- Odwracam oblicze moje od przeklętego ludu i niech na ziemię spadnie ciemność...
I stała się rzecz okropna: w miarę jak głos mówił, słońce traciło blask. A wraz z ostatnim słowem zrobiło się ciemno jak w nocy. Na niebie zaiskrzyły się gwiazdy, a zamiast słońca stał czarny krąg otoczony obrączką płomieni.
Niezmierny krzyk wydarł się ze stu tysięcy piersi. Szturmujący do bramy rzucili belki, chłopi upadli na ziemię...
- Oto nadszedł dzień sądu i śmierci!... - zawołał jękliwy głos w końcu ulicy.
Bolesław Prus "Faraon"
Wyobraź sobie, że żyjesz kilka tysięcy lat temu. Mieszkasz w jakimś szałasie czy ziemiance czy innej jaskini. Nie masz pojęcia o fizyce czy astronomii. Patrzysz w nocne niebo i widzisz... mnóstwo dużo małych światełek. Zastanawiasz się co to jest. Migoczą lekko jak odległe ogniska. Ale nie wiesz jak tam dojść, nie sięgniesz ich z najwyższego drzewa.
W dzień te ogniska gdzieś znikają za to pojawia się jedno wielkie palące Słońce. Daje światło i ciepło. Podskórnie zdajesz sobie sprawę, ze od niego zależy życie. Gdyby któregoś dnia nie pojawiło się rano na niebie, byłoby... niedobrze.
Być może oddajesz słońcu boską cześć i błagasz by nie zapominało wrócić po nocy.
Zresztą w bardzo wielu kulturach Słońce było potężnym bóstwem. Niektórzy Słowianie wierzyli, że rano rodzi się jako mały chłopiec, w południe jest mężczyzną, a wieczorem umiera jako starzec, by w podziemiach walczyć z ciemnością i o świcie ponownie odrodzić się jako dziecko.
W starożytnym Egipcie jednym z najważniejszych bogów był Ra. Przedstawiany był z głową sokoła i czerwonym słonecznym dyskiem na głowie. Za dnia płynął on po niebie w słonecznej barce, a nocą walczył w podziemiach z wężem Apopisem, symbolem ciemności i chaosu. Jeżeli Ra zwyciężył, następował wschód słońca, jeśli nie to... na szczęście nie zdarzyło się to nigdy. Aby pomóc swojemu bogu w tej dramatycznej walce, Egipcjanie odprawiali specjalne rytuały i zaciekle niszczyli wszelkie wizerunki złowrogiego węża.
Bez względu na to, czy mieszkałeś w Egipcie, na Słowiańszczyźnie, czy jeszcze gdzieś, kiedy zdarzyło się coś, co dziś nazywamy zaćmieniem Słońca, musiało to zrobić na tobie piorunujące wrażenie. Znika nasze życiodajne bóstwo! A co będzie, jeśli zniknie na zawsze? Jak żyć w ciemności? Przypomnę tylko, że nie wiedzieliśmy wtedy nic o astronomii, planetach, Księżycu, orbitach i Układzie Słonecznym. Niektórzy zresztą do dziś nie bardzo mają tę wiedzę.
Z jednego z programów telewizyjnych, którego nazwę pominę dyskretnym milczeniem, dowiedziałem się, że zaćmienie Słońca polegało na tym, że Ziemia zasłoniła Słońce. Wywołało to u mnie pewien dysonans poznawczy i gwałtowne iskrzenie na synapsach, ale po chwili i trzech momentach analizowania zrozumiałem chyba... o co chodziło. Jak powszechnie wiadomo, Ziemia opiera się na czterech słoniach, które to stoją na wielkim żółwiu A'Tuinie. Jest na ten temat sporo materiałów dostępnych w literaturze. No i prawdopodobnie jeden z owych słoni, znudzony eonami stania na żółwiu, musiał się poruszyć i wystawił na chwilę swój zadek tak, że zasłonił Słońce. No jak to słoń! Co prawda w szkole podstawowej uczą nas nieco inaczej ale przecież wiadomo, że to światowy spisek mający na celu ukrycie prawdy o Ziemi.
Jak kiedyś próbowano sobie tłumaczyć zaćmienie Słońca? W Chinach Słońce pożerał smok, w Wietnamie – wielka żaba. W Ameryce Południowej – jaguar. W każdym razie blady strach padał na całą okolicę.
A dziś? Już nie ma strachu, tylko ciekawość. Taką przynajmniej mam nadzieję.
A my na kilka dni przed zaćmieniem studiowaliśmy mapy, aplikacje pokazujące kierunek położenia Słońca o określonej godzinie i odwiedzaliśmy dobrze rokujące miejsca. Chciałem mieć zdjęcia rogalika Słońca nad wiślaną wodą. I najlepiej by tej wody było dużo.
Ale mapy i programy, a życie to zupełnie co innego. W jednym miejscu na linii Słońca pojawiła się zarośnięta krzaczorami łacha. Nie była widoczna na mapach satelitarnych, bo pewnie zdjęcia pochodziły sprzed kilku lat. A Wisła, jak każda rzeka, zmienną jest. W kolejnym było dużo fajnej wody, ale Słońce będzie zachodzić nad paskudnymi kominami. Nie, nie chcę mieć zaćmienia z kominami. Chcę mieć rzekę, daleki brzeg z drzewami i refleksy na wodzie.
W końcu padło na miejsce oddalone od nas o ponad 50 kilometrów. Zakole Wisły i ponad kilometr wody przed nami.
Wyjechaliśmy z domu sporo wcześniej, zawadziliśmy o sklep budowlany by kupić coś do ochrony wzroku. Z paru dostępnych opcji wybraliśmy spawalnicze okulary, bo... wyglądaliśmy w nich jak skrzyżowanie kosmitów z Minionkami.
Zajechaliśmy na miejsce dużo wcześniej, by mieć czas na przygotowania i dokładny wybór miejscówki. Niewykluczone, że chętnych na obserwacje będzie więcej. I faktycznie przed wieczorem pojawiły się nad rzeką grupki ludzi, gdzieś nawet zapłonęło ognisko.
Kilkanaście minut przed zapowiadanym terminem zaćmienia i ludzie i sprzęty były w najwyższej gotowości. Co jakiś czas rzucałem okiem na Słońce przez te zabawne spawalnicze okulary. I nagle...
Słońce znika coraz bardziej, karty pamięci się zapełniają. Za chwilę będzie dla mnie kluczowy moment, czyli zachód nad wiślaną wodą.
Całkowite zaćmienie Słońca 19 sierpnia 1887 roku miał okazję obserwować Aleksander Głowacki, czyli... Bolesław Prus. Wybrał się z przyjaciółmi w tym celu do Mławy, bo tam miało być największe. I co prawda niebo zasnuły wtedy chmury i nie mógł podziwiać zjawiska w pełnej krasie, ale i tak nagły mrok i przerażenie okolicznego tłumu zrobiły na nim piorunujące wrażenie.
Tak opisywał to na łamach Kuriera Codziennego:
“Jest niby ciemno, a jednak wszystko widać, jest mrok burzowy, lecz obłoki nie mają burzowego wyglądu. Oczy moje coś widzą, ale ja nie umiem tego określić. Brak mi nawet porównań, tylko wielki żal, który rozpiera mi serce, może znaleźć porównanie. Już nie widzę sekundnika na zegarku, ręce dygoczą jakbym komu wygrażał. Zapalam jedną zapałkę, drugą. Daję za wygraną sekundom, minutom, barwom, wszystko leci mi z rąk, nie wiem na co pierwej popatrzeć. Cały horyzont od bliskich piasków do zenitu napełnia jakiś sinawy mrok. Na południowym horyzoncie, tuż przy ziemi ciągnie się długi na łokieć pas światła barwy żółtawo-rudej przysypanej sadzą. Ach jak smutno, jak smutno... to jest raczej stroskanie świata... Z jakiego powodu? może ziemia myśli i oto teraz wyobraża sobie straszną epopeję, kiedy gasnące słońce, to ukochane słońce, zamiast światła będzie rzucać tylko pomrokę? Nagle zniknęła sina ciemność z widnokręgu i ów czarny delikatny pył z zachodnich obłoczków, które wnet zbielały... Już po zaćmieniu całkowitym!"
Te obserwacje wykorzystał potem przy pisaniu słynnej sceny zaćmienia słońca w powieści "Faraon".
.


















_resize.jpg)
_resize.jpg)


