Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzeka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzeka. Pokaż wszystkie posty

02 kwietnia 2026

Była Wisła, w Wiśle pieniek...

 


Na kępie kędyś w ciszy śpiewa

Żab rechczących chór dobrany --

Majestatycznie szumią drzewa, 

Toczy się sennie nurt wiślany...


Noc idzie cicha ponad rzeką,

W wód się przegląda srebrnej toni,

A gdzieś na łące, hen daleko

Orkiestra  świerszczów dzwoni, dzwoni...


Zdzisław Dębicki "Nox vadit"





Są miejsca nad Wisłą, które odwiedzam regularnie, przynajmniej kilka razy w roku. Mam takie swoje ulubione. Jedne są bliżej, inne dalej. To, do którego wybrałem się tym razem, mam od mojego domu ze dwadzieścia kilometrów. Tu właśnie kilak lat temu fotografowałem kometę. Opisałem tę historię tu: KLIK. 

Jesień już się kończyła, miałem trochę nadziei na ostatnie żółte liście ale już wszystko straciło swoje barwy. Ruszyłem sobie piechotą wzdłuż brzegu. Kiedyś miejsce było niemal niedostępne, trawy sięgały powyżej kolan. Z takich wiosennych i letnich wycieczek wracałem mokry od rosy, jakbym po prostu wskoczył w ubraniu do wody po pas. Teraz trawa była niska, bo ktoś zaczął tu wypasać konie. Dzięki temu łatwiej było iść ale niestety wraz z dostępnością, pojawiły się śmieci i inne ślady ludzkiej obecności. 

Spadł też bardzo poziom wody. Na środku wiślanej odnogi pojawił się piasek. Może nie był to suchy ląd, bo trzeba było brodzić w mule i mokrym piasku ale dało się przejść nawet w trekkingowych butach. Więc zszedłem sobie ze skarpy i powędrowałem w miejsce gdzie jeszcze niedawno musiałbym brodzić w wodzie. 

I tak szedłem sobie czasem po piasku, czasem mlaszcząc butami w rzadkim błocku. Szukałem miejsc gdzie można by zaczepić kompozycję i sfotografować późnojesienny wiślany krajobraz. 

I nagle na samym środku nowego lądu trafiłem na wystający z piasku i wody pieniek! Spory, średnicy około pół metra, stary i... zgryziony przez bobry! Kawał drzewa. Włączyły mi się dodatkowe komórki mózgowe i przeszły w tryb analizy rzeczywistości. 

Przyjeżdżam tu mniej więcej od trzydziestu lat. Zawsze w tym miejscu była sobie odnoga Wisły. I nie było żadnych drzew w środku rzeki. 

Bobry pojawiły się w tych okolicach gdzieś w połowie lat 90 XX wieku. Jakieś 10 lat wcześniej, w ramach reintrodukcji tego gatunku wypuszczono 27 sztuk w okolicach ujścia Pilicy i Wilgi. To zaledwie kilkanaście kilometrów stąd. 

A wcześniej? Wcześniej bobrów tu nie było. To znaczy były ale dużo, dużo wcześniej. W 1881 roku Józef Łoziński autor książki "Zwierzęta łowne. Bóbr" napisał: "Czy i gdzie on dzisiaj u nas istnieje, nie wiadomo. Zdaje się, że należy do zwierząt zupełnie wytępionych, nigdzie o nim wzmianki nie znajdujemy". 

Długo ich w Polsce prawie nie było. Po II wojnie światowej doliczono się zaledwie 8 bobrów mieszkających sobie na Suwalszczyźnie... 

Więc co? Drzewo zostało ścięte przez bobry jeszcze wcześniej? Ile? Sto lat, dwieście, trzysta?

Zacząłem buszować po Internecie w poszukiwaniu starych map. Nie było łatwo. 



Do czasów końca II wojny światowej okolica prezentowała się podobnie. Jeśli były jakieś przesunięcia brzegu, to niewielkie. Miejsce, gdzie rosło drzewo, było cały czas gdzieś na środku wiślanej odnogi. 
Na mapach z dwudziestolecia międzywojennego nie było jednej z pobliskich wysp. Jej fragment widać po lewej stronie na górze trzeciego zdjęcia. Powstała prawdopodobnie po wybudowaniu ostrogi i nieczynnej dziś przystani dla promów.  Jakieś dwieście metrów na wschód cały czas były pozostałości starorzecza i wyglądały cały czas podobnie, wiec musiały być znacznie starsze. Może, setki lat temu gdy tam była jakaś odnoga, drzewo akurat znajdowało się na wyspie? Przez prawie 40 lat, kiedy fotografuję nadwiślańską przyrodę, widziałem wiele. Czasem po kilku latach okolica była nie do poznania. Jedne wyspy znikały w nurcie rzeki, inne powstawały, zarastały topolowo-wierzbowymi zaroślami. Inne łączyły się z brzegiem albo jakiś kaprys natury podzielił w czasie wysokiej wody wyspę na części. 
Znam takie miejsca gdzie z brzegu sprzed 20 lat została niewielka skarpa a potem kilometr lądu biegnącego gdzieś w głąb rzeki. 


Sięgnąłem głębiej w nurt historii... Niestety mapy z XIX czy XVIII wieku a przynajmniej te do których dotarłem, były zbyt mało precyzyjne, by stwierdzić czy był w tym miejscu ląd czy nie. Jedynie "Plany rzeki Wisły w granicach Królestwa Polskiego według pomiarów i sprawdzeń w latach 1860 -1866" delikatnie sugerują, że w tym miejscu mógłby być wtedy ląd....  

Przy okazji dowiedziałem się, że dwieście lat temu sąsiednia wieś była na... wyspie, czy jak to mówią w okolicy na kępie. Do dziś ma w nazwie słowo "Kępa". Ślady po dawnej odnodze można znaleźć i teraz. Idący dookoła wsi szereg małych stawików i bagienek oraz wąski pas drzew w miejscu, gdzie dawnej płynęła woda. 

Jakby ktoś miał dostęp do starych map okolic Maciejowic to polecam się pamięci. Może kiedyś coś jeszcze uda się ustalić. 


Zdjęcie pochodzi ze stycznia 2021 roku. Znaleziony pieniek powinien być mniej więcej trochę na lewo od środka kadru.



Nadwiślański współczesny bóbr... 



















20 marca 2026

Zapiski z drogi... Ty Wieprzu ty...

 


W pierwszym brzasku dnia

ubrane w światło i ciszę

rzeczy budzą się z ciemności

jak było na początku świata.


Anonim

Hymn na Jutrznię






W ramach poszukiwania nowych krajobrazów, nowych tematów do zdjęć i nowych wrażeń wybraliśmy się nad... Wieprz. Nieodległy w sumie, bo po godzinie jazdy byliśmy na miejscu. 

Wieprz to niezwykła rzeka, dzika, intensywnie meandrująca, pełna zakoli i starorzeczy. Są tam miejsca, w które nawet dojść jest trudno. Próba przejścia przypomina wędrówkę przez dżunglę, każdy krok wymaga walki z trawami po pas i gęstymi chabaziami. 

Zatrzymaliśmy się na kilka dni przy takim zakolu. Z trzech stron otaczała nas woda. Z jednej strony tuż obok, z drugiej brzeg trochę dalej, z trzeciej było może ze sto metrów gęstych traw i znowu brzeg a z czwartej... ledwo widoczna polna droga, którą czasem dojeżdżają tu wędkarze. Na plus trzeba dodać, że miejsce było dosyć czyste. Zebraliśmy zaledwie małą siateczkę śmieci: jakieś pudełko po zanętach, dwie butelki, puszkę po piwie i kukurydzy... Zazwyczaj z takich miejsc wywozimy porządny worek z pozostałościami ludzkiej obecności. 

A z innej beczki, nie wiem czy wiecie ale do Wieprza wpada rzeczka o nazwie Świnka! Nie jest duża, ma jakieś 40 kilometrów długości i przy ujściu zaledwie kilka metrów szerokości.  Kiedyś tam pojedziemy. Sfotografować ujście Świnki do Wieprza to jest coś. 



Jak zawsze w terenie otworzyłem oczy chwilę przed  świtem. Na niebie galopowały skłębione chmury, gdzieniegdzie przez okienka prześwitywało jasne niebo. Na wschodzie coś przecierało się czerwonawo. Złapałem aparat, statyw i powędrowałem szukać miejsca, gdzie można ciekawie ten poranek nad rzeką uwiecznić. Pies oczywiście uznał, że idzie ze mną i będzie mi pomagał... na razie zadbał bym nie szedł zbyt szybko, bo zaczął mi wywijać pod nogami radosne ósemki. Mógłbym się w pośpiechu przecież o coś potknąć.




Doszedłem nad brzeg Wieprza, rozstawiłem statyw i czekałem na wschód słońca. Na niebie działo się coś niezwykłego. Gdzieś w górze wiało tak porządnie, że słychać było ciche buczenie a chmury po prostu szalały. Migawka aparatu zaczęła trzaskać raz za razem. 

Te trzy ujęcia zrobiłem z jednego miejsca bo... nie zdążyłbym przestawić statywu. Między kolejnymi zdjęciami mijała gdzieś minuta! Następne miejsce, gdzie byłby dobry kadr, znajdowało się ze 100 metrów dalej. A tu jak widać liczyła się każda chwila. 







Festiwal chmur skończył się dość szybko. Po pół godzinie chmurne kłębowiska wygrały na jakiś czas ze słońcem. 
A pies? Pies nagle zaczął się zachowywać dziwnie, zamiast biegać radośnie w kółko, stanął a potem podszedł do mnie i wpatrywał się z uwagą gdzieś w nadbrzeżne łąki. Obracam się a tam... koziołek wyszedł sobie na środek i się popisuje. Wyprostowany dumnie chodził sobie w jedną i drugą stronę, potem zaczął szczekać co bardzo zdziwiło i zdeprymowało psa. Wyraźnie nie wiedział co ma z tym fantem zrobić. Koziołek nas nie widział, więc zachowywał się naturalnie. Niestety był zbyt daleko, by zrobić mu jakiekolwiek zdjęcie. Po kilku chwilach zaczął biec i w radosnych podskokach zniknął sobie za krzakami. 





Wracam do samochodu i odsypiam wstawanie przed czwartą rano. A potem się rozpogadza i robimy sobie śniadanie na trawie... z psem jako testerem zapachów. 













24 października 2025

Zapiski z drogi... atak chmur








Wy, których dni upływają pod sufitem.

Tak, pod sufitami mieszkań, sklepów, kawiarń, samochodów.

Nawet kiedy lecicie w chmurach,

nad waszymi głowami sufit, pod stopami podłoga.

Witajcie u mnie, pod Niebem.


                                    Edward Redliński w albumie Wiktora Wołkowa







N adal mieszkamy nad Wisłą, zrobiło się tak upalnie, że jedyne co można robić, to siedzieć w cieniu albo... w wodzie po szyję.

Postanowiłem zatem nie rzucać wyzwania rzeczywistości i spędzić kolejny dzień w cieniu drzewa, pracując nad materiałami dla Szkół Benedykta. 

Wstałem przed świtem w nadziei na jakieś fajne ujęcia ale niestety wschód słońca był zwyczajny. Żadnych mgieł, żadnych chmur, ostre słońce - niczym dziura w jaśniejącym niebie, wyskoczyło ponad horyzont i tyle.

Przeszedłem jedynie kilka kilometrów wzdłuż brzegu i wykąpałem się w porannej rosie. Serio... po marszu przez wysokie trawy, miałem spodnie mokre sporo powyżej kolan, tak, że można było je wyżymać. Wisiały sobie potem malowniczo na statywie i schły w letnim słońcu. I nie wiem dlaczego tego nie sfotografowałem. 

Wyciągnąłem notatki i zasiadłem pod drzewem przy małym stoliczku. Przez godzinkę z hakiem udało mi się skupić na pracy ale życie miało inne plany.

Zaczęło się niepozornie. Na bezchmurnym dotąd niebie pojawiło się trochę chmurek. Niczym małe owieczki, pasące się błękitem nieba, powoli wędrowały sobie nad wiślaną wodą... Wstałem i zrobiłem kilka zdjęć, bardziej z przyzwyczajenia. 


Ale po kilkunastu minutach sytuacja się zmieniła. Owieczki zbiegły się i... stały się jakby bardziej agresywne. Znowu przerwałem na kilka minut pisanie, przeszedłem wzdłuż brzegu trochę w prawo, trochę w lewo. Wróciłem do stolika, napisałem kolejne dwa czy trzy zdania i... spojrzałem w niebo.

Chmury kłębiły się coraz bardziej i bardziej. Znów rzuciłem pióro i porzuciłem klawiaturę. Złapałem leżący nieopodal aparat, by pomaszerować wzdłuż brzegu w poszukiwaniu kadru i ciekawszego układu chmur. 
Wróciłem do pisania.

Po napisaniu kolejnych kilku zdań, rzuciłem okiem na Wisłę. Znowu wszystko się zmieniło. W ciągu tych kilku chwil naszły wielkie ciemne chmury i rozciągnęły się nad rzeką na całej szerokości. Wędrowały na różnych wysokościach Te widoczne niżej nad drugim brzegiem były bardzo statyczne, te wyższe, ciemne i skłębione gnały tak, że każda minuta przynosiła coś nowego.


Przez chwilę sypnął rzęsisty deszcz. Tak sypnął, bo wyglądało to tak, jakby ktoś wziął w gigantyczną garść trochę wody i rzucił nią w naszą stronę. Albo przechylił nam nad głowami kosmiczną konewkę. Zanim zdążyliśmy się schować, deszcz się skończył. Zostały tylko śmieszne placki na zakurzonym samochodzie. 

Z uporem wracałem kilka razy do pisania ale... Matka Natura postanowiła nie dać mi się skupić. To już nie były owieczki, nawet nie owce czy barany; to całe stada wkurzonych hipopotamów!
Dosłownie co kilka minut łapałem aparat i robiłem szybki marsz wzdłuż brzegu.

A potem wszystko się uspokoiło, hipopotamy zniknęły, owce zmieniły się w owieczki, które również gdzieś sobie powędrowały, powrócił bezchmurny upał. Niebo stało się bladoniebieskie, jakby wyprażone słońcem aż do utraty koloru. 

Wszystkie zdjęcia zrobiłem w ciągu może dwóch godzin, praktycznie w jednym miejscu, wędrując najwyżej kilkadziesiąt metrów to w jedną, to w drugą stronę wzdłuż wiślanego brzegu.
 








19 lipca 2020

Wisła - festiwal chmur i kolorów...




Pogoda ostatnio przynosi wiele niespodzianek. Burze, upały, przelotne deszczyki, ulewy i inne zjawiska pogodowe tworzą na niebie niesamowite spektakle. Czasami zupełnie niespodziewane. Ileż to razy wyglądałem przez okno, stwierdzałem, że nie zanosi się na nic ciekawego... a godzinę potem plułem sobie w brodę. Albo ruszałem w teren i kończyło się na spacerze wzdłuż brzegu. Tak... ostatnie tygodnie były bardzo pracowite. Ale też nie pamiętam bym kiedyś w tak krótkim czasie zrobił tak wiele różnorodnych zdjęć. Te tu pokazane, to zaledwie drobny wycinek.

Ale z drugiej strony opłaciłem to własną krwią. Dosłownie! Takiej ilości komarów nie widziałem od dawna. Przypomniały mi się praktyki terenowe w Białowieży. Robiliśmy wtedy zawody, kto ile komarów trafi na swoim kolanie za jednym uderzeniem ręki. Mój rekord wynosił dziewięć, rekord wszechpraktyk - jedenaście...



















19 września 2019

Wisła - wieczorem komary wychodzą z ukryć...




...A fotografowie jadą w teren. Myślałem, że tego dnia nie zrobię już żadnego zdjęcia. Co prawda wieczór zapowiadał się ciekawie - chmury na niebie były imponujące. Jednak kiedy dojechałam nad Wisłę, chmury postanowiły być jeszcze bardziej imponujące i... zakryły całe niebo. Za to całkiem niespodziewanie pojawiły się całe stada wygłodniałych... komarów. I to w ilościach takich, jakby wszystkie z całej gminy umówiły się właśnie w tym miejscu na berka gryzionego. Pod domem, ledwie kilka kilometrów dalej, nie miałem ich w tym roku wcale. A tu... wchodziły do oczu, nosa... nawet jednego zjadłem, gdy zasapany po wdrapaniu się na stromą skarpę, wziąłem głębszy oddech.
I już chciałem wracać. Myślałem, że jedyne co dziś mnie nad Wisłą spotka, to berek z komarami, gdy równie nagle jak przyszły, chmury się rozeszły. Błysnęły kolory, przejrzały się w wodzie.

Wyciągnąłem więc schowany do tej pory sprzęt i próbowałem nie zwracać uwagi na latające dookoła małe wredoty. Kiepsko to niezwracanie wychodziło. Z daleka musiało wyglądać to zabawnie. Na środku łachy stoi statyw a dookoła niego biega facet i macha rękami, jakby chciał... podfrunąć.















13 kwietnia 2018

Na chwilę zagościła zima




A jednak! Na chwilę zagościła nad Wisłą zima. Nie trwała długo ale mrozy momentami były słuszne. Temperatura spadała poniżej - 20 stopni.
A już myślałem, że nie uda mi się w tym sezonie sfotografować zamarzającej rzeki.

Nie było to co prawda to co kiedyś:

To Wisła, nie Arktyka

ale zdążyłem kilka razy zmarznąć, kilka razy się pozachwycać i zmarnować trochę pikseli...


















12 marca 2017

Wisła sprzed lat...






Przeszukując czeluście stojących na biurku twardych dysków, znalazłem zapomniane zdjęcia znad Wisły. Zrobiłem je dokładnie 7 lat temu, na początku marca 2010 roku. Poziom wody był wtedy podwyższony, podobnie jak w tym roku jeszcze tydzień temu. Tylko zamiast wiosny mieliśmy zimę w pełni. Chodź sądząc z tego, że brak jest na zdjęciach nawet odrobiny kry, siarczystego mrozu raczej nie było.

Oto Dolina Środkowej Wisły siedem lat temu w czasie marcowej śnieżycy. Bo przecież w marcu powinno być jak w garncu.














14 sierpnia 2016

Na tropie... moczu rysia!




Jeździłem palcem po mapie i zastanawiałem się jakie miejsca odwiedzić w ramach letnich rodzinnych podróży po Polsce. Na pewno będziemy tu... i tu... i jeszcze...
Dobrze byłoby też odwiedzić nieznane mi do tej pory odcinki Wisły. Podążałem wzrokiem wzdłuż biegu rzeki. Tu byłem, tu też... Zalew Włocławski mam obfotografowany niemal z każdej strony. Ciechocinek również. I nagle wzrok zatrzymał mi się na małej wiosce tuż za Ciechocinkiem - Otłoczyn! Coś mi to mówi, gdzieś już tę nazwę słyszałem? Ale gdzie? Już wiem! Tak, zatem pojedziemy do Otłoczyna.

Przepłynęło trochę wody w Wiśle, trochę kilometrów nawinęło się na koła samochodu i wreszcie dotarliśmy na miejsce. Jakąś polną drogą, przy wydatnej pomocy guglomapy, dojechaliśmy nad sam brzeg. Tak. Miejsce będzie dobre. Słońce wzejdzie nad wodą po prawej a zajdzie po lewej, też praktycznie nad wodą. Do najbliższych domów ponad kilometr. Czasem tylko bywają tu wędkarze. Wokół śpiewają skowronki, nad wodą latają rybitwy, gdzieś z daleka trąbią żurawie. Tu zostaniemy na kilka dni.





Dlaczego akurat przyjechaliśmy w to miejsce? Wisła podobnie wygląda i gdzie indziej. Ba... w wielu miejscach jest pewnie i ładniejsza.
Aby to wyjaśnić, musimy się trochę cofnąć w czasie. O... bagatelka, jakieś 2000 lat!

Zamknijmy więc oczy i uruchommy wyobraźnię. Zmierzch już zapada, słychać jakieś głosy. Tam dalej jest obozowisko. Płonie ogień, stoją wozy... bliżej, pod drzewem widać jakiegoś człowieka. Patrzy, zamyślony w wiślane fale. Po stroju widać, że jest nietutejszy. Kto to...? Ze stroju można wywnioskować, że to... gość z dalekiego Rzymu!
Po co tu przyjechał? Co go sprowadziło do dalekiej Słowiańszczyzny? 1200 kilometrów lotem ptaka od Forum Romanum i ponad 500 kilometrów od Carnutum - ostatniego stałego obozu przy północnej granicy Rzymskiego Imperium. Te 500 kilometrów z hakiem wydaje się być dziś niewielką odległością. To mniej więcej tyle, ile trzeba przejechać z Lublina do Jeleniej Góry. Dla wprawnego kierowcy - najwyżej 8 czy 9 godzin jazdy.Ale kiedyś... kiedyś, gdy wozy ciągnięte były przez konie lub woły, potrzeba było co najmniej trzech, czterech tygodni.

Czy już ktoś się domyśla, co dla Rzymian było tak cenne by ryzykować wyprawy w dalekie i nie do końca poznane kraje?  Gdzie nie było dobrych map, rzymskich dróg i garnizonów i trzeba było liczyć na pomoc miejscowych przewodników? Co było na tyle dochodowym interesem, że opłacało się ruszyć w trwającą kilka miesięcy, nie zawsze bezpieczną, podróż?




Tak, to oczywiście... bursztyn! Rzymianie nazywali go lyncurium czyli moczem rysia! Bowiem według ich legend bursztyn powstał właśnie ze skamieniałego moczu tego dzikiego kota. Dlaczego rysie urządziły sobie wielką toaletę akurat w okolicach Zatoki Gdańskiej i Półwyspu Sambijskiego nikt nie wyjaśniał.

Przez setki lat karawany Bursztynowego Szlaku przemierzały Europę z południa na północ i odwrotnie. A tu, właśnie w okolicach Otłoczyna przeprawiały się przez Wisłę.

Okolica i całe Kujawy obfitowały jeszcze w jeden, niezwykle cenny dla rzymskich kupców towar. Była nim sól! Nazywana zresztą w owych czasach "białym złotem" i niemal dorównująca ceną bursztynowi.

Niedawno pod odległym o 40 kilometrów Inowrocławiem, odkryto unikalne ślady najstarszej w Europie tężni. Pochodzące z początków naszej ery czyli z czasów kiedy na Bursztynowym Szlaku panował największy ruch. Co ciekawe, jej konstrukcja była niemal identyczna jak dzisiejszych tężni w pobliskim Ciechocinku. Największa różnica jest w sposobie dostarczania solanki. Dziś na szczyt tężni jest pompowana rurami, kiedyś biegano po drabinach z drewnianymi wiaderkami. Obok znaleziono też ślady studni, kanałów oraz zbiorników do odparowywania solanki. Widać istniał tam cały, dobrze zorganizowany "zakład produkcji soli".
Do dziś w tym miejscu wykorzystuje się solankę. Inowrocławskie tężnie i Park Solankowy znajdują się zaledwie o kilometr od odkrytych śladów solnej osady.

Być może nazwa rzeczki Tążyny, wpadającej do Wisły koło Otłoczyna, to dalekie echo starożytnych tężni, które mogły istnieć w okolicy?





Mimo, że Rzymianie mówili na ziemie znajdujące się poza ich Imperium - Barbaricum - czyli ziemie barbarzyńców, wędrówka Bursztynowym Szlakiem była nieźle zorganizowana. Z badań archeologicznych wynika, że co 20 -30 kilometrów rozmieszczone były mniejsze lub większe osady. Świadczyły one usługi na rzecz podróżnych. Można było odpocząć, coś kupić, coś sprzedać. Dlaczego w takiej odległości? Bo akurat tyle przemierzały dziennie karawany. Do dziś odkrywamy te miejca po rzymskich artefaktach, czasem odnajdywanych zupełnie niespodziewanie.





Niektóre z tych osiedli były niewielkie a niektóre całkiem spore. Pełniły rolę centrów handlowych, religijnych, kulturowych czy ośrodków regionalnej władzy. Wiele z nich czeka jeszcze na odkrycie i zbadanie przez archeologów.

Jedną z takich ciekawszych osad  niespodziewanie znaleziono 40 lat temu kilka kilometrów na południe od Inowrocławia. Julian Pater, mieszkaniec małej wsi - Kruszy Zamkowej znalazł na swoim polu srebrną monetę. Szczęśliwie się złożyło, że zamiast wrzucić ją gdzieś do szuflady, zaczął dociekać co to jest. I nagle okazało się, że jest to rzymski srebrny denar wybity za panowania cesarza Antonina Piusa - panującego w latach 138-161! Moneta mająca prawie dwa tysiące lat!
W 1973 rozpoczęto tam wykopaliska. Odkryto niezwykłe pozostałości wielkiej osady z przełomu starej i nowej ery. Zajmowała ponad 16 hektarów! I otoczona była przez szereg mniejszych osiedli, pełniących zapewne funkcję służebną i pomocniczą. Prowadząca badania, profesor Aleksandra Cofta-Broniewska, postawiła hipotezę, że natrafiono tu na Askaukalis - osadę oznaczoną na słynnych mapach Ptolemeusza. Jej lokalizacja była do tej pory wielce dyskusyjna.
Wykopaliska i badania trwają w tej okolicy do dziś. W 2014 roku odkryto pozostałości drewnianej świątyni. Została ona zrekonstruowana i można ją oglądać w Kruszy Zamkowej.



Bursztynowy szlak nie był oczywiście wyznaczony jak dzisiejsze autostrady. Miał kilka wariantów. Być może zależało to od wynajętych przewodników albo od doświadczeń podróżników. Zawsze łatwiej wędrować znaną trasą.
Zmieniał się również na przestrzeni lat. Inaczej przebiegał w I wieku przed naszą erą a inaczej trzysta czy czterysta lat później. Wydaje się, że to niewiele ale... zaledwie 200 lat temu nie było samochodów a tym bardziej samolotów. Zaledwie 160 lat temu skonstruowano pierwszą lampę naftową!

Ruch na Bursztynowym Szlaku skończył się praktycznie w V-VI wieku. Związane to było miedzy innymi z upadkiem Cesarstwa Rzymskiego.





Kiedy dojechałem nad brzeg Wisły pod Otłoczynem zacząłem się zastanawiać, gdzie dwa tysiące lat temu była ta przeprawa. Wisła wyglądała wtedy zapewne zupełnie inaczej. Dziś brzegi są spięte ostrogami by wyprostować nurt i uniemożliwić meandrowanie. Ani śladu po brodzie. Brzegi raczej wysokie i strome.
Zacząłem więc szukać pomocy u Wujka Gugla i wkrótce okazało się, że trafiłem niemal w punkt. Karawany podążały do Otłoczyna wzdłuż rzeczki Tążyny. A ja stałem tuż przy jej ujściu. Więc gdzieś tu była osada, której mieszkańcy 20 stuleci temu pomagali Rzymianom przeprawiać się na drugi brzeg Wisły.






Pobliskie brzegi Wisły są dziś strome. Miejscami skarpa ma nawet kilka metrów wysokości. Jak było kiedyś? W oddali widać drzewa, które runęły do wody w miarę podmywania skarpy a bliżej kamienie. Najprawdopodobniej przyniesione tu przez lodowiec z dalekiej Skandynawii.
Na mapach sprzed 150 lat widnieje w tym miejscu spora wyspa.





Skarpa wiślana z warstwami naniesionego przez wodę piasku, mułu i gliny. W tym miejscu miała ponad 5 metrów wysokości. Żeby nanieść taką górę piachu, poziom wody musiał być zacznie wyższy. I to nie przez tydzień czy miesiąc. Być może powstawała ona w czasach kiedy topniały lodowce a Wisła była znacznie szersza...




Czy dziś zostały pod Otłoczynem jakieś ślady po wydarzeniach sprzed dwudziestu wieków? Trochę stanowisk archeologicznych... ale te znane są jedynie wtajemniczonym. Zresztą po wykopaliskach teren jest przywracany do stanu pierwotnego. W samej wsi jest ulica Bursztynowego Szlaku. I to koniec. Żadnej informacji, żadnych tablic informujących o historii tego miejsca.
Gdybym nie przeczytał o Otłoczynie gdzieś wcześniej, minąłbym to miejsce i nawet nie spojrzał w bok z jadącego szosą samochodu.