Dzwoniec odwiedził mnie raz. Jeden jedyny. I był twardzielem. Usiadł na drucie od elektrycznego pastucha grodzącego pobliską łąkę. Nawet nie próbował niczego skosztować. Siedział tylko i patrzył się na wszystko z wyższością i pogardą widoczną w paciorkowatych oczkach. Zaprezentował swój znacznie potężniejszy niż u trznadli dziób. Po minucie machnął skrzydłami i tyle go widziano. Z plebsem jadać nie będzie...
Nieobecność dzwońców tej zimy nieco mnie zdziwiła. Zawsze kręciło się ich trochę. Wiosną para czy dwie gnieździła się w okolicy. Ale cóż. Matka Natura bywa nieprzewidywalna.
