Nad wodą zgarbiony dąb stary żylasty,
Kędy bielą płótna wesołe niewiasty.
Po łące bociany stąpają powolne,
A w owsach jednostajnie brzęczą świerszcze polne,
A z borów cienistych leśnej okolicy
Rozwiewa się wonność sosnowej żywicy.
Teofil Lenartowicz
W czasie, jak pisał kiedyś mój przyjaciel Marcin G., szlajania się po Polsce, dotarliśmy kiedyś pod Poznań i postanowiliśmy zamieszkać przez kilka dni nad Wartą. Ustawiliśmy nasz ruchomy domek tuż przy brzegu, w cieniu starych dębów, w miejscu gdzie przyjeżdżają okoliczni wędkarze. Niezbyt często, bo jak się okazało przez cały czas widzieliśmy ich aż... trzech!
Pobliskie dęby były kiedyś nadgryzione przez bobry, co widać zresztą na zdjęciu. Ale chyba dębina nie smakowała zwierzakom, bo zgryziona była zaledwie czwarta część pnia. I to sądząc ze stanu zabliźnienia, wiele lat temu.
Niedaleko, może z pół godziny marszu, rozciągał się rezerwat Krajkowo. Niesamowite miejsce. Dawne starorzecza Warty sprzed setek a może i więcej lat. Niektóre jego fragmenty jeszcze przypominały jeziora, z trzcinowiskami, kaczkami i łabędziami. Inne były już mocno zarośnięte i niedostępne. Po jeszcze innych zostały zaledwie bagniska... A po tych najstarszych już tylko nieco inny kolor roślinności, widoczny jedynie na zdjęciach lotniczych czy satelitarnych. Niewykluczone, że pamiętały one czasy Mieszka i pierwszych Piastów.
Rezerwat powstał w 1958 roku, więc od dawna jest ta okolica chroniona i pozostawiona przyrodzie.
To jedno z niewielu miejsc, które w życiu odwiedziłem, gdzie miałem wrażenie, że przeniosłem się w czasie i przestrzeni. Brzegi starorzeczy zasłane były dziesiątkami i setkami przewróconych i starych drzew, głównie dębów. Niemal z żadnej strony nie było widać najmniejszych śladów ludzkiej cywilizacji. Przez cały dzień kręcenia się i fotografowania rezerwatu widziałem poza moją rodziną, jedną (słownie jedną) osobę. Tak mogły wyglądać doliny wszystkich rzek kilkaset lat temu.
Niektóre z tych drzew musiały tam leżeć od wielu dziesiątków lat. Ochrona rezerwatowa spowodowała, że nikt tego nie próbował usuwać, wykorzystać, pociąć i jak drzewo się przewróciło, tak leżało i leżeć będzie aż do końca świata lub drzewa...

Ale obok miejsca gdzie zamieszkaliśmy, też było ciekawie. Z jednej strony rozciągały się wielkie zdziczałe łąki, ukraszone niczym sernik rodzynkami, pojedynczymi starymi drzewami, z drugiej rzadka dąbrowa a dalej łęgowe nadbrzeżne zarośla. Dzikie, nieprzebyte.... wszelakie niewielkie dróżki kończyły się i szybko gubiły w zaroślach. Dalej teren był niemal dziewiczy, przecinany czasem ledwo widocznymi zwierzęcymi ścieżkami. Być może byłem pierwszym człowiekiem od wielu lat, który wszedł do wnętrza tego chaszczowiska.
Któregoś poranka złapałem sprzęt i wybrałem się na długi spacer. Na drzewach hasały sikory, zewsząd cilpcalpały pierwiosnki, nad samą Wartą śpiewała wilga. Z daleka niosły się głosy i śmiechy Tosi i Krzysia, którzy pod starą sosną wygłupiali się i obrzucali się szyszkami.
Dotarłem do sporego, bardzo malowniczego dębu. Rósł sobie kilka metrów od wijącej się przez łąkę drogi. Na moje oko mógł mieć co najmniej dwieście lat. Tak dla pokazania skali, pamiętał powstanie listopadowe, powstanie styczniowe, I wojnę światową, II wojnę światową...
Zszedłem z drogi i zacząłem się uważnie drzewu przyglądać. Może posłuży mi za model do kolejnej części "Opowieści o starych drzewach"? Obszedłem je dookoła i nagle...
Na pniu na wysokości około dwóch metrów, praktycznie od tyłu drogi zobaczyłem coś, co ewidentnie nie było naturalne. Podszedłem bliżej i zobaczyłem maleńką figurkę Jezusa Frasobliwego! I nawet z niewielkim daszkiem. Całość miała może z 10 centymetrów wysokości. Maleństwo takie.
Zadumałem się... Kto go tu powiesił, dlaczego i kiedy? Ewidentnie dawno temu. I czemu od drugiej strony? Tak, że jest niewidoczny z drogi? Gdybym nie postanowił przyjrzeć się drzewu dokładniej, nigdy bym tego nie zobaczył. Zresztą co tu dużo mówić, przechodziliśmy obok już wiele razy i go nie zauważyliśmy.
A może droga kiedyś biegła z drugiej strony drzewa? To by znaczyło, że świątek ma swoje lata... I dlaczego tu? W odległości kilku kilometrów od najbliższej wsi? Kto? Czy jeszcze żyje a jeśli nie, to czy ktoś o tej figurce pamięta? Przyjdzie tu czasem, pomodli się, zaduma się nad tym światem?
Więcej pytań niż odpowiedzi... Pewnie nigdy nie znajdę na nie odpowiedzi.
O ile sama postać wyrzeźbiona była dość schematycznie, to twarz była niesamowita. Pełna ekspresji, smutku i zadumania nad światem. Mógłbym tam stać i patrzeć na nią długo.
Trochę miałem problemów ze zrobieniem zdjęć, bo musiałem aparat trzymać nad głową, wyciągając ręce i celować praktycznie na ślepo. Nie widziałem jak jest z ostrością czy kadrem. Nawet włączenie podglądu na żywo niewiele dawało, bo monitorek widziałem pod dużym kątem