środa, 30 września 2020

Polowanie na kometę



Odkrycie z 27 marca 2020 roku przeszło bez echa. Kto by tam zajmował się jakimiś kometami, zauważonymi przez krążący na orbicie teleskop. Tym bardziej, że świat zajęty był epidemią koronawirusa. W Polsce drugi tydzień były zamknięte urzędy, szkoły, muzea czy restauracje. Życie zamarło. Po zazwyczaj pełnym ludzi Placu Zamkowym w Warszawie, przemykały najwyżej pojedyncze osoby.

Zresztą prorokowano, że kometa rozpadnie się gdy tylko zbliży się do słońca. Dopiero w lipcu wzbudziła sensację. Nie dość, że się nie rozpadła, to jeszcze stała się najjaśniejszą kometą od dwudziestu trzech lat - czyli od słynnej komety Halleya. Minęła Słońce w odległości zaledwie 43 milionów kilometrów. Dużo? W skali kosmicznej to bardzo niewiele, To nawet trochę bliżej, niż orbita Merkurego - najbliższej Słońcu planety. 





Nazwa kometa pochodzi z języka greckiego. Słowo κομήτης (komētēs) znaczyło - długowłosa! Z Grecji określenie trafiło do starożytnego Rzymu i łaciny... a potem dalej, rozlało się po całej Europie. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele używanych przez nas słów, swoje prapoczątki ma właśnie w starożytnej grece.
Jako pierwszy użył tego słowa, można powiedzieć wymyślił to określenie... Arystoteles - nazwał tak właśnie gwiazdy z włosami.

A kiedy szukałem informacji i kometach, najbardziej zaskoczyło mnie to, że włosy komety, znaczy jej ogon nie jest z tyłu! Nie powstaje za nią! Jest efektem działania wiatru słonecznego i jest skierowany w stronę... przeciwną niż słońce! A sama kometa wtedy leci sobie jakby bokiem w stosunku do moich i powszechnych wyobrażeń.




Jeszcze niedawno, zaledwie 200 lat temu słowo kometa było w języku polskim rodzaju męskiego. Podobnie jak w łacinie. 

Dziś oczy i myśli wszystkich pociąga do siebie
Nowy gość dostrzeżony niedawno na niebie
Był  to kometa pierwszej wielkości i mocy
Zjawił się na zachodzie leciał ku północy

Tak pisał Adam Mickiewicz w... VIII księdze "Pana Tadeusza"

Chodziło o tak zwaną "Wielką Kometę z 1811 roku", odkrytą w marcu 1811 roku francuskiego astronoma amatora Honoré Flaugerguesa. Była widoczna na niebie aż przez 260 dni! Musiała zrobić na ówczesnych ludziach wielkie wrażenie. Obserwował ją również Pierre Bezuchow, bohater "Wojny i Pokoju" Lwa Tołstoja. W Rosji zresztą nazywana była "Kometą Napoleona". Jej pojawienie miało zwiastować "wszelakie okropności i koniec świata" i poprzedziło właśnie francuską inwazję 1912 roku. 

Wykorzystano ją również, dziś powiedzielibyśmy,  marketingowo. Wśród koneserów wina zapanowało przekonanie o wyjątkowo dobroczynnym wpływie komet na winorośl. Tym bardziej, że po kilku niezbyt korzystnych latach i owoce winorośli i wino wyjątkowo się w 1811 udały. Więc tak zwane "Comet Wine" - osiągało, ku uciesze właścicieli winnic, znacznie wyższe ceny. Nawet nakręcono na ten temat film. Romantyczna komedia z 1992 "Rok komety" opowiada o poszukiwaniach najcenniejszej butelki wina na Ziemi... Właśnie pochodzącej z 1811 roku. 

Na początku 1812 roku Wielka Kometa przestała być widoczna gołym okiem. Po raz ostatni widziano ją przez teleskop w sierpniu tego roku. Kiedyś wróci... Gdyby ktoś był jej ciekaw, to musi jednak trochę poczekać, mniej więcej 2890 lat.






W lipcu 2020 roku w Internecie zaczęły się pojawiać zdjęcia komety Neovise. W rożnych wariantach i układach. Nad miastem, obok drzewa, w zbliżeniu, w krajobrazie. Nawet gdzieś przemknęło mi zdjęcie młodej pary: trzymającej się za ręce i z kometą miedzy głowami! 
Sprawdziłem gdzie kometa powinna być widoczna, sprawdziłem gdzie można ja sfotografować nad Wisłą. Takie właśnie zdjęcie mi się wymarzyło. 
I co? I nic! Przez bite dwa tygodnie, dzień w dzień... chmury! Nawet jeśli nie na całym niebie, to właśnie w tym newralgicznym miejscu... tam gdzie powinna być widoczna kometa. Ba... potrafiło być tak , że przez cały dzień niebo było bezchmurne a wieczorem... już nie! 

Aż tu nagle, gdy prawię straciłem nadzieję, jest! Wyszedłem przed dom i niemal dokładnie na północy, w okolicy Wielkiego Wozu, zobaczyłem gwiazdę z włosami. Przez chwilę obserwowałem ją przez lornetkę. Wyglądała niesamowicie. Nie dziwię się, że komety robiły kiedyś tak wielkie wrażenie. 

A potem ruszyłem... Cóż to był za galop! Porzucona, niedojedzona kolacja, sprzęt wrzucany do samochodu po prostu w biegu. Jakaś pajda chleba i kawałek kiełbasy w ręku... nie wiadomo wszak ile czasu spędzę nad Wisłą. I jazda, najpierw szosą a ostatnich kilka kilometrów polnymi drogami. 

Dojechałem i wyskoczyłem z samochodu. Jakiś siedzący w krzakach wędkarz chyba się mnie przestraszył. Przede mną w ciemności lekko błyszczała Wisła. Spojrzałem na północ... i... 
Na całym niebie iskrzyły się tysiące gwiazd, powietrze było wyjątkowo przejrzyste a dokładnie tam gdzie powinna być kometa - mała chmurka! Nie zasłaniała nawet całego Wielkiego Wozu! Widziałem fragment jego dyszla, gwiazdy z drugiej strony... a w środku - nicość! 
Westchnąłem ciężko w intencji świętego Tadeusza - patrona spraw beznadziejnych. Ustawiłem kadr, tak by na zdjęciu była i woda i drzewa i miejsce gdzie powinna być kometa.

Czekam...
Czekam... 
Czekam...

O... widać dwie następne gwiazdy Wielkiego Wozu...  komety nadal nie. Wszędzie dookoła niebo krystalicznie czyste. Migotanie gwiazd wręcz przyprawia o zawrót głowy. 

Czekam...

I kiedy już trochę zmarzłem a w głowie zaczynała kiełkować myśl: rzuć to wszystko w cholerę i jedź do domu... chmurka gdzieś zniknęła. 
Tuż nad wyspą zobaczyłem gwiazdę z włosami!
Sprzęt poszedł w ruch. Zmieniałem miejsca i obiektywy.
Przestałem marznąć. 

Do domu wróciłem, kiedy niebo na wschodzie zaczęło lekko różowieć.

To była jedna z ostatnich okazji. Wkrótce kometa zaczęła być widoczna coraz słabiej i słabiej... wróci do nas kiedyś, jeśli nic złego jej nie spotka po drodze. Musimy poczekać 6800 lat!





Ach... i jeszcze mam na koniec gorący apel do rowerzystów. Kiedy wracałem do domu spotkałem na szosie w środku nocy trzy całkowicie nieoświetlone rowery. Nawet nie było tych małych światełek odblaskowych w pedałach. Ja wiem, że jest ryzyko - jest zabawa. Ale może znajdźcie sobie inny sposób na zabawę. Zagrajcie w rosyjską ruletkę, skaczcie z mostów do wody albo... nie wiem co jeszcze. Ale nie ukrywajcie się w ciemności przed jadącymi samochodami. To żadna przyjemność mieć was potem na sumieniu. 







sobota, 25 lipca 2020

W zwierciadle niejasno...






Refleksy na wodzie? Coś w nich jest, co zawsze przyciągało mój wzrok i myśl, działało na wyobraźnię. Refleksy wywołujące refleksje...? Patrzyłem na odbicia wiekowych drzew, rozedrgane, lśniące w słońcu trzciny, wpatrywałem się w migoczące na falach drobiny światła... Rozmyślałem sam nie wiem o czym...



Góra 
chmury pękały czarne
coraz czarniejsze
jakby koni frygijskich groźne tabuny
aż grom
przeszył obraz nie dokończony jeszcze
....

Edward Stachura - Metamorfoza



Nawet płynąc sobie przez jezioro czy rzekę patrzyłem na migoczące tuż przed moimi oczami obrazy. Dziwne, tajemnicze, jakby gdzieś tam się skrywał inny świat...

Alicjo? Jesteś tam...?



















niedziela, 19 lipca 2020

Wisła - festiwal chmur i kolorów...




Pogoda ostatnio przynosi wiele niespodzianek. Burze, upały, przelotne deszczyki, ulewy i inne zjawiska pogodowe tworzą na niebie niesamowite spektakle. Czasami zupełnie niespodziewane. Ileż to razy wyglądałem przez okno, stwierdzałem, że nie zanosi się na nic ciekawego... a godzinę potem plułem sobie w brodę. Albo ruszałem w teren i kończyło się na spacerze wzdłuż brzegu. Tak... ostatnie tygodnie były bardzo pracowite. Ale też nie pamiętam bym kiedyś w tak krótkim czasie zrobił tak wiele różnorodnych zdjęć. Te tu pokazane, to zaledwie drobny wycinek.

Ale z drugiej strony opłaciłem to własną krwią. Dosłownie! Takiej ilości komarów nie widziałem od dawna. Przypomniały mi się praktyki terenowe w Białowieży. Robiliśmy wtedy zawody, kto ile komarów trafi na swoim kolanie za jednym uderzeniem ręki. Mój rekord wynosił dziewięć, rekord wszechpraktyk - jedenaście...



















sobota, 11 lipca 2020

Zagadka na dzień dobry...


Dziś mała zagadka. No właśnie... co to jest? Nie musiałem nigdzie daleko chodzić. Temat do zdjęcia znalazlem na własnym podwórku...

Ktoś wie? Ktoś rozpoznaje?

Hę?

Ciekaw jestem pomysłów...




niedziela, 5 lipca 2020

Koników polskich rozmowy...





Pewnego dnia na pewnej łące...


Hej... wstawaj... fajne jedzenie znalazłem!
Zobacz... listeczki z gruszeczki na miedzy. Może tej, o którą Rzędzian z sąsiadem się procesował...
Chrrr... chrrr... cicho tam! Ten to tylko o jedzeniu...
No wstawaj, wstawaj...  rusz ten koński zadek...

Listeczki z gruszeczki czekają... zobacz jakie fajne i jakie smaczne... 


Co za koń normalnie, osioł a nie koń; spać nie da. A wypchaj się sianem ty... Rzędzian już proces wygrał, zaraz ci popędzi kota...  znaczy konia.








czwartek, 19 września 2019

Wisła - wieczorem komary wychodzą z ukryć...




...A fotografowie jadą w teren. Myślałem, że tego dnia nie zrobię już żadnego zdjęcia. Co prawda wieczór zapowiadał się ciekawie - chmury na niebie były imponujące. Jednak kiedy dojechałam nad Wisłę, chmury postanowiły być jeszcze bardziej imponujące i... zakryły całe niebo. Za to całkiem niespodziewanie pojawiły się całe stada wygłodniałych... komarów. I to w ilościach takich, jakby wszystkie z całej gminy umówiły się właśnie w tym miejscu na berka gryzionego. Pod domem, ledwie kilka kilometrów dalej, nie miałem ich w tym roku wcale. A tu... wchodziły do oczu, nosa... nawet jednego zjadłem, gdy zasapany po wdrapaniu się na stromą skarpę, wziąłem głębszy oddech.
I już chciałem wracać. Myślałem, że jedyne co dziś mnie nad Wisłą spotka, to berek z komarami, gdy równie nagle jak przyszły, chmury się rozeszły. Błysnęły kolory, przejrzały się w wodzie.

Wyciągnąłem więc schowany do tej pory sprzęt i próbowałem nie zwracać uwagi na latające dookoła małe wredoty. Kiepsko to niezwracanie wychodziło. Z daleka musiało wyglądać to zabawnie. Na środku łachy stoi statyw a dookoła niego biega facet i macha rękami, jakby chciał... podfrunąć.















piątek, 30 sierpnia 2019

Mewy srebrzyste - męki rodzicielstwa...







Gdzieś nad polskim morzem, zdarzyć się mogło to gdziekolwiek, łaziły sobie po plaży mewy. Głównie mewy srebrzyste ale było też trochę siwych i śmieszek. Oczywiście mewy srebrzyste, jak zwykle robiły najwięcej zamieszania. Największe i najgłośniej krzyczące. Słychać je było nawet kilkaset metrów od brzegu. Głosy ich pewnie znacie, choć nie wiecie, że znacie. W każdym filmie, którego akcja dzieje się nad morzem, słychać je w tle.

Nad samym brzegiem było sporo tegorocznych młodych i trochę dorosłych ptaków. I praktycznie się nie bały ludzi, plątały się pod nogami niczym miejskie gołębie. Złapałem aparat i zrobiłem kilka zdjęć. Takich zwyczajnych. Stoją sobie mewy, chodzą sobie mewy... Kilka ptaków miało obrączki, więc zrobiłem jeszcze im zdjęcia dokumentacyjne. Odczytam potem w domu i wyślę informację do Stacji Ornitologicznej. Przydadzą się im.

I nagle słyszę głos proszący mew. Jest bardzo charakterystyczny, takie jakby miauknięcia. I bardzo podobny u wszystkich gatunków, a przynajmniej u tych, które znam. Mewy siwe odzywają się tak samo, śmieszki - trochę bardziej piskliwie.

Obracam się i widzę jak tegoroczne młode biegają za... rodzicem. Na moje oko to samica. Młode, mające już co najmniej trzy miesiące, nie różniły się od dorosłych rozmiarami. Tylko upierzenie miały inne - szarobrązowe. Na białe będą musiały poczekać trzy czy cztery lata.

No i te dwa bachory, zamiast samemu czegoś sobie poszukać, biegały za matką i napraszały się wręcz namolnie. Pochylały się w proszącym geście i stukały dziobem w dziób, łapały za pióra... w którymś momencie złapały uciekającą samicę za ogon i przez chwilę jechały po piasku jak na nartach. A ona? Miałem wrażenie, że najchętniej spuściła by im porządny łomot. Odsuwała się, odbiegała kawałek,  raz nawet odleciała o kilka metrów. Nic to nie dało. Dorastające dzieci były nieugięte. Ale dzięki temu mam całą serię ciekawych zdjęć.

Fotografowanie skończyło się gdy jakiś pies przybyły ze spacerowiczami spłoszył ptaki. Ludzi wytrzymywały, psa już nie.

Tak na marginesie powiem, że czasami nie rozumiem ludzi. Wyobraźcie sobie sytuację. Leżę na piasku z aparatem i długim obiektywem. Ze trzy metry od wody. Po samym brzegu chodzi fotografowana mewa. I większość osób przechodzi prawie po mnie. Jedna rodzina przeszła tak blisko, że prawie obsypali mi piaskiem obiektyw... No nie wiem, ja bym kogoś takiego obszedł dookoła. Jeszcze lepsza sytuacja zdarzyła mi się wieczorem. Zmierzchało już, miałem rozstawiony statyw. Na nim aparat skierowany na morze i leżące w wodzie kamienie. Od brzegu jestem tuż, tuż. Już mam naciskać spust gdy nagle przed obiektyw wchodzi mi rodzina z dwójką małych dzieci. Wyciągają telefony i zaczynają strzelać sobie selfiki... i tak przez 10 minut? Złapałem za statyw, bo bałem się, że go przewrócą. Ledwie się między mną a tym brzegiem mieścili. I tak... w promieniu kilkudziesięciu metrów było praktycznie pusto... ni człowieka. Bezmyślność, głupota, złośliwość?

I wtedy przypominała mi się sytuacja z Francji. Robiłem zdjęcia na Montmartrze i przyszedł mi do głowy taki pomysł. Na drugim planie obrazy na straganach a na pierwszym idący spacerowicze. Dałem dłuższy czas by zaakcentować ich ruch - ludzie mieli być trochę rozmyci. I tu pojawił się problem. Bo co podnosiłem aparat do oka, to wszyscy stawali albo się wręcz się odsuwali bym mógł to zdjęcie zrobić. I jeszcze się do mnie uśmiechali. Ba... zatrzymywały się nawet samochody i kierowcy czekali aż skończę! Widać co kraj, to obyczaj.

Obiecywałem sobie kiedyś, że nic mnie już nie zdziwi... ale to jakoś nie działa.






Mamo... głodny jestem... jeeeeść... jeeeść!

Daj coś do jedzenia... no daj... no daj... no daj... 

I mnie też, i mnie też... 

No weź mamooo , jeść... jeść, jeść!

Będę grzecznym dzieckiem, nawet podrapie cię po brzuszku...

...o właśnie tak, zobacz!
Aaa...poszłyyyy baaaachoryryry - mama się trochę wkurzyła.

Mamo, mamo... nie ucieeeekaaaj!! Jeść nam się chce!!!







poniedziałek, 29 lipca 2019

Rosnę sobie - dołem głowa, górą nać -



- Kto mi powie: co się jeszcze może stać ?



Marchewkowe pole rośnie wokół mnie
W marchewkowym polu jak warzywo tkwię 
Głową na dół zakopany niczym struś
Chcesz mnie spotkać - głowę obok w ziemię włóż 

Wszystko się może zdarzyć 
Wszystko się może zdarzyć



Marchew... znamy ją wszyscy. Jedliśmy ją gotowaną, chrupaliśmy surową, piliśmy wyciśnięty sok. Robiliśmy marchewkowe ciasto, rozmaite surówki. Ba... są w Europie kraje (na przykład Portugalia) gdzie z marchewek robi się ... dżem. To zresztą jest zabawne z prawnego punku widzenia. W klasyfikacji Unii Europejskiej marchew jest uznawana za warzywo. Ale jeśli robi się z niej dżemy to... w rozumieniu innej dyrektywy należy ją taktować jako owoc!

Tak, wiem, życie potrafi być zabawne.

Ale kto wie, że dokładnie ten sam gatunek, który tak smakowicie zajadamy sobie rankami, w południe i wieczorami pospolicie rośnie również na polskich łąkach? Oczywiście w formie dzikiej, pierwotnej. Takiej z której nasi przodkowie dopiero wyhodowali znane nam dziś pomarańczowe korzonki.

Gdybyśmy jednak wyrwali taką dziką marchew, możemy się srodze rozczarować. Zamiast znanego nam grubego i... marchewkowatego korzenia zobaczymy coś bladego, jasnożółtego najwyżej i cienkiego. Trochę zaledwie grubszego niż przeciętny roślinny korzeń. To co znamy ze sklepów, to efekt wielu setek lat uprawy i selekcji.

Marchew jest rośliną dwuletnią. W pierwszym roku tworzy niepozorną rozetkę liści i gromadzi materiały zapasowe w korzeniu.  W drugim roku, korzystając z korzeniowych zapasów tworzy kwiaty i potem nasiona. Rzadko możemy oglądać na polach kwitnącą marchew. Na ogół potrzebujemy odżywcze korzenie a nie nasiona.

Z ciekawszych i mało znanych zastosowań marchwi: Francuzi potrafili robić z niej likier, Brytyjczycy - wino a Niemcy używali jako zamiennika kawy.

Czy marchew ma coś wspólnego z modą i elegancją? Ależ tak! Eleganckie damy z XVII wiecznej Anglii często nosiły na kapeluszach pierzaste liście marchwi...


A zdjęcia marchwi... wiecie, Garry Winogrand powiedział kiedyś, że przedmiotem fotografii nie są fotografowane rzeczy, lecz to jak one wyglądają po sfotografowaniu. Więc tak wygląda dzika marchew po sfotografowaniu













środa, 29 maja 2019

Nad Pilicą





Zjechaliśmy z szosy w niewielką polną drogę. Po dwóch zakrętach rozciągnęły się przed nami meandry Pilicy. Po drugiej stronie rzeki, tuż nad wodą rósł las. Ciemne liście olch przeplatały się z czerwienią sosnowych pni. Wieczorne słońce kładło się na wszystkim ciepłym blaskiem. Rzeka ospale płynęła sobie gdzieś w dal.

 Złapałem statyw i torbę ze sprzętem i otoczony cierpkim zapachem schnących traw oraz macierzanki, ruszyłem w stronę wody. Po upalnym dniu, bliskość rzeki dawała pewną ulgę, oddychało się jakby innym powietrzem.

Doszedłem do samego brzegu. Woda była... ciemna, czarnozielona niemal. Zdążyłem pomyśleć, że fajny byłby to kolor atramentu (ci co mnie znają wiedzą o co chodzi), gdy z zakamarków pamięci wypłynął, napisany jeszcze w 1932 roku, wiersz Leopolda Staffa...

I wiem, że przed sobą nie miałem jakiś wysokich drzew ale ten zapach wody, zielony w cieniu, złoty w słońcu i koniki polne strzygące ciszę wśród zapachu macierzanki...

I ta wyzwolona dusza...





O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa,
W brązie zachodu kute wieczornym promieniem,
Nad wodą, co się pawich barw blaskiem rozlewa,
Pogłębiona odbitych konarów sklepieniem.

Zapach wody, zielony w cieniu, złoty w słońcu,
W bezwietrzu sennym ledwo miesza się, kołysze,
Gdy z łąk koniki polne w sierpniowym gorącu
Tysiącem srebrnych nożyc szybko strzygą ciszę.

Z wolna wszystko umilka, zapada w krąg głusza
I zmierzch ciemnością smukłe korony odziewa,
Z których widmami rośnie wyzwolona dusza...

O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa!


                                Leopold Staff "Wysokie drzewa"









poniedziałek, 6 maja 2019

Nadwiślański wieczór




Tej nocy niebo w dreszczach od gwiazd mrugawicy
Kołysało swój bezmiar w sąsiednie bezmiary,
To w próżnię swe radosne unosząc pożary,
To zbliżając je znowu ku mojej źrenicy.

                                 Bolesław Leśmian










poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Ciężkie życie kaczuchy




Pojechałem z Krzysiem do Puszczy Kozienickiej. W sumie to mamy blisko, ze dwa, może trzy rzuty beretem, zaraz za Wisłą.

Puszcza Kozienicka, nazywana kiedyś Jedleńską - od miejscowości Jedlnia i... rosnących dookoła jodeł, leżała na starym szlaku biegnącym z Krakowa do Wilna i zwanym Litewskim Gościńcem albo Królewską Drogą. Władysław Jagiełło zimy często spędzał na Litwie, więc nieraz tędy podróżował. Upodobał sobie tę okolicę, w dokumentach zachowały się informacje, iż gościł tu aż 23 razy. Wybudowano wtedy dworki, jeden w Jedlni drugi w Kozienicach. Dziś już niestety nie ma po nich śladu. To właśnie tu w Kozienicach, 1 stycznia 1467 roku urodził się mały Zygmuś, późniejszy Zygmunt I Stary - jeden z najdłużej panujących władców Polski. Dalekim potomkiem tego kozienickiego dworku jest, wybudowany przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, pałac.

A lasy były tu wtedy słuszne, ciągnęły się kilometrami od Wisły aż po Radom. Polowano w nich na żubry, niedźwiedzie a nawet tury. Dziś po prastarej puszczy zostały niewielkie okrawki, choć i tak robią wrażenie. Jak musiała wyglądać kiedyś?

Tu właśnie powstawał słynny most pontonowy, po którym wojska Jagiełły przeprawiły się pod Czerwińskiem przez Wisłę i zaskoczyły całkowicie Krzyżaków. Nie mamy o tym moście dokładniejszych informacji. O dziwo, zachowało się imię głównego wykonawcy - był nim mistrz ciesielski Jarosław. Ale poza imieniem, nic już więcej o nim nie wiadomo. Nie wiemy też dokładnie, jak ów most wyglądał, nie znamy szczegółów konstrukcji. Wiemy, że pod koniec czerwca spławiono jego elementy z Puszczy Kozienickiej i zmontowano na miejscu zaledwie w pół dnia. Musiał być jakoś sprytnie pomyślany. Po przeprawie most rozebrano i spławiono dalej do Płocka. Wykorzystano go jeszcze raz we wrześniu 1410 roku, gdy królewska armia wracała z Prus. Co potem się stało z elementami mostu? O tym historia już milczy.

Wędrowaliśmy więc wzdłuż Zagożdżonki, niewielkiej rzeczki malowniczo meandrującej przez lasy. I za jednym zakolem spotkaliśmy parę krzyżówek. O dziwo, prawie się nas nie bały. Usiedliśmy na brzegu a one pływały sobie dookoła, jak byśmy byli w miejskim parku. Zazwyczaj w takich dzikich miejscach kaczki boją się znacznie bardziej. A te nie. Czasami przepływały zaledwie o kilka metrów od nas.

Wyciągnęliśmy aparaty, zaczęliśmy je obserwować i fotografować. Po trzech chwilach lub dziewięciu momentach (powszechnie wiadomo, że chwila trwa trzy momenty), zauważyliśmy coś ciekawego. Jak wiosna w przyrodzie wpływała na zachowanie kaczek?

Kaczka spokojnie sobie żerowała praktycznie przez cały czas, kaczor zaś prawie nic nie jadł. Pływał dookoła z wyprężoną szyją, nerwowo wypatrując potencjalnych konkurentów. Wyglądało to nawet zabawnie, taki wystawiony na pełną wysokość peryskop, obracający się nieustannie to w prawo, to w lewo. Co jakiś czas z wielką prędkością puszczał się pod przeciwny brzeg i z uwagą zaglądał we wszystkie zakamarki. Za kępy nadbrzeżnych traw, zwalone drzewa... za kolejny zakręt rzeczki. Albo płynął wzdłuż brzegu to w jedną, to w drugą stronę. Potem wracał do kaczki i sprawdzał czy wszystko w porządku. Jeżeli ona w tym czasie odpłynęła kilka metrów dalej, chłopak wpadał prawie w panikę.

Tak więc tak... 



Zagożdżonka wije się malowniczo przez Puszczę Kozienicką.

  - Ona sobie spokojnie je, podczas gdy ja muszę czuwać! Rozglądać się we wszystkie strony. Pilnować, pilnować, pilnować... !

- O nie! Tam ktoś jest, na pewno tam ktoś jest... Tam przy drugim brzegu na pewno ktoś się czai... Wszyscy czyhają ma moją... kaczkę... !

- Ufff... na szczęście pusto... Ale muszę dokładnie sprawdzić, bo na pewno kogoś widziałem! Zajrzę za każdą kępę traw!

- Nie! Już muszę wracać... galopem, galopem  (czy można galopować po wodzie?), bo jeszcze ktoś podpłynie z drugiej strony.

- Uff!! Zdążyłem! Nie ma jej?? Nie... Gdzie...??  Aaaa... tu się ukryła w tych trawach przy brzegu!

- Co za czasy, ona cały czas je i je, a ja muszę stać na straży!

- Ale jestem głodny, teraz chyba mogę coś i ja zjeść... Wszędzie dookoła pusto. 

- Ale nie, nie mogę. O nie. Znowu gdzieś zniknęła? Wejdę na brzeg, będzie lepiej widać!

- Oooo.. też tu jest. Stoi bezpiecznie. Nikt się nią nie zainteresował. Na szczęście...  Życie nie jest łatwe!

Tymczasem nad puszczą zapadał już wieczór. Wyzłocił refleksy na wodzie...

... i nadbrzeżne drzewa. Wracaliśmy do domu już w ciemnościach. Kaczki... też gdzieś pływały w ciemnościach.