01 marca 2026

Słowa (u)tracone...

 


Pamiętam ów ruchliwie rozbłyskany szron
I śniegu ociężałe na gałęziach nawiesie,
I jego nieustanny z drzew na ziemię zron
I uczucie, że w słońcu razem z śniegiem skrze się.

Bolesław Leśmian





Ostatnią taką zimę mieliśmy kilkanaście lat temu. Gdy przeglądam swoje zdjęcia, widzę że zdarzały się później jakieś śnieżne i mroźne epizody ale zanim człowiek się tym nacieszył, to wszystko wracało do szaroburej normy. 

Można narzekać, że zimno w uszy i nosy a można wykorzystać ten czas na fotografowanie i...przypomnienie sobie słownictwa związanego z zimą. Słownictwa, które coraz częściej jest zapominane, zwłaszcza w miastach, gdzie ludzie są odcięci od różnych zjawisk pogodowych. Na wsiach zresztą też, coraz mniej ludzi pracuje na roli. Wyjeżdżają do pracy, gdy zimą jest jeszcze ciemno, wracają gdy już jest ciemno.

Trochę poszperałem, poszukałem, poczytałem... wybrałem swoje zdjęcia, niektóre są nawet sprzed trzydziestu lat. 



Siwy mróz - tak określano przymrozki ścinające jesienią trawy oraz lekko bielące pola i łąki. Dziś to określenie funkcjonuje jeszcze na wsiach. W miastach praktycznie ginie, bo i spotkać tam siwy mróz, wśród betonu, asfaltu i wystrzyżonych trawników, jest trudno. 
A wrażanie, kiedy jesienią wychodzisz poza miastem z domu i zamiast zielonej łąki widzisz siwe coś, jakby ktoś w krajobrazie przesunął suwak saturacji, jest niesamowite. 




Okiść to gruba warstwa śniegu osiadająca na gałęziach, powstaje w temperaturze bliskiej zera, kiedy mokry ciężki śnieg przymarza do gałęzi. Może powodować łamanie tych gałęzi a nieraz i całych drzew. Miejsca z powalonymi przez śnieg drzewami nazywane są przez przyrodników śniegołomami. 
Na zdjęciu Bukowe Berdo w Bieszczadach... dawno temu.

Natomiast świeży, miękki puchowy śnieg pokrywający wszystko co może i często opadający z gałęzi w ciągu kilku godzin to ponowa. 





Szadź to osad lodu powstający z przechłodzonej mgły czy chmury, która w kontakcie z różnymi przedmiotami zaczyna krystalizować i obrastać drzewa, krzewy czy płoty czasem sporą warstwą. Największa szadź jaką miałem okazję oglądać na Mazowszu miała grubość mojego przedramienia. Historię opisałem tu: KLIK 





Szreń to rodzaj śniegu, który najpierw zaczął rozmarzać a potem, wraz z kolejnymi mrozami zamarzł i powstało na wierzchu takie twarde krystaliczne coś. Chodzi się po tym bardzo ciężko, nogi często się zapadają z chrupnięciem. Wyciągamy je z kolejnym chrupnięciem. Ogólnie nawet krótki marsz po takim czymś, może nam dać nieźle w kość i przyśpieszyć oddech.








Śryż to skupisko gąbczastych bryłek losu powstające ze zlepiających się kryształków lodu. W późniejszej fazie może tworzyć bardzo malownicze krążki lodowe mogące mieć nawet i 3 metry średnicy. Mają one charakterystyczne białe brzegi. To efekt ocierania się krążków o siebie w ich podróży w dół rzeki. 
Na zdjęciach nadwiślański śryż o zachodzie słońca.





Oparzelisko to miejsce na rzece, jeziorze, bagnie czy innym torfowisku, które nie zamarza nawet w czasie dużych mrozów. Często w takich miejscach gromadzi się sporo ptaków, tak jak na zdjęciu zrobionym kiedyś nad Wisłą. 





Torosy powstają gównie nad morzem. Tworzą się wtedy, gdy lód zaczyna pękać a wiejący wiatr wyrzuca go ma ląd i spiętrza na brzegu. W regionach polarnych potrafią mieć wiele metrów wysokości. Nie mam zdjęć prawdziwych torosów, w Polsce można je rzadko spotkać, więc w zastępstwie - małe wiślane torosiki.  





Sastrugi - to słowo, którego wcześniej nie znałem. Człek uczy się całe życie. Oznacza takie fałdy śniegu tworzone przez wiatr. Pochodzi z języka rosyjskiego i rozprzestrzeniło się na całym świecie. Największe i najbardziej malownicze sastrugi spotykamy w rejonach polarnych, gdzie śniegi są porządne, mrozy nieliche a i wiatry są słuszne. Ale w Polsce też możemy czasem je spotkać. Na fotografii zrobionej kilkanaście lat temu nie tylko są widoczne malownicze sastrugi ale jeszcze oświetliło je zachodzące słońce i obsypał nawiany z pól pył. Tego roku była dziwna zima. Najpierw złapały silne mrozy a dopiero później spadł śnieg. Silne wiatry nie dość, że przewiewały sypki śnieg, tworząc zaspy i zaskakując drogowców, to jeszcze podnosiły sporo pyłu zerwanego z odkrytych pól. Więcej zdjęć z tego roku znajdziecie tu: KLIK






Przetainy to miejsca gdzie śnieg stopniał do samej ziemi a dookoła jeszcze sobie leży. Częsty widok na przedwiośniu po śnieżnej zimie. Czasem takie przetainy spotykamy dookoła wczesnowiosennych, wystających nad śnieg roślin. 



Na zdjęciu przetaina (właściwie przetainka) oraz śnieżyczka przebiśnieg in statu nascendi jak mówią naukowcy czyli w trakcie powstawania. 






Zamróz... z tym słowem jeszcze się spotykałem w użyciu osobiście. Tylko że tu sprawa jest bardziej skomplikowana. Słowem tym określano dawniej nie tylko szron i szadź ale również warstewkę lodu czy lodowych igiełek tworzącą się na murach i szybach. Kiedyś domy nie były tak dobrze ocieplane i mimo ognia płonącego w piecu, na ścianach potrafiła pojawić się warstewka lodu. Ale to też nie wszystko, słowem tym określano też przenikliwe zimno . "Z pól przemiękłych ciągnął wilgotny zamróz i przejmował ziąbem do szpiku" - napisał kiedyś Stanisław Władysław Rejment, znany bardziej jako Władysław Reymont.

Ale to też jeszcze nie wszystko. Jest to również termin naukowy, geologiczny. Oznacza proces niszczenia skał przez zamarzającą i rozmarzającą wodę. Znajdująca się w szczelinach woda powoduje pękanie i kruszenie tej skały. 

Na zdjęciu zamróz w wersji lodowe kwiaty na szybie.







Ogata to dodatkowe ocieplenie domu na zimę. Dawnej wiejskie domy się jesienią gaciło, czyli ocieplało od zewnątrz grubą warstwą czegoś, co można było samemu uzbierać i było tanie. Znajomy historyk zwrócił mi uwagę, że kiedyś nie gaciło się domów słomą, tak jak widać na zdjęciu, słoma była zbyt cenna. Robiło się to zbieranymi w tym celu liśćmi albo... kolkami czyli zbieranymi w lesie suchymi sosnowymi igłami. Dziś takie rzeczy możemy obejrzeć tylko w skansenach a i to rzadko.

Prawdopodobnie udało mi się sfotografować jeden z ostatnich domów tak ocieplonych na zimę. Całą historię opisałem tu: KLIK






I na koniec...

Morszkulce to lodowe kule powstające samoistnie na brzegach mórz czy dużych jezior. Jednocześnie musi być mróz, fale i wiatr. Falująca i rozchlapywana woda tworzy takie dziwne twory, osiągające czasem nawet średnicę piłek do nogi. Niestety nie udało mi się tego zjawiska, nie tylko sfotografować ale i na własne oczy zobaczyć czy własnymi łapami pomacać. Może kiedyś...






18 lutego 2026

Zapiski z drogi... w Okienku

 




Postanowiliśmy pojechać w stronę domu zygzakiem, zawadzić o Jurę i sprawdzić jeszcze, jak tam się miewa Okiennik, niezwykłej urody skała położona niedaleko Zawiercia. Właściwie powinienem napisać Okiennik Wielki, bo kilka kilometrów dalej znajduje się dużo mniejszy ostaniec zwany Okiennikiem Małym. 
Powodów było kilka. Po pierwsze Tosia wychowywała się w Edynburgu i nigdy nie widziała tej przedziwnej skały, po drugie jest to bardzo urokliwe miejsce, miejsce którego chyba nigdy nie będę miał dosyć, po trzecie kiedy byłem tam 10 lat temu, tuż pod samym oknem Okiennika rosła piękna jarzębina. O tej porze roku powinna mieć już mocno wybarwione, czerwone owoce. Może uda się zrobić ciekawe zdjęcia. 

Wapienne skały Jury Krakowsko Częstochowskiej to skamieniałe osady morskie sprzed 150 milionów lat. Dziś po ruchach górotwórczych i erozji zostały tylko ich najtwardsze fragmenty. 
Patrząc na tę samotną skałę, trudno uwierzyć że to pozostałość po dawnych morzach, podziemnej rzece i całym systemie jaskiń sprzed milionów lat.



W jaskini znajdującej się pod otworem Okiennika znaleziono jedne z najstarszych, pochodzących z paleolitu,  krzemiennych narzędzi w Polsce. Datuje się je w zależności od źródeł od 60 do nawet na 100 tysięcy lat. Obecnie można je obejrzeć w Muzeum Archeologicznym w Krakowie. 

Sama jaskinia jest zresztą całkiem spora. Za tym niewielkim otworem znajduje się komora o wymiarach mniej więcej 5 na 10 metrów.  Ktoś ocenił, że nawet 50 osób może tam się spokojnie zmieścić.
We wczesnym średniowieczu była tu strażnica i prawdopodobnie mały gródek. Dziś są jeszcze na szczycie widoczne wykute otwory służce do mocowania drewnianych belek.




Tak wyglądał Okiennik w lipcu 2015 roku. Jarzębinowe korale dopiero zaczynają się czerwienić.



Skręcamy więc koła w jego stronę i ruszamy. Dzień jest upalny więc postanawiamy jeszcze zajechać nad pobliski Zalew Kostkowicki, schłodzić się nieco i zmyć podróżny kurz. Okolica zalewu zmieniła się bardzo od naszej ostatniej wizyty. Może nie tyle okolica ile zagęszczenie ludzi. Dziś przy każdym zejściu do wody siedzi człowiek na człowieku, stoi namiot na namiocie obok przyczep kampingowych. Jest też sporo mniejszych i większych kamperów. Miejscami są całe obozowiska wygrodzone przez namioty i samochody. Nie wiem jakim cudem udało się nam znaleźć miejsce do zostawienia samochodu. A potem slalom gigant w stronę wody. 
Woda jest płytka, ciepła ale trochę ochłody i orzeźwienia daje. Wychodzimy z wody kawałek obok głównej plaży przez kilkunastometrową przerwę w trzcinach, gdzie jest trochę mniej ludzi. 
I nagle jakiś dziadek zaczyna się pultać i marudzić, że tu nie wolno pływać i wychodzić, bo on ma tu rozstawione rzutowe wędki i jak są takie wędki to jest zakaz. I czy jakiś tam Wacek czy Zenek mi o tym nie mówił. 
- Nie, nie mówił nawet nie wiem kto to - odpowiadam i nie wdaje się w dyskusję. Szkoda mi czasu. Myślę sobie jednocześnie:
- Facet, ja mogę trzy dni patrzeć się na te wędki i nie będę wiedział czy one są rzutowe, wyrzutowe czy odrzutowe. To nie jest twój prywatny teren, stoisz tuż obok wielkiej plaży z tłumem ludzi. Zająłeś sobie kawał jeziora, bo postawiłeś na stojaku przy brzegu swoje złożone wędki? Chcesz tak między ludźmi rzucać swoimi kotwiczkami? Zresztą i tak ich nie używasz, stoją sobie bezczynnie.
Gość jest trochę zaskoczony, że tak obcesowo go olaliśmy, coś tam, jeszcze próbuje mówić ale już sobie poszliśmy... 

Pod Okiennikiem stoją jakieś samochody, namioty, nawet jeden kamper. Ustawiamy się w pewnym oddaleniu między krzaczorami. 
Łapię sprzęt i wspinam się pod samo okno. Dziesięć lat temu skakałem po tych skałach jak kozica, dziś jakoś wdrapuję się ostrożniej. 




Szukam tej jarzębiny i... jej nie widzę! 
Dopiero po chwili dostrzegam coś, co było drzewem a teraz jest kupą suchych, połamanych badyli. Jarzębina czerwona została tylko wspomnieniem. Ale i tak zostaje na górze do zmroku i fotografuję skały w rozmaitych wariantach. Choć jakiś smutek wlał się na chwilę do duszy. Czasem nie dobrze jest wracać po latach w te same miejsca. 




O  świtaniu wygrzebałem się z samochododomku i ruszyłem sfotografować skałę w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Z góry dobiegły mnie jakieś głosy. Ktoś tam się wspiął z samego rana? Nocował w oknie Okiennika? 
Światło jest ciepłe, delikatne, robię zdjęcia z daleka i z bliska, z różnych stron. Zmienia się niestety bardzo szybko, przy bezchmurnym niebie robi się ostre, mało plastyczne. Spieszę się jak mogę. 






Wejście do jaskini ukrytej wewnątrz skały. To właśnie w niej znaleziono jeszcze przed II wojną światową paleolityczne krzemienne narzędzia. Dostać się tam bez lin i doświadczania wspinaczkowego nie sposób. Ja dostawali się nasi przodkowie? Byli sprytniejsi czy zbudowali jakieś drabiny? Schodki? Pewnie nigdy się nie dowiemy.




Wracam już do samochodu, kiedy dobiegły mnie znajome głosy. Tosia i Krzyś mnie wołają. Rozglądam się i nie widzę przez dwie chwile. A potem! Są Koczkodany jedne, ośmioły skowytne, kurdle na szczypiorkowym głodzie... Aż mnie dreszcze przeszły. Weszli sobie do okna Okiennika. Dobrze, że tego nie widziałem, tam jest tak wąskie przejście nad przepaścią. Ja się nie odważyłem...  

Tosia i Krzyś schodzą ze skały roześmiani, szczęśliwi...  
A potem pakujemy się i ruszamy dalej. 
























02 lutego 2026

Zapiski z drogi... w cieniu historii

 



Nawinęliśmy na koła kolejne dwieście kilometrów i znowu zamieszkaliśmy nad Wisłą. Tym razem tuż pod Opactwem Benedyktynów na Tynieckich skałach. Jest to najstarszy klasztor na terenie Polski.

Początki osadnictwa w tym miejscu sięgają czasów przedhistorycznych. Nasi przodkowie wiedzieli gdzie zamieszkać. Miejsce jest tak urokliwe, że sam bym nie pogardził domem na szczycie wapiennego tynieckiego wzgórza.

Gdzieś na początku XI wieku osiedlili się tu benedyktyni. Obecnie większość historyków uważa, że fundatorem klasztoru był Kazimierz Odnowiciel w 1044 roku. W 2 połowie XI wieku powstał pierwszy kamienny kościół i założenia klasztorne. Z niewielkimi przerwami klasztor działa do dziś.

Z pierwotnych zabudowań zostało bardzo niewiele. W 2026, po czteroletnich przygotowaniach, ma być udostępniony do zwiedzania fragment podziemi z pozostałościami pierwszego romańskiego kościoła. Więc trzeba będzie znowu tu przyjechać... 



Rano jeszcze przed świtem, jak to często robię w terenie podnoszę głowę i wyglądam za okno naszego samochododomku i podrywam się natychmiast. Nad wodą kłębią się mgły. Sam klasztor jest jakiś taki nierzeczywisty. Słońce wschodzące gdzieś za nim już go podświetla tak, że wszystko wygląda baśniowo. Nad opactwem kłębią się kolorowe opary.




Wyciągam sprzęt, statyw i ląduje stopami w mokrej trawie. Niezła dziś rosa! Wskakuję w sandały, jak się zamoczą to i wyschną bez problemu. Ruszam wzdłuż brzegu, wyszukując kolejne kadry. Fotografuję to sam klasztor, to znowu Wisłę. Mgły dbają o piękne widowisko. Widzę, że Tosia też się obudziła i filmuje coś swoją kamerą. 





Niespodziewanie znajduje kotewkę, niewiele - trzy osobniki wplątane są w nadbrzeżne trawy. Niby nic ale... jeszcze kilkanaście lat temu można ją było spotkać najwyżej na 40 stanowiskach w Polsce. Opisałem jej historię tu: Kotewka na śmietniku.  Dziś mam wrażenie, że roślina odbiła się od dna i powoli jej liczebność rośnie. Powoli ale zauważalnie.




Dochodzę aż pod Skałki Piekarskie i oglądam starorzecze. Sporo tu niestety śmieci, głównie jakieś pozostałości po wędkarzach: opakowania po zanętach i robakach, puszki po kukurydzy.

      

Już dobrze po wschodzie słońca, w cieniu opactwa pojawiają się nad wodą mgliste duchy. Wirują w delikatnym wietrze, wyglądają jakby tańczyły tuż nad wodą. Zwiewne postacie kłaniają się w rytmie delikatnych podmuchów wiatru. Wyobraźnia szaleje, prawie słychać  śpiew, niczym ten syreni wabiący Odyseusza. 




Za chwilę słońce pojawi się nad budynkami opactwa, rozgoni mgły, ogrzeje powietrze i zniknie magia... Pogoda zapowiada się bezchmurna więc ciekawsze światło pojawi się dopiero wieczorem lub kolejnego ranka. 





Tosia (Art of Tosia) wyciąga swoje podróżne minisztalugi, farby i zasiada w cieniu drzewa. Maluje obraz za obrazem. Wiecie pewnie, że gdyby ktoś chciał mieć na ścianie zamiast wydruku z Ikei czy innego Empiku, oryginalny, jedyny i niepowtarzalny obraz, to chętnie przyjmuje zamówienia.
 



Po południu wyruszamy obejrzeć klasztor z bliska. Przeprawiamy się niewielkim promem. Bardzo wiele zmieniło się od naszej ostatniej wizyty kilkanaście lat temu. Wtedy nie było promu i prawie nie było ludzi, knajpek, lodów. Wyglądało to tak:  No to gazu  
Niewielki, klimatyczny sklepik w bramie jest zamknięty, za to na dziedzińcu duży sklep, kawiarnia i sporo ludzi. Bardzo turystycznie się zrobiło.  




Wnętrze kościoła św. Piotra i Pawła




Pamiętacie film "Ogniem i mieczem" i scenę kiedy Skrzetuski z kompanią, jadą do Baru po Helenę? Rolę twierdzy barskiej grał właśnie tyniecki klasztor. Filmowany gdzieś od strony Skałek Piekarskich. 





Co robi Krzyś w kilkusetletnim opactwie? Między innymi, w wapiennych kamulcach budujących ściany, szuka skamieniałości. Z sukcesem zresztą. Trochę amonitów zasnęło sobie tam na miliony lat. 




Wieczorne światło pięknie oświetliło opactwo. Znowu aparat był w robocie. Znowu spacer wzdłuż brzegu w poszukiwaniu ciekawych kadrów. Zafascynowały mnie odbicia murów w wodzie. Niewielka dziś wiślana fala spowodowała, że wyglądały jak obrazy impresjonistów odbite w krzywym zwierciadle. 

Następny dzień był bardzo upalny. Żadnych porannych mgieł, najmniejszej chmurki na niebie. Palące słońce i temperatura, której nawet bliskość wody nie złagodziła. Zrobiliśmy więc sobie dzień lenia i zalegliśmy w cieniu. W dalszą drogę ruszyliśmy dopiero kolejnego dnia i powoli zaczęliśmy kierować się w stronę domu...






25 stycznia 2026

Aurora borea... znaczy mazovialis





iewiele brakowało byśmy wszystko przegapili i przespali. W porze, kiedy człowiek zastanawia się czy już czas zaprzyjaźnić się z poduszką, dzwoni nagle telefon - to Tosia! Co się stało?

- Słuchajcie, chyba widzę zorzę? Wychodźcie szybko...  

No, z tym szybko, to tak trochę nie wyszło. Zanim wyciągnęliśmy sprzęt. statyw i stos ciepłych ubrań, minęło dobrych kilka minut, zwłaszcza że pies uparcie pomagał nam wiązać sznurówki. Uwielbia to robić, więc czasem zakładanie i zdejmowanie butów bywa niezłą zabawą. Tym bardziej, że jednocześnie próbuje łapać nasze palce, sznurówki oraz przewracać się na grzbiet, by wystawić brzuszek do drapania. Ogólnie jest wielkim kłębkiem psiej radości.

Danusia łapię torbę z dodatkowymi obiektywami, ja aparat i statyw. W końcu wychodzimy: podwórko, stara jabłoń, brama i już mamy przestrzeń przed nami i niebo gwiaździste nad nami. W mroźnym powietrzu gwiazdy są tak wyraziste, że aż kłują w oczy. 

A w północnej części nieba - czerwień, dziwna, odbijająca się w śniegu i barwiąca go na różowo, rozpraszająca światło gwiazd. Zaś nad głowami i na wschodzie migają pasma czegoś jakby niebieskozielonego ale znikają zanim zdążyłem się im przyjrzeć. 

Rozstawiam statyw marznącymi palcami, termometr przed chwilą pokazywał  -15 stopni i zastanawiam się gdzie u diabła mam rękawiczki. Znajduję je po chwili w czwartej z kolei kieszeni. Znacie prawo rękawiczek? Im bardziej marzną palce, tym dłużej trzeba ich szukać. 

Pierwsze zdjęcia robię prawie nie kadrując, tak by mieć cokolwiek, gdyby zorza nagle zniknęła. 

Przychodzi mi do głowy, by podjechać nad Wisłę ale miejsca gdzie zorza byłaby nad wodą, są o co najmniej pół godziny drogi. To najpierw zrobię zdjęcia pod domem a potem zobaczymy. 



Żeby zrobić kolejne zdjęcia prawie biegniemy na pobliską łąkę, tam rośnie kilka samotnych drzew i jest fajny widok na niebo. Szybki marsz po chrzęszczącym śniegu nie jest łatwy. Zmrożony śnieg łapie stopy i szarpie oddech. Docieram na miejsce zasapany, mimo mrozu jest mi gorąco.


Robię całą serię zdjęć, wykorzystując krajobraz i drzewa. Zauważam, że zorza powoli zanika i przesuwa się w zachodnią stronę. Robię zdjęcie za zdjęciem. To jest absurdalne ale nie mam czasu na oglądanie i podziwianie tego zjawiska. Tylko jak automat naciskam spust migawki i myślę nad kolejnymi ujęciami. Zachowuje się jak japoński turysta, który ogląda zwiedzane okolice dopiero w domu na zrobionych zdjęciach. 


Wędruję jeszcze do pięknej, rosnącej na miedzy brzozy, brzozy którą Tosia nazwała Emily. Bo... wygląda na Emily. Znowu robię serię zdjęć, zmieniając trochę miejsce i punkt widzenia. Od klękania na śniegu mam już na kolanach mokre spodnie. Drobiazg przy piętnastostopniowym mrozie.

Krótki film o Tosi i historii brzozy Emily znajdziecie na jej kanale na YT... "o tu


Już tylko niewielki fragment nieba jest czerwonawy, prawie niewidoczny gołym okiem, ujawnia się dopiero po zrobieniu zdjęcia. 



Wracamy do domu, już jest prawie pierwsza w nocy. Zanim zgraliśmy zdjęcia i obejrzeliśmy co wyszło z tego fotografowania, była już 2 w nocy. Kurczę, latem o tej porze niebo na wschodzie zaczęłoby już różowieć. 

Gdybym pojechał nad Wisłę, nic bym nie zdążył zrobić. Może następnym razem.





28 grudnia 2025

Zapiski z drogi... stary zamek i Troja w Karpatach

 

Może jeszcze za zakrętem    
Ujrzym drzewo albo kamień 
Przez nikogo nie widziane...

J.R.R. Tolkien




Nad górskim potokiem o nazwie "Biała", (Hmmm... czyżby nie był to potok tylko rzeczka? Albo potok rodzaju żeńskiego?) spędziliśmy dwa dni. Byczyliśmy się równo, czytaliśmy książki, Tosia malowała swoje obrazy. Ba...  nawet zażywaliśmy ekologicznego jacuzzi. W jednym miejscu potoku było zagłębienie, jakby wanna i gdy się w niej siadło, płynąca po kamieniach woda, trzepała z dużą siłą w plecy, zaś z drugiej strony żyjące pod kamieniami niewielkie rybki skubały delikatnie nogi. 

Do tego zrobiliśmy pranie. Wiecie jak się robi pranie w górskich potokach? Potrzebny jest do tego sznurek albo kamień albo jedno i drugie. Przywiązujemy sznurek do ubrania i wrzucamy ciuch do wody, zaś sznurek mocujemy do jakiegoś  kamienia, nadbrzeżnego krzaczora czy po prostu przyciskamy ubranie kamieniem  Po godzinie trzepotania w szybko płynącej wodzie ubranie jest czyściutkie. Bez żadnych mydeł, detergentów czy proszków. Potem ozdabiamy drzewo sukienkowe i suszymy wszystko w letnim słońcu. 



Trzeciego dnia ruszamy powoli w stronę Troi... Karpackiej Troi. Skansenu o którym sporo słyszałem ale nie miałem jeszcze okazji go odwiedzić. 

Ale najpierw trzeba znaleźć jakieś fajne miejsce na kolejny nocleg. Poszukiwania na guglomapie ujawniły niewielki leśny parking, daleko od głównych dróg i obok ruin jakiegoś zamku. Do skansenu jest stamtąd może z 10 kilometrów.
Więc cóż, żegnamy potok "Biała" i... nawijamy kilometry asfaltu na koła. 

Późnym popołudniem, kilka kilometrów przed celem, skręcamy w jakąś boczną wąską i krętą drogę. Stajemy na jakimś małym placyku, dobre pół kilometra od zaznaczanego na mapie parkingu. Tylko, że dalszej drogi nie ma! Może z 10 metrów dałoby się przejechać terenówką a potem na przełaj przez las. Nic się zresztą nie zgadza na mapach i w terenie. Zawracamy. Krzyś z nosem w tablecie przejmuje nawigowanie. 100 metrów niżej znajdujemy jeszcze jedną drogę w bok, skręcamy ale... to chyba niemożliwe by prowadziła do naszego celu? Wygląda jakby była to droga donikąd, jakieś krzaczory, dalej widać pasiekę... Wracamy. Jadę powoli tyłem, łypiąc to w jedno, to w drugie lusterko i nagle... ŁUP! Samochód się przechyla. Wpadam tylnym kołem w jakąś dziurę czy inny rów, zupełnie niewidoczny w trawie. Próbuję ruszyć do przodu ale koła tylko buksują. No pięknie!

Danusia idzie do nieodległego domu po pomoc a ja robię kipisz w bagażniku i wyciągam linę, która zgodnie z prawami Murphy'ego, jest w skrzynce na samym końcu. Przyjaciel, który towarzyszył nam przez część podróży podczepia ją do swojego samochodu. Wraca Danusia więc spróbujemy wyciągnąć się własnymi siłami, zanim nadejdzie obiecana pomoc. Odpalamy dwa samochody, lina się napręża. Danusia z Krzysiem pchają z drugiej strony, koła nagle łapią przyczepność i po chwili jestem uwolniony. Cofam się ostrożnie obstawiany przez Krzysia i Danusię, pilnują bym znowu w coś nie wpadł. 
Rozmawiamy przez chwilę z człowiekiem, który przybył z pomocą. Tam dalej nie ma nigdzie żadnego parkingu. Jest tylko ten mały placyk, na którym byliśmy kilka chwil temu. Mapy i rzeczywistość rozchodzą się w tym miejscu mocno. 
Zostajemy więc na tym placyku, choć musieliśmy się nieźle nakombinować, by stanąć w miarę równo, bo kiepsko się śpi w przechylonym samochodzie. 



Rano wybieram się na małą wycieczkę po okolicy. Chciałbym dojść do ruin tego zamku ale jeśli oznaczony na mapie jest podobnie jak parking, to trochę może mi to zająć. Nie znajduje żadnej informacji, szlaku, ścieżki... więc idę na przełaj przez las w mniej więcej dobrym kierunku. A las tu jest naprawdę ładny. Sporo w nim starych drzew o tak niesamowitych, powęźlonych pniach, że musiałem uwiecznić je na zdjęciach. 
W lesie spotkałem tubylca, chodził i szukał grzybów. Doskonale wiedział kim jestem i że nocowaliśmy tu w kamperku. Pyta czy dobrze się spało i czy to fajnie w wakacje tak sobie podróżować.  

Pytam go o zamek. Pokazuje mi w którą stronę iść, by natrafić na ścieżkę... a potem jeszcze długo rozmawialiśmy. Dowiedziałem się, że jeszcze 30 - 40 lat temu zamek był dużo większy. Ale ludzie rozbierali go kawałek po kawałku i wywozili do budowy okolicznych domów. 

- Tu - mówił pokazując na wzniesienie nieopodal - potrafił stać szereg furmanek.

A władze tym się zupełnie nie interesowały. Dopiero po latach ktoś sobie przypomniał: 

- Mamy przecież zamek! 

I objęto całe wzgórze ochroną. Powstał rezerwat Golesz chroniący i przyrodę i ruiny zamku. Tylko z zamku, już prawie nie było czego chronić, bo uchowało się niewiele. Zostały praktycznie same fundamenty. Potem trochę to uporządkowano, zrobili nawet tablice dla turystów... 

- Widział je pan? Nie? No właśnie, stoją zarośnięte w krzakach i to nie przy samym parkingu, gdzie wszyscy chodzą, ale kawałek z boku.

I przypominała mi się historia "Świątyni Słońca" pod Horyńcem. Też z niej niewiele zostało. Opisałem tę historię przed laty. Można ją przeczytać tu.

Żegnamy się i idę w stronę ścieżki, wije się ona dookoła wzgórza na którym stoją przetrzebione i rozebrane resztki zamku. Okolica jest naprawdę ładna. W runie górskiego lasu czerwienią się obficie owoce obrazków plamistych. Musi być tu pięknie wiosną, kiedy rozkwitają ich dziwne, nietypowe kwiaty. 



Obchodzę całe wzgórze. Widać jakby ślady po fosie czy jakimś zagłębieniu ciągnącym się dookoła wzgórza. Wkrótce dochodzę do wejścia do zamku. Ono znowu nie jest malownicze. 


Ot, kawałek bramy i muru wysokości może metra, kawałek bastei podobnych rozmiarów i trochę kamieni porozrzucanych po okolicznych krzakach. Krążę sobie po resztkach zamku i myślę jak sfotografować to, co z niego zostało. 


A potem powoli, starając się nasycić widokami wracam do samochodu. W sumie jak już trzymałem się ścieżki, to okazuje się że jest to całkiem blisko. Na górę szedłem trochę dookoła. I nagle obok parkingu znalazłem wejście na ścieżkę do zamku i te tablice informacyjne. Postawione są tak genialnie, że widać je od tyłu a od przodu zasłonięte jest wszystko jakimiś chaszczami. Stałem rano zaledwie kilka metrów obok i nic nie zauważyłem.


Po śniadaniu zwijamy się i ruszamy w stronę Karpackiej Troi. Nawigacja pokazuje kilkanaście kilometrów, więc szybko dojeżdżamy na miejsce. Przechodzimy przez kasy, okazuje się że otrzymana kiedyś odznaka "Zasłużony dla kultury polskiej" zapewnia mi darmowe wejście. Można też tu kupić trochę historycznych materiałów. Zaopatrujemy się więc w książeczkę o dawnym łucznictwie. 

Pierwsze co mi się rzuca w oczy to bardzo rozległy teren. Będzie trochę chodzenia. 

Skansen założono w miejscu, gdzie odkryto najstarszą osadę obronną w Polsce. Chociaż to raczej złe określenie. Należałoby napisać najstarszą znaną osadę, bo nigdy nie wiemy, co zostanie jutro odkryte. I nie w Polsce a na terenie dzisiejszej Polski, bo cztery tysiące lat temu w epoce wczesnego brązu, nikt o Polsce czy w ogóle o państwach i narodach nie słyszał. 

 


Skansen nie miał na początku szczęścia, Jego otwarcie zaplanowano na lato 2010 roku ale... płynąca kilkaset metrów dalej niewielka rzeczka Ropa, pokrzyżowała te plany. Na co dzień mająca 20 - 30 metrów szerokości, tuż przed otwarciem skansenu wystąpiła z brzegów i zalała całą okolicę. Ucierpiał nie tylko skansen, około 30% pobliskiego Jasła znalazło się też pod wodą. Nie mówiąc o dziesiątkach innych wsi, miast i miasteczek na Podkarpaciu.
Tak wielkiej wody w Ropie nie notowano co najmniej od ponad 100 lat. 

Porządkowanie i usuwanie strat trwało długo. Skansen otworzono dopiero rok później.


Robi się upalnie, tegoroczne lato nie ma litości. Tosia już dawno stwierdziła, że zasiada w cieniu i maluje. My kręcimy się po skansenie i fotografujemy wszystko, co zwróci naszą uwagę. Z racji na upał robimy to bardzo powoli, temperatura nie zachęca do szybszego marszu. By się ochłodzić wchodzimy raz po raz do domków. To ciekawe, gliniane, kryte grubą strzechą nie potrzebują klimatyzacji. W środku jest po prostu chłodno. 




W skansenie można spotkać też różne zwierzaki. Kozy miały wywalone na upał, zaś bliskie naszemu sercu koniki polskie stały sobie w cieniu w stajence i udawały. że ich nie ma. 


Wejście na wzgórze i dawną główną cześć grodu daje nam nieźle w kość. Zrobione są tam schody, z których podziwiać można fragmenty zrekonstruowanych umocnień. Nie wiem ile tam było stopni ale... stanowczo na tę pogodę za dużo. 

Na samym końcu skansenu znajduje się wieża widokowa. Wdrapaliśmy się na nią porządnie zasapani. Ale na górze wiał wiatr i panował miły chłodek. Dopiero stąd widać jak wielki obszar zajmuje teren dawnego grodu. 

Koniec osadnictwa i gwałtowny upadek grodu w tym miejscu datowany jest na wczesne średniowiecze czyli początek XI wieku. Najprawdopodobniej związany jest z utratą po śmierci Bolesława Chrobrego Grodów Czerwieńskich na rzecz Rusi Kijowskiej.
Czyli jakby nie patrzeć okolice te były zamieszkałe przez około 3000 lat! 

Do zwiedzania mamy nie tylko część plenerową ale i bardzo fajne ekspozycje w pawilonie. Powiem tak, żeby wszystko spokojnie obejrzeć i przeczytać umieszczone informacje potrzeba sporo czasu. To nie jest skansen na godzinną wycieczkę. Chyba, że ktoś chce przebiec, odhaczyć zaliczenie i pognać dalej. My zaś lubimy delektować się i oglądać takie miejsca powoli i z uwagą.

Wieczorem ruszyliśmy w dalszą drogę... Dokąd? Zobaczymy.