Postanowiliśmy pojechać w stronę domu zygzakiem, zawadzić o Jurę i sprawdzić jeszcze, jak tam się miewa Okiennik, niezwykłej urody skała położona niedaleko Zawiercia. Właściwie powinienem napisać Okiennik Wielki, bo kilka kilometrów dalej znajduje się dużo mniejszy ostaniec zwany Okiennikiem Małym.
Powodów było kilka. Po pierwsze Tosia wychowywała się w Edynburgu i nigdy nie widziała tej przedziwnej skały, po drugie jest to bardzo urokliwe miejsce, miejsce którego chyba nigdy nie będę miał dosyć, po trzecie kiedy byłem tam 10 lat temu, tuż pod samym oknem Okiennika rosła piękna jarzębina. O tej porze roku powinna mieć już mocno wybarwione, czerwone owoce. Może uda się zrobić ciekawe zdjęcia.
Wapienne skały Jury Krakowsko Częstochowskiej to skamieniałe osady morskie sprzed 150 milionów lat. Dziś po ruchach górotwórczych i erozji zostały tylko ich najtwardsze fragmenty.
Patrząc na tę samotną skałę, trudno uwierzyć że to pozostałość po dawnych morzach, podziemnej rzece i całym systemie jaskiń sprzed milionów lat.

W jaskini
znajdującej się pod otworem Okiennika znaleziono jedne z najstarszych, pochodzących z paleolitu, krzemiennych
narzędzi w Polsce. Datuje się je w zależności od źródeł od 60 do nawet na 100 tysięcy lat. Obecnie można je obejrzeć w Muzeum Archeologicznym w Krakowie.
Sama jaskinia jest zresztą całkiem spora. Za tym niewielkim otworem znajduje się komora o wymiarach mniej więcej 5 na 10 metrów. Ktoś ocenił, że nawet 50 osób może tam się spokojnie zmieścić.
We wczesnym średniowieczu była tu strażnica i prawdopodobnie mały gródek. Dziś są jeszcze na szczycie widoczne wykute otwory służce do mocowania drewnianych belek.
Tak wyglądał Okiennik w lipcu 2015 roku. Jarzębinowe korale dopiero zaczynają się czerwienić.
Skręcamy więc koła w jego stronę i ruszamy. Dzień jest upalny więc postanawiamy jeszcze zajechać nad pobliski Zalew Kostkowicki, schłodzić się nieco i zmyć podróżny kurz. Okolica zalewu zmieniła się bardzo od naszej ostatniej wizyty. Może nie tyle okolica ile zagęszczenie ludzi. Dziś przy każdym zejściu do wody siedzi człowiek na człowieku, stoi namiot na namiocie obok przyczep kampingowych. Jest też sporo mniejszych i większych kamperów. Miejscami są całe obozowiska wygrodzone przez namioty i samochody. Nie wiem jakim cudem udało się nam znaleźć miejsce do zostawienia samochodu. A potem slalom gigant w stronę wody.
Woda jest płytka, ciepła ale trochę ochłody i orzeźwienia daje. Wychodzimy z wody kawałek obok głównej plaży przez kilkunastometrową przerwę w trzcinach, gdzie jest trochę mniej ludzi.
I nagle jakiś dziadek zaczyna się pultać i marudzić, że tu nie wolno pływać i wychodzić, bo on ma tu rozstawione rzutowe wędki i jak są takie wędki to jest zakaz. I czy jakiś tam Wacek czy Zenek mi o tym nie mówił.
- Nie, nie mówił nawet nie wiem kto to - odpowiadam i nie wdaje się w dyskusję. Szkoda mi czasu. Myślę sobie jednocześnie:
- Facet, ja mogę trzy dni patrzeć się na te wędki i nie będę wiedział czy one są rzutowe, wyrzutowe czy odrzutowe. To nie jest twój prywatny teren, stoisz tuż obok wielkiej plaży z tłumem ludzi. Zająłeś sobie kawał jeziora, bo postawiłeś na stojaku przy brzegu swoje złożone wędki? Chcesz tak między ludźmi rzucać swoimi kotwiczkami? Zresztą i tak ich nie używasz, stoją sobie bezczynnie.
Gość jest trochę zaskoczony, że tak obcesowo go olaliśmy, coś tam, jeszcze próbuje mówić ale już sobie poszliśmy...
Pod Okiennikiem stoją jakieś samochody, namioty, nawet jeden kamper. Ustawiamy się w pewnym oddaleniu między krzaczorami.
Łapię sprzęt i wspinam się pod samo okno. Dziesięć lat temu skakałem po tych skałach jak kozica, dziś jakoś wdrapuję się ostrożniej.
Szukam tej jarzębiny i... jej nie widzę!
Dopiero po chwili dostrzegam coś, co było drzewem a teraz jest kupą suchych, połamanych badyli. Jarzębina czerwona została tylko wspomnieniem. Ale i tak zostaje na górze do zmroku i fotografuję skały w rozmaitych wariantach. Choć jakiś smutek wlał się na chwilę do duszy. Czasem nie dobrze jest wracać po latach w te same miejsca.
O świtaniu wygrzebałem się z samochododomku i ruszyłem sfotografować skałę w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Z góry dobiegły mnie jakieś głosy. Ktoś tam się wspiął z samego rana? Nocował w oknie Okiennika?
Światło jest ciepłe, delikatne, robię zdjęcia z daleka i z bliska, z różnych stron. Zmienia się niestety bardzo szybko, przy bezchmurnym niebie robi się ostre, mało plastyczne. Spieszę się jak mogę.
Wejście do jaskini ukrytej wewnątrz skały. To właśnie w niej znaleziono jeszcze przed II wojną światową paleolityczne krzemienne narzędzia. Dostać się tam bez lin i doświadczania wspinaczkowego nie sposób. Ja dostawali się nasi przodkowie? Byli sprytniejsi czy zbudowali jakieś drabiny? Schodki? Pewnie nigdy się nie dowiemy.
Wracam już do samochodu, kiedy dobiegły mnie znajome głosy. Tosia i Krzyś mnie wołają. Rozglądam się i nie widzę przez dwie chwile. A potem! Są Koczkodany jedne, ośmioły skowytne, kurdle na szczypiorkowym głodzie... Aż mnie dreszcze przeszły. Weszli sobie do okna Okiennika. Dobrze, że tego nie widziałem, tam jest tak wąskie przejście nad przepaścią. Ja się nie odważyłem...
Tosia i Krzyś schodzą ze skały roześmiani, szczęśliwi...
A potem pakujemy się i ruszamy dalej.