20 marca 2026

Zapiski z drogi... Ty Wieprzu ty...

 


W pierwszym brzasku dnia

ubrane w światło i ciszę

rzeczy budzą się z ciemności

jak było na początku świata.


Anonim

Hymn na Jutrznię






W ramach poszukiwania nowych krajobrazów, nowych tematów do zdjęć i nowych wrażeń wybraliśmy się nad... Wieprz. Nieodległy w sumie, bo po godzinie jazdy byliśmy na miejscu. 

Wieprz to niezwykła rzeka, dzika, intensywnie meandrująca, pełna zakoli i starorzeczy. Są tam miejsca, w które nawet dojść jest trudno. Próba przejścia przypomina wędrówkę przez dżunglę, każdy krok wymaga walki z trawami po pas i gęstymi chabaziami. 

Zatrzymaliśmy się na kilka dni przy takim zakolu. Z trzech stron otaczała nas woda. Z jednej strony tuż obok, z drugiej brzeg trochę dalej, z trzeciej było może ze sto metrów gęstych traw i znowu brzeg a z czwartej... ledwo widoczna polna droga, którą czasem dojeżdżają tu wędkarze. Na plus trzeba dodać, że miejsce było dosyć czyste. Zebraliśmy zaledwie małą siateczkę śmieci: jakieś pudełko po zanętach, dwie butelki, puszkę po piwie i kukurydzy... Zazwyczaj z takich miejsc wywozimy porządny worek z pozostałościami ludzkiej obecności. 

A z innej beczki, nie wiem czy wiecie ale do Wieprza wpada rzeczka o nazwie Świnka! Nie jest duża, ma jakieś 40 kilometrów długości i przy ujściu zaledwie kilka metrów szerokości.  Kiedyś tam pojedziemy. Sfotografować ujście Świnki do Wieprza to jest coś. 



Jak zawsze w terenie otworzyłem oczy chwilę przed  świtem. Na niebie galopowały skłębione chmury, gdzieniegdzie przez okienka prześwitywało jasne niebo. Na wschodzie coś przecierało się czerwonawo. Złapałem aparat, statyw i powędrowałem szukać miejsca, gdzie można ciekawie ten poranek nad rzeką uwiecznić. Pies oczywiście uznał, że idzie ze mną i będzie mi pomagał... na razie zadbał bym nie szedł zbyt szybko, bo zaczął mi wywijać pod nogami radosne ósemki. Mógłbym się w pośpiechu przecież o coś potknąć.




Doszedłem nad brzeg Wieprza, rozstawiłem statyw i czekałem na wschód słońca. Na niebie działo się coś niezwykłego. Gdzieś w górze wiało tak porządnie, że słychać było ciche buczenie a chmury po prostu szalały. Migawka aparatu zaczęła trzaskać raz za razem. 

Te trzy ujęcia zrobiłem z jednego miejsca bo... nie zdążyłbym przestawić statywu. Między kolejnymi zdjęciami mijała gdzieś minuta! Następne miejsce, gdzie byłby dobry kadr, znajdowało się ze 100 metrów dalej. A tu jak widać liczyła się każda chwila. 







Festiwal chmur skończył się dość szybko. Po pół godzinie chmurne kłębowiska wygrały na jakiś czas ze słońcem. 
A pies? Pies nagle zaczął się zachowywać dziwnie, zamiast biegać radośnie w kółko, stanął a potem podszedł do mnie i wpatrywał się z uwagą gdzieś w nadbrzeżne łąki. Obracam się a tam... koziołek wyszedł sobie na środek i się popisuje. Wyprostowany dumnie chodził sobie w jedną i drugą stronę, potem zaczął szczekać co bardzo zdziwiło i zdeprymowało psa. Wyraźnie nie wiedział co ma z tym fantem zrobić. Koziołek nas nie widział, więc zachowywał się naturalnie. Niestety był zbyt daleko, by zrobić mu jakiekolwiek zdjęcie. Po kilku chwilach zaczął biec i w radosnych podskokach zniknął sobie za krzakami. 





Wracam do samochodu i odsypiam wstawanie przed czwartą rano. A potem się rozpogadza i robimy sobie śniadanie na trawie... z psem jako testerem zapachów. 













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz