicie, srebrne drzewo wśród zieleni. Przez chwilę poczułem się jak w lesie elfów. 

Sama wierzba, jeśli rośnie po swojemu, nie jest przycinana i ogławiana, wygląda dość egzotycznie. Kształtem przypominały mi coś z afrykańskiej sawanny albo... wielkie brokuły, które ktoś pracowicie posklejał.

Niestety nie miałem wtedy naszykowanego aparatu do zdjęcia. Znaczy miałem ale z długim obiektywem więc mógłbym uwiecznić najwyżej jedną gałąź.

I od lat poluję na takie zjawisko, próbuję je sfotografować. Nie jest łatwo. Po pierwsze pasujących do takiego zdjęcia, fotogenicznych wierzb znam zaledwie kilka. I wszystkie są dość daleko. Do tego wiatr, nie wiem dlaczego, nie chce wiać na zawołanie. 

W końcu zupełnie nieoczekiwanie udało się zrobić zdjęcia... Niestety całe drzewo nie rozbłysło srebrem, tylko pojedyncze gałęzie się wykazały. Choć spędziłem tam ze trzy godziny czekając na słuszniejsze podmuchy. 

Ale i tak efekt jest malowniczy. Chyba... 







13 lipca 2026

Krajobraz po... pożarze.

 




Po ponad dwóch miesiącach postanowiłem odwiedzić miejsce, gdzie w marcu spłonęło wiele hektarów nadbrzeżnych, łęgowych zarośli. 

Pojechałem z drążącym sercem. Jakoś podskórnie bałem się, co zastanę na miejscu. 

Dojechałem...

To, co widziałem wcześniej opisałem tu: (Nie)pochwała głupoty 

Jak to wyglądało teraz?

Wielkie topole wypuściły liście ale... tylko na wyższych gałęziach. Te niższe, będące na wysokości nadpalonych i osmalonych pni, były praktycznie bezlistne. Czasem jakiś pojedynczy liść próbował żyć ale nie wyglądał dobrze. Mały, blady i poskręcany...





Rozejrzałem się i po chwili dostrzegłem, że jedna z topoli w ogóle nie ma liści. U podstawy miała przynajmniej metr średnicy. Mniejsze krzewy i młode drzewa też w ogóle nie wypuściły liści. Widoczne są na zdjęciu przed martwą topolą. W tle widać zielone zarośla w miejscach, gdzie nie sięgnął wiosenny pożar.




Prawie wszędzie było zielono ale nie były to trawy, jak przez poprzednie lata, tylko gęste zarośla inwazyjnej nawłoci. Rośliny, która jak zajmie teren, to nie pozwoli niczemu innemu wyrosnąć pod spodem. Widać jej nasiona były dużo bardziej odporne na działanie ognia i roślina natychmiast to wykorzystała. Natomiast tam gdzie ogień nie doszedł, rosły sobie trawy z różnymi łąkowymi roślinami, poprzetykane rzadkimi nawłociami. Widziałem rumianki, firletki, jaskry, nawet jakiś kozibród się trafił... 




Tam gdzie rosły nawłocie... rosły same nawłocie. Sporadycznie między nimi próbowała żyć jakaś inna roślina. Stłamszona i ledwie żywa. 




Miejscami, pewnie tam gdzie ogień  i temperatura były większe, nie rosło nic. Takich plam gołej ziemi znalazłem kilka . 




W oddali zobaczyłem jeszcze spaloną i połamaną starą wierzbę. Podszedłem bliżej. Wnętrze wielkiego potrzaskanego pnia było wypalone. Najprawdopodobniej zajęło się próchno, które jak w każdej porządnej, wiekowej wierzbie było w środku. 





Czy drzewo runęło wczesnej i tylko pożar dokończył dzieła? Bliższe oględziny niestety pokazały, ze było dokładnie odwrotnie. Najpierw spłonęło wnętrze a osłabiona wierzba nie utrzymała ciężaru swoich konarów. Widać to wyraźnie na zdjęciu, gdzie pęknięcia nie są nawet lekko osmalone. 
Później, w domu, przejrzałem dokładnie zdjęcia zrobione po pożarze w czasie poprzedniej wizyty. Na kilku było ją widać. Stała jeszcze cała. Być może  żar w środku niszczył właśnie jej wnętrze ale stała. Jeden tylko konar leżał na ziemi odłamany jakąś wichurą (to ten z osmalonym końcem widoczny na zdjęciu) a pozostałe sięgały nieba i czekały na wiosnę... 

Nie doczekały się... 





Wierzby są twarde. Potrafią urosnąć dosłownie z patyka czy wbitej w ziemię gałęzi. Sam mam koło domu dwa już całkiem spore, gdzieś dwudziestoletnie drzewa, które pierwotnie były... słupkami w ogrodzeniu! Wypuściły gałązki, ukorzeniły się i... teraz dają mi cień w upalne dni. 

I ta też próbuje żyć. Na potrzaskanych konarach kilka gałązek puściło świeże liście. Coś tam się jeszcze dzieje w środku poranionego drzewa. Co z tego wyniknie okaże się za kilka lat. Czas ludzki i czas drzew biegną zupełnie inaczej. 

Kiedyś opisałem historię innej wierzby: Nadwiślańska wie(rzb)(dźm)a. Rosła ona sobie nawet nie sto metrów od tej potrzaskanej. Dziś nie ma tam ani wierzby, ani gęstwiny traw, ani nadwiślańskich chabazi. Wszystko spłonęło w tegorocznym pożarze. I tylko rozrosła się i wszędzie króluje inwazyjna nawłoć.




25 czerwca 2026

Zapiski z drogi... Frasobliwy.

 


Nad wodą zgarbiony dąb stary  żylasty, 

Kędy bielą płótna wesołe niewiasty.

Po łące bociany stąpają powolne,

A w owsach jednostajnie brzęczą świerszcze polne, 

A z borów cienistych leśnej okolicy

Rozwiewa się wonność sosnowej żywicy.

Teofil Lenartowicz






W czasie, jak pisał kiedyś mój przyjaciel Marcin G., szlajania się po Polsce, dotarliśmy kiedyś pod Poznań i postanowiliśmy zamieszkać przez kilka dni nad Wartą. Ustawiliśmy nasz ruchomy domek tuż przy brzegu, w cieniu starych dębów, w miejscu gdzie przyjeżdżają okoliczni wędkarze. Niezbyt często, bo jak się okazało przez cały czas widzieliśmy ich aż... trzech! 

Pobliskie dęby były kiedyś nadgryzione przez bobry, co widać zresztą na zdjęciu. Ale chyba dębina nie smakowała zwierzakom, bo zgryziona była zaledwie czwarta część pnia. I to sądząc ze stanu zabliźnienia, wiele lat temu.




Niedaleko, może z pół godziny marszu, rozciągał się rezerwat Krajkowo. Niesamowite miejsce. Dawne starorzecza Warty sprzed setek a może i więcej lat. Niektóre jego fragmenty jeszcze przypominały jeziora, z trzcinowiskami, kaczkami i łabędziami. Inne były już mocno zarośnięte i niedostępne. Po jeszcze innych zostały zaledwie bagniska...  A po tych najstarszych już tylko nieco inny kolor roślinności, widoczny jedynie na zdjęciach lotniczych czy satelitarnych. Niewykluczone, że pamiętały one czasy Mieszka i pierwszych Piastów. 

Rezerwat powstał w 1958 roku, więc od dawna jest ta okolica chroniona i pozostawiona przyrodzie.

To jedno z niewielu miejsc, które w życiu odwiedziłem, gdzie miałem wrażenie, że przeniosłem się w czasie i przestrzeni. Brzegi starorzeczy zasłane były dziesiątkami i setkami przewróconych i starych drzew, głównie dębów. Niemal z żadnej strony nie było widać najmniejszych śladów ludzkiej cywilizacji. Przez cały dzień kręcenia się i fotografowania rezerwatu widziałem poza moją rodziną, jedną (słownie jedną) osobę. Tak mogły wyglądać doliny wszystkich rzek kilkaset lat temu. 




Niektóre z tych drzew musiały tam leżeć od wielu dziesiątków lat. Ochrona rezerwatowa spowodowała, że nikt tego nie próbował usuwać, wykorzystać, pociąć i jak drzewo się przewróciło, tak leżało i leżeć będzie aż do końca świata lub drzewa...




Ale obok miejsca gdzie zamieszkaliśmy, też było ciekawie. Z jednej strony rozciągały się wielkie zdziczałe łąki, ukraszone niczym sernik rodzynkami, pojedynczymi starymi drzewami, z drugiej rzadka dąbrowa a dalej łęgowe nadbrzeżne zarośla. Dzikie, nieprzebyte.... wszelakie niewielkie dróżki kończyły się i szybko gubiły w zaroślach. Dalej teren był niemal dziewiczy, przecinany czasem ledwo widocznymi zwierzęcymi ścieżkami. Być może byłem pierwszym człowiekiem od wielu lat, który wszedł do wnętrza tego chaszczowiska. 
Któregoś poranka złapałem sprzęt i wybrałem się na długi spacer. Na drzewach hasały sikory, zewsząd cilpcalpały pierwiosnki, nad samą Wartą śpiewała wilga. Z daleka niosły się głosy i śmiechy Tosi i Krzysia, którzy pod starą sosną wygłupiali się i obrzucali się szyszkami.

Dotarłem do sporego, bardzo malowniczego dębu. Rósł sobie kilka metrów od wijącej się przez łąkę drogi. Na moje oko mógł mieć co najmniej dwieście lat. Tak dla pokazania skali, pamiętał powstanie listopadowe, powstanie styczniowe, I wojnę światową, II wojnę światową...
Zszedłem z drogi i zacząłem się uważnie drzewu przyglądać. Może posłuży mi za model do kolejnej części "Opowieści o starych drzewach"? Obszedłem je dookoła i nagle...
Na pniu na wysokości około dwóch metrów, praktycznie od tyłu drogi zobaczyłem coś, co ewidentnie nie było naturalne. Podszedłem bliżej i zobaczyłem maleńką figurkę Jezusa Frasobliwego! I nawet z niewielkim daszkiem. Całość miała może z 10 centymetrów wysokości. Maleństwo takie. 
 



Zadumałem się... Kto go tu powiesił, dlaczego i kiedy? Ewidentnie dawno temu. I czemu od drugiej strony? Tak, że jest niewidoczny z drogi? Gdybym nie postanowił przyjrzeć się drzewu dokładniej, nigdy bym tego nie zobaczył. Zresztą co tu dużo mówić, przechodziliśmy obok już wiele razy i go nie zauważyliśmy. 



A może droga kiedyś biegła z drugiej strony drzewa? To by znaczyło, że świątek ma swoje lata... I dlaczego tu? W odległości kilku kilometrów od najbliższej wsi? Kto? Czy jeszcze żyje a jeśli nie, to czy ktoś o tej figurce pamięta? Przyjdzie tu czasem, pomodli się, zaduma się nad tym światem? 

Więcej pytań niż odpowiedzi... Pewnie nigdy nie znajdę na nie odpowiedzi.




O ile sama postać wyrzeźbiona była dość schematycznie, to twarz była niesamowita. Pełna ekspresji, smutku i zadumania nad światem. Mógłbym tam stać i patrzeć na nią długo. 

Trochę miałem problemów ze zrobieniem zdjęć, bo musiałem aparat trzymać nad głową, wyciągając ręce i celować praktycznie na ślepo. Nie widziałem jak jest z ostrością czy kadrem. Nawet włączenie podglądu na żywo niewiele dawało, bo monitorek widziałem pod dużym kątem 









08 czerwca 2026

Z życia bajora...

 





Normalnie gorzej niż w blokowisku. Tam co prawda z jednej strony sąsiad nawala młotkiem czy czymś, bo od dwóch lat robi remont, z drugiej strony dwa razy w tygodniu słychać kłótnie i latające talarze a gdzieś z daleka daje o sobie znać miłośnik Zenka... Ale nikt nie wchodzi na balkon czy do mieszkania bez pytania.

A tu proszę... nie widzi kurka wodna jego mać granicy na wodzie? Wyraźnie jest przecież narysowana. Sam skrzydłem kreśliłem...  Głąb jeden kapuściany w pióra ubrany. Dziobem mu trzeba tłumaczyć. I niby to ma być potomek dinozaurów? Nosz aż worki powietrzne zatrzepotały mi ze śmiechu.

A ile się naskrzeczał i nagdakał gdy uciekał. Chyba nawet jakieś pióra pogubił.








28 maja 2026

Oszust jeden...

 

Dziś na niebie wielka draka

woła głośno szpak do szpaka.

 

Kamila Bednarek - Sprytne szpaki




C zęsto z samego rana wychodzę sobie na mały spacer, idę polnymi drogami snującymi się dookoła domu. Zastawiam się, co dziś ciekawego można zrobić. Często też włączam sobie w telefonie aplikację "Merlin Bird ID" rozpoznającą, czy próbującą rozpoznawać głosy ptaków. Dlaczego? Niejednokrotnie wychwyci więcej niż moje ucho. Zwłaszcza gdy odzywa się wiele ptaków na raz. Aplikacja ma swoje wady oczywiście, czasem się myli. Kiedyś nad Prosną wyświetliła mi gatunek żyjący na co dzień w Ameryce Południowej. Co ciekawe, pewnie jest to kwestia czułości mikrofonu, doskonale wychwytuje dźwięki o wysokiej częstotliwości. Nieraz mi się zdarzało, że program pokazywał śpiewającego na przykład trznadla... a ja go usłyszałem dopiero, gdy skupiłem się i zacząłem nasłuchiwać... i faktycznie, gdzieś daleko, ledwo słyszalny śpiewa! I z drugiej strony, bardzo słabo reaguje na dźwięki o niskiej częstotliwości. Ja już wyraźnie słyszę gdzieś gołębia grzywacza a program nadal go nie wykrywa. 

Więc pewnego słonecznego, kwietniowego poranka kręcę się koło domu, przyglądam się krokusom, których setki posadziłem kilka lat temu. Wyciągam z kieszeni telefon i sprawdzam co tam system wykrył... i widzę... jest bernikla kanadyjska! No proszę program dziś miał cyfrową czkawkę... 

Ale następnego dnia znowu... bernikla kanadyjska. No, to już dziwne. Najbliższe miejsce gdzie teoretycznie miałaby szansę wylądować, najbliższa woda nieco większa niż duża wanna jest w prostej linii ze dwa kilometry. 



Kolejnego dnia, stojąc pod rosnącą przy oknie starą jabłonką i ja usłyszałem ciche ni to gęganie, ni to skrzypienie bernikli! Nade mną siedział szpak i sobie bezczelnie naśladował. Łobuz jeden.

Ten szpak w ogóle jest niezły. Mieszka mi w dziupli na jabłonce od lat. Naśladuje wszystko co może. Wśród rzeczy, które miałem okazję rozpoznać i zidentyfikować była: wilga, przepiórka, trzciniak, kurka wodna, łyska, gdaczące kury, pustułka, żaby zielone, kawka, czajka... no to teraz trzeba dopisać do listy i berniklę...

I tak się zastanawiam... Ptak szpak zrobił mnie ewidentnie w konia... 





I do tego zobaczcie, jaką ma zadowoloną minę. 

17 maja 2026

Pewnego razu nad Wisłą

 





Po dwóch tygodniach bezchmurnej, słonecznej pogody pojawiły się na niebie chmury rokujące, że wieczór i zachód słońca nad Wisłą będzie fotogeniczny. Spakowaliśmy sprzęt i psa do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Niemal w to samo miejsce, które opisałem w tekście "(Nie)pochwała głupoty". 

Po dojechaniu na miejsce pies jak zawsze dostał odpału i najpierw puścił się wyciągniętym radosnym galopem, wzdłuż brzegu, to w jedną to w drugą stronę a potem zaczął obszczekiwać wiślane fale i nawet jedną czy drugą próbował złapać zębami. No bo tak bezczelnie ta woda chlapie w jego stronę i zachęca do zabawy. 

Światło rzeczywiście zrobiło się ciekawe. Na kilka chwil rozzłociło wiślaną wodę. Powietrze niosło głosy śmieszek, mew siwych i białogłowych. Gdzieś na jakiejś łasze po prawej pracowicie gulgotały sieweczki obrożne.  Aparat miał co robić. 



Chmury też dały ładny popis. Tuż po zachodzie słońca rozbłysły różnymi kolorami.  Czerwieniami, żółciami i wszelakimi odcieniami granatu, szarości i czegoś tam jeszcze, czego nie potrafię nazwać.



I mieliśmy już wracać do domu, gdy za rzeką zaczęło się błyskać. Daleko jeszcze, nie słychać było grzmotów ale chmury szły w naszą stronę. Postanowiliśmy więc poczekać, może będzie okazja zrobić zdjęcia piorunów nad Wisłą.  



Już słychać było grzmoty, pioruny były coraz bliżej. Jeden przeleciał nawet poziomo przez dobrych kilka kilometrów. 

I nagle zobaczyliśmy po drugiej stronie rzeki czerwonawe światełko. Pewnie jacyś wędkarze rozpalili ognisko. 

Ale po kilku chwilach i dwóch błyskach piorunów ognisko zrobiło się dziwnie duże. Przyniosłem z samochodu lornetkę. Oj... to nie jest ognisko! Płomień jest zbyt duży i rozszerza się na boki. Płoną nadbrzeżne zarośla a ogień bardzo szybko się rozprzestrzenia. 




Zanim wyciągnąłem telefon i wybrałem alarmowy numer, już gołym okiem było widać, że to nie ognisko. Płomienie sięgały na kilka metrów w górę i rozciągały się, trudno ocenić z daleka, przynajmniej na kilkadziesiąt metrów. 





Miałem trochę problemów z wyjaśnieniem, gdzie jest ten pożar. Byłem nad brzegiem Wisły kilka kilometrów od najbliższej wsi. Rzut oka na guglomapę pokazał nam, że pożar niestety lub na szczęście najprawdopodobniej jest na wyspie. Raczej nie da się tam wjechać wozami strażackimi. I raczej się nie rozniesie dalej. I rzeczywiście, po kwadransie usłyszeliśmy syreny krążące to po prawej to po lewej stronie od płomieni.
I tak się zastanawiałem... ktoś w nocy podpalił suche trawy na wyspie? Czy też może jakiś zabłąkany piorun tak pechowo trafił? 






Chcieliśmy zostać dłużej i zobaczyć jak rozwinie się sytuacja ale tymczasem burza dotarła do nas, Sypnęło kroplami deszczu, zawiało porządnie. Musiałem skończyć fotografowanie, bo długi obiektyw i ciężki statyw nie wytrzymywały podmuchów wiatru, zdjęcia zaczęły wychodzić poruszone. A kiedy dostałem po  głowie gałęzią, taką grubości porządnej psiej łapy, woleliśmy wskoczyć do samochodu i ruszyć w stronę domu. 
Po drodze musieliśmy jeszcze zrobić mały objazd polnymi drogami bo w poprzek szosy leżało sobie przewrócone przez wiatr całkiem spore drzewo. Strażacy właśnie je cieli na kawałki.