Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty

20 października 2018

Liście lecą z drzew...




Czy tej łysce ktoś powie o tym liściu nie na głowie,
Nikt jej nie poratuje, nikt jej nic nie powie,
Tylko się każdy gapi, tylko się każdy gapi i nic.

Liście lecą z drzew, liście lecą z drzew...














Nowe przygody Krzysia i Misia Detektywa. Odwiedzili tym razem Park Łazienkowski w Warszawie:



Wycieczka do Łazienek Królewskich








31 grudnia 2016

Wisła we mgłach i żółtościach





Zanurzać zanurzać się
w ogrody rudej jesieni
i liście zrywać kolejno 
jakby godziny istnienia

Chodzić od drzewa do drzewa
od bólu i znowu do bólu
cichutko krokiem cierpienia
by wiatru nie zbudzić ze snu

I liście zrywać bez żalu
z uśmiechem ciepłym i smutnym
a mały listek ostatni 
zostawić komuś i umrzeć

                Edward Stachura





















02 października 2016

Zawrzosiło się dokoła




Wrzosy, kwiaty będące symbolem jesieni, zakwitły w tym roku bardzo wcześnie. Już pod koniec lipca pojawiły się pierwsze kwiaty. Pisałem o tym (KLIK) niedawno. Szczyt kwitnienia miał miejsce też nie we wrześniu tylko w drugiej połowie sierpnia. Wszystkie znane mi wrzosowiska rozwrzosiły się na całego.

A oto tegoroczne sierpniowe wrzosowiska:












30 lipca 2016

Odwołujemy sierpień?





Nieopodal mego domu jest niewielki piaszczysty pagórek. To pozostałość po korycie Wisły z czasów gdy kilkanaście tysięcy lat temu topniały lodowce. Tak, tak... wtedy rzeka miała w okolicy kilkanaście kilometrów szerokości i osadzała wielkie piaszczyste łachy. Mój dom stałby na jej dnie, drobne dwa kilometry od najbliższego brzegu.
Pagórek ten jest bardzo suchy. Rośnie tam trochę rachitycznych sosenek, rzadkie trawy, żółte jastrzębce, mchy, porosty i... wrzosy. No właśnie, jak sama nazwa wskazuje, porządne wrzosy powinny kwitnąć we wrześniu. Od nich właśnie pochodzi nazwa tego miesiąca i od zawsze kojarzyły się z jesienią.

A tymczasem wrzosy... zakwitły kilka dni temu! Nie mamy nawet jeszcze sierpnia tylko ostatnie dni lipca! Jeśli teraz kwitną, to we wrześniu, kiedy teoretycznie przyjdzie ich pora, będzie już dawno po ptakach... znaczy po kwiatkach.

A co z sierpniem? Czyli czasem żniw gdy sierpy były w użyciu. Dziś nie ma sierpów tylko kombajny ale jak rozejrzeć się dookoła to jest już praktycznie po żniwach. Pola stoją puste.

Proponuję więc, by jakąś ustawą, uchwałą czy innym dekretem odwołać sierpień. Po co on nam teraz?








A to zdjęcie dołączyłem, by nie było gadania, że to jakieś pojedyncze, życiowo pogubione gałązki. Nie... to już kwitną całe wielkie kępy



30 października 2013

Zamgliło się żółciście...



Tyle w gęstwinie cisz błądzi i tyle
Słoneczniejących między pniami czasów,
Że nasilone barwami motyle
Lecą w znój przyszły - przeczuwanych lasów

                     Bolesław Leśmian / W lesie





















18 października 2013

Aranea Airlines...



Co zrobić kiedy jest się małym pajączkiem z krótkimi łapkami a świat jest znacznie większy niż rodzinne chaszczowisko na łące. Sposób okazuje się banalnie prosty. Trzeba w wietrzny dzień wejść najwyżej jak się da i zacząć snuć nitkę pajęczyny... pajęczyny babiego lata. Gdy nić będzie wystarczająco długa, wiatr ją uniesie...  i przy okazji pajączka na jej końcu. Taki sposób na podróżowanie może być całkiem skuteczny. Wiatr potrafi nieść pajączki nawet kilkaset kilometrów. I co prawda większość babiego lata wędruje dość nisko nad ziemią, jednak niekiedy znajdowano je nawet na wysokości  półtora kilometra. Wyobrażacie sobie... leci taki Drimlajner, z którego dziś akurat nic nie odpadło ani nic się nie zepsuło a obok na swej nici babiego lata podróżuje mały pajączek!
Co ciekawe jest to sposób wędrowania nie jednego ale wielu gatunków pająków. Nawet niekoniecznie blisko spokrewnionych.

Babie lato fotografowałem już kilkukrotnie z różnym skutkiem. Ale czegoś takiego nie widziałem jeszcze nigdy. Wracałem właśnie ze Sławatycz, kiedy żona zajmująca miejsce pasażera i mająca więcej czasu na rozglądanie się dookoła krzyczy:

- Stój! Babie lato na łące!
- Eeee tam... już mam zdjęcia.
- Ale tu jest go dużo, cała łąka zasłana.

Po krótkich negocjacjach zawracamy. W ciągu tej minuty czy dwóch przejechaliśmy wszak ponad kilometr. Rozglądamy się uważnie. Tu i tam jest trochę pajęczyny, ale nic nadzwyczajnego. Dojeżdżamy do rzeczonej łąki... o faktycznie... wszystko białe! Jedna, jedyna łąka w okolicy zasnuta wprost nieprawdopodobnie. Dlaczego akurat tylko ta? Nie wiem. Wychodzę i robię kilka zdjęć. Mimo, iż staram się uważać i omijać co większe skupienia pajęczyny, po paru krokach mam buty i spodnie całe białe. Niestety pogoda jest fatalna. Szaro, buro i ponuro. Zdjęcia wychodzą płasko i nieciekawie. Zastanawiam się co robić. Dokładne oględziny nieba skutkują krótką decyzją. Zostajemy i czekamy.

Po chyba trzech godzinach, tuż przed zachodem słońca, trafia się wreszcie we właściwym miejscu małe okienko w chmurach. Biegam po polu i robię zdjęcia jak szalony, bo niskie słońce szybko chowa się za lasem. Wszystko trwa może kwadrans.
Wraz z ostatnimi błyskami światła wracam do samochodu. Ruszamy dalej. Wkrótce robi się ciemno i zaczyna padać deszcz.

Według staropolskich legend, babie lato to rzucona na ziemię przędza z wrzeciona Matki Boskiej. Miała przypominać gospodyniom o czasie przędzenia i potrzebie okrycia biednych na zimę. Kiedyś nie tylko w chłopskich zagrodach ale nieraz i we dworach w długie jesienne i zimowe wieczory materiał na ubrania robiono samemu.














13 listopada 2012

Wisła - we mgłach utonęła...



Dziś wspominam z obrazem tej rzeki
mgły wznoszące się, czerwień wschodu
I horyzont upojnie daleki,
I drażniący, rześki wiew chłodu.

                              Antoni Słonimski












26 października 2012

Jesień idzie, nie ma na to rady...



Kilka dni temu tuż nad Wisłą... Wieczorem...







Po zachodzie słońca mgła tak zgęstniała, że miałem problem z powrotem do domu. Jechałem dosłownie 10 km/godz... z nosem przy szybie samochodu, nie zawsze wiedząc co się z tej mgły wynurzy... dalsza droga, drzewo, rów... ?  Parę razy czułem pod kołami, ze zjeżdżam na pobocze, bo nie było widać gdzie się droga kończy. Coś nieprawdopodobnego! Przejechanie kilku kilometrów zajęło mi z pół godziny i zmęczyło jak podróż przez ćwierć Polski. Najbardziej niesamowite było to, że w tej mgle nie poznawałem dobrze znanych mi okolic. Droga, którą jeździłem tysiące razy wyglądała obco...  jak z zupełnie innej bajki...