31 lipca 2026

Wierzba biała, wierzba srebrna

 





Wierzbę białą zna pewnie prawie każdy. Nie... źle napisałem. Widział prawie każdy ale niekoniecznie wiedział co widzi. To nasza najpospolitsza wierzba, Rośnie często w dolinach rzek, nad stawami czy jeziorami. Bardzo często jest ogławiana i tworzy ten charakterystyczny polski krajobraz.  Ponieważ pobiera z ziemi bardzo dużo wody, sadzono ją też by... osuszyć wilgotny teren.  Widywałem ją nieraz w różnych miejskich parkach.

Dlaczego wierzba biała nazywa się biała? Albo srebrna? W większości mądrych książek piszą, że to z powodu jasnej, białosrebrzystej dolnej części liści. Ale to tylko cześć prawdy. Przekonałem się o tym pewnego wietrznego,  letniego dnia...

Stałem sobie nad brzegiem jakiejś niewielkiej rzeki. Podmuchy wiatru były takie, że nie słyszałem własnych myśli a woda wyglądała jak bardzo gruboziarnisty papier ścierny. I nagle ten wiatr zabujał wierzbą tak, że prawie wszystkie liście zawirowały jak w tańcu i na chwilę odsłoniły swą dolną, niewidoczną normalnie część. 

Drzewo rozbłysło bielą, jakby ktoś mignął wielkim lustrem! Na krótką chwilę, mgnienie oka najwyżej. 

Wyglądało to niesamowicie, srebrne drzewo wśród zieleni. Przez chwilę poczułem się jak w lesie elfów. 

Sama wierzba, jeśli rośnie po swojemu, nie jest przycinana i ogławiana, wygląda dość egzotycznie. Kształtem przypominały mi coś z afrykańskiej sawanny albo... wielkie brokuły, które ktoś pracowicie posklejał.

Niestety nie miałem wtedy naszykowanego aparatu do zdjęcia. Znaczy miałem ale z długim obiektywem więc mógłbym uwiecznić najwyżej jedną gałąź.

I od lat poluję na takie zjawisko, próbuję je sfotografować. Nie jest łatwo. Po pierwsze pasujących do takiego zdjęcia, fotogenicznych wierzb znam zaledwie kilka. I wszystkie są dość daleko. Do tego wiatr, nie wiem dlaczego, nie chce wiać na zawołanie. 

W końcu zupełnie nieoczekiwanie udało się zrobić zdjęcia... Niestety całe drzewo nie rozbłysło srebrem, tylko pojedyncze gałęzie się wykazały. Choć spędziłem tam ze trzy godziny czekając na słuszniejsze podmuchy. 

Ale i tak efekt jest malowniczy. Chyba... 







13 lipca 2026

Krajobraz po... pożarze.

 




Po ponad dwóch miesiącach postanowiłem odwiedzić miejsce, gdzie w marcu spłonęło wiele hektarów nadbrzeżnych, łęgowych zarośli. 

Pojechałem z drążącym sercem. Jakoś podskórnie bałem się, co zastanę na miejscu. 

Dojechałem...

To, co widziałem wcześniej opisałem tu: (Nie)pochwała głupoty 

Jak to wyglądało teraz?

Wielkie topole wypuściły liście ale... tylko na wyższych gałęziach. Te niższe, będące na wysokości nadpalonych i osmalonych pni, były praktycznie bezlistne. Czasem jakiś pojedynczy liść próbował żyć ale nie wyglądał dobrze. Mały, blady i poskręcany...





Rozejrzałem się i po chwili dostrzegłem, że jedna z topoli w ogóle nie ma liści. U podstawy miała przynajmniej metr średnicy. Mniejsze krzewy i młode drzewa też w ogóle nie wypuściły liści. Widoczne są na zdjęciu przed martwą topolą. W tle widać zielone zarośla w miejscach, gdzie nie sięgnął wiosenny pożar.




Prawie wszędzie było zielono ale nie były to trawy, jak przez poprzednie lata, tylko gęste zarośla inwazyjnej nawłoci. Rośliny, która jak zajmie teren, to nie pozwoli niczemu innemu wyrosnąć pod spodem. Widać jej nasiona były dużo bardziej odporne na działanie ognia i roślina natychmiast to wykorzystała. Natomiast tam gdzie ogień nie doszedł, rosły sobie trawy z różnymi łąkowymi roślinami, poprzetykane rzadkimi nawłociami. Widziałem rumianki, firletki, jaskry, nawet jakiś kozibród się trafił... 




Tam gdzie rosły nawłocie... rosły same nawłocie. Sporadycznie między nimi próbowała żyć jakaś inna roślina. Stłamszona i ledwie żywa. 




Miejscami, pewnie tam gdzie ogień  i temperatura były większe, nie rosło nic. Takich plam gołej ziemi znalazłem kilka . 




W oddali zobaczyłem jeszcze spaloną i połamaną starą wierzbę. Podszedłem bliżej. Wnętrze wielkiego potrzaskanego pnia było wypalone. Najprawdopodobniej zajęło się próchno, które jak w każdej porządnej, wiekowej wierzbie było w środku. 





Czy drzewo runęło wczesnej i tylko pożar dokończył dzieła? Bliższe oględziny niestety pokazały, ze było dokładnie odwrotnie. Najpierw spłonęło wnętrze a osłabiona wierzba nie utrzymała ciężaru swoich konarów. Widać to wyraźnie na zdjęciu, gdzie pęknięcia nie są nawet lekko osmalone. 
Później, w domu, przejrzałem dokładnie zdjęcia zrobione po pożarze w czasie poprzedniej wizyty. Na kilku było ją widać. Stała jeszcze cała. Być może  żar w środku niszczył właśnie jej wnętrze ale stała. Jeden tylko konar leżał na ziemi odłamany jakąś wichurą (to ten z osmalonym końcem widoczny na zdjęciu) a pozostałe sięgały nieba i czekały na wiosnę... 

Nie doczekały się... 





Wierzby są twarde. Potrafią urosnąć dosłownie z patyka czy wbitej w ziemię gałęzi. Sam mam koło domu dwa już całkiem spore, gdzieś dwudziestoletnie drzewa, które pierwotnie były... słupkami w ogrodzeniu! Wypuściły gałązki, ukorzeniły się i... teraz dają mi cień w upalne dni. 

I ta też próbuje żyć. Na potrzaskanych konarach kilka gałązek puściło świeże liście. Coś tam się jeszcze dzieje w środku poranionego drzewa. Co z tego wyniknie okaże się za kilka lat. Czas ludzki i czas drzew biegną zupełnie inaczej. 

Kiedyś opisałem historię innej wierzby: Nadwiślańska wie(rzb)(dźm)a. Rosła ona sobie nawet nie sto metrów od tej potrzaskanej. Dziś nie ma tam ani wierzby, ani gęstwiny traw, ani nadwiślańskich chabazi. Wszystko spłonęło w tegorocznym pożarze. I tylko rozrosła się i wszędzie króluje inwazyjna nawłoć.