poniedziałek, 4 lutego 2019

Morasko - musiało nieźle trzepnąć...





Nie chciałbym być tu około 5 tysięcy lat temu. Sądząc po liczbie i wielkości kraterów, musiało być tu niezłe bombardowanie. Swoją drogą ciekawe czy jacyś nasi przodkowie byli w okolicy, widzieli ogień spadający w nieba, usłyszeli huk i poczuli jak zatrzęsła się ziemia? Nie tak dawno, odkryto pod Szczecinem osadę sprzed 7 tysięcy lat. I to nie byle jaką! Zajmowała około 7 hektarów czyli tyle, co przeciętne średniowieczne miasto. Co ciekawe, do tej pory teren ten był uważany w owym czasie za bezludny. A tu nagle taka niespodzianka. Więc być może i tu w okolicach dzisiejszego "Rezerwatu Morasko" ktoś mieszkał.

Jeśli mieszkał, to musiało zrobić to na nim piorunujące wrażenie. Dla naszych przodków, tego rodzaju zjawiska, miały absolutnie magiczny charakter. Smugi ognia na niebie, potem huk i drżenia ziemi. Wchodzący w atmosferę meteory rozpadł się na wiele kawałków. Do dziś znaleziono ich ponad 1400 o łącznej wadze przekraczając 2 tony. Największy do dziś znaleziony fragment miał prawie 300 kg, kolejny pod względem wielkości trochę ponad 200 kg. Ten pierwszy znaleziono zresztą całkiem niedawno - w 2017 roku.

Powstała grupa położonych blisko siebie 7 kraterów (niektórzy mówią, ze 9)  będących jednym z największych takich skupisk w Europie i na świecie.

Pojawiła się też teoria, że meteoryty z Moraska są fragmentem większego, tak zwanego Bolidu Wielkopolskiego, jego pozostałe części spadły na przestrzeni kilkuset kilometrów.  Dowodem ma być identyczny skład chemiczny. I faktycznie, jeśli popatrzymy na mapę, pozostałe kratery układają się mniej więcej w jedną linię - od środkowych Niemiec aż kawałek za Poznań.

Gwoli ścisłości trzeba też dodać, ze inna teoria mówi, kratery nie są kraterami a polodowcowymi jeziorkami wytopiskowymi a same meteoryt spadł w innym miejscu... na lodowiec. Wędrował potem podobnie jak głazy narzutowe i w końcu został przeniesiony do Moraska. Tu zastał go koniec epoki lodowcowej.


Mniejsze kratery są wypełnione wodą jedynie czasem. W środku suchego lata zostało tu jedynie trochę błota. 

W średnim - błoto po pachy. Krok za daleko i buty w nim zostawimy. Na brzegu pełno tropów zwierząt: dzików, saren i chyba jeleni. Dlaczego najczęściej przychodziły akurat pod ten krater? Nie wiem. Może dlatego, że był najbardziej na uboczu? Przy innych kraterach było tych tropów znacznie mniej. 

Rezerwat "Meteoryt Morasko" jest niesamowity. Nie spodziewałem się, że będąc w Poznaniu, na peryferiach co prawda, ale jeszcze w granicach miasta, znajdę tak piękny las. Stare wielkie drzewa, omszałe wiatrołomy. Dęby, których sam objąć nie byłbym w stanie. Bluszcz pnący się po drzewach. Po prostu piękny kawałek puszczy, niemal w środku miasta. 

Największy krater jest stale wypełniony wodą. Ma około 100 metrów średnicy i ponad 11 metrów głębokości. 


Na jego brzegach siedziało sobie stado krzyżówek. Powinno być je widać gdzieś tam między gałęziami. A może nie, może są za małe. W końcu to 100 metrów średnicy. 

Ogromny bluszcz wspinający się po starym dębie. Pień tego bluszczu miał na dole ze 20 centymetrów średnicy. Liście zaczynały się gdzieś na wysokości pierwszego piętra. Nie wiem ile ma lat lecz myślę, ze pamięta obie wojny światowe.  Bluszcz osadzony przeze mnie pod domem jakieś dwadzieścia lat temu, ma zaledwie 3 centymetry średnicy w najstarszej swojej części.  








środa, 9 stycznia 2019

Wieczne pióra są wszędzie






Wieczne pióra są wszędzie. W czasie konserwacji obrazu "Babie lato" niespodziewanie okazało się, że Chełmoński był nie tylko malarzem, ale także wielkim wizjonerem i jasnowidzem. Oprócz pajęczych nici, nieoczekiwanie znaleziono bowiem na obrazie... wieczne pióro! I to model stworzony dobrze ponad 100 lat później.

Nie ma w tym żadnego braku logiki i niekonsekwencji, albowiem Chełmoński, jak każdy wybitny artysta, potrafił siłą swojego umysłu podróżować w czasie i w przestrzeni. Gdyby nie ta znana dobrze cecha wielkich twórców, Kris Kelvin nie brałby się za bary z cytoplazmatycznym oceanem oraz nie zastanawiał się, co symetriady mają wspólnego z Harey. Pirx nie spotkałby siebie z czwartku, środy i piątku, a tym bardziej nie strzeliłby sam sobie w zęby. A Ender Wiggin nie ganiałby po całej galaktyce swoich podwładnych, by w ostatecznym rachunku spotkać Prosiaczki.
I co najciekawsze i najważniejsze, nie dałoby się pokonać drogi na Kessel w mniej niż 12 parseków czy drogi z Krakowa do Zielonej Góry w mniej niż 300 kilometrów.

Jak więc widać, pióro z XXI wieku i obraz z XIX wieku nie stanowią absolutnie żadnej sprzeczności. Zresztą wiek XXI i XIX różnią się tylko położeniem "I".










Zapraszam przy okazji na blog, prowadzony przez wylegującego się na zdjęciu młodego człowieka:









środa, 26 grudnia 2018

Królestwo Krasnolud(k)ów?






Pojechaliśmy nad Wisłę. W miejsce gdzie nie było nas dwa czy trzy lata. Jesienny wieczór szykował się ciepły i pogodny.

Pierwsza niespodzianka spotkała nas gdy doszliśmy do brzegu. Brzegu nie było! To znaczy jakby był ale tam, gdzie kilka lat temu płynęła woda, dziś rozciągała się wielka łacha. Jedynie łagodna już skarpa i stare wierzbowe zarośla pokazywały, gdzie kiedyś kończył się ląd i zaczynała woda.
Piasek tej łachy ciągnął się i ciągnął. Wyciągam lornetkę, wygląda że uda się dojść do dawnych wysp... odległych od dawnego brzegu chyba z kilometr.
Ruszamy więc i brniemy w sypkim piasku. Nogi zapadają się niemal po kostki. Miałem wrażenie, że idziemy i idziemy a drogi przed nami nie ubywa.



Część łachy porosła już wierzbowo-topolowymi zaroślami. Za kilka lat powstanie tu gęsty gaj. Nawet przejść będzie trudno.

Dochodzimy do starych wysp. Sądząc z wielkości rosnących tu drzew, mają przynajmniej kilkadziesiąt lat. Po trawie idzie się lepiej ale wody nadal nie widać. Dopiero po kolejnych kilkuset metrach natrafiamy na skarpę i wodę. Płoszymy kilka czapli, czatujących tu na ryby. Nie widziały nas do ostatniej chwili. Wisła jest ze trzy metry niżej! Jakże niski jest poziom wody w tym roku!

Obok na trawie są ślady po ognisku. Pewnie jacyś żeglarze tu nocowali. Bo raczej nikomu nie chciałoby się iść dwóch kilometrów od najbliższej wioski.

Rozglądam się i szukam jakiegoś tematu do zdjęć. Dookoła rozpościera się wszędobylska żółtość. Część liści leży już na ziemi, część trzyma się gałęzi ostatkiem sił. Czasem rozlega się delikatny szelest, jakby cichutkie pyk, pyk, pyk, pyk... To spadające liście uderzają o gałęzie.

Krzyś,  mniejszy i zwinniejszy, zeskakuje szybko na dół skarpy. Nie widać go z góry w ogóle.

I nagle słyszę krzyk:

- Tatoooo, taaatooo... znalazłem ściany Ereboru!

Wychylam się nad skarpę. Młody stoi pode mną i się śmieje.

- Musisz zejść na dół. Tam chyba jest najłatwiej - macha ręką i pokazuje w bok.

Gramolę się w dół, po chwili jestem. Skarpa jest wyższa ode mnie.




Faktycznie! Ściany Ereboru! I do tego pięknie oświetlone wieczornym słońcem. Z góry nie było tego widać. Tak, nadwiślańskie skarpy potrafią być magiczne.



Ale Erebor, tu? Nad Wisłą? I to jeszcze taki mały? To był wielki pałac! Z drugiej strony nasze rodzime krasnoludki też jakby były trochę mniejsze.



Słynny uczony Koszałek-Opałek potrafił przysiąść sobie na szyszce a Podziomek podróżował na bocianie i kocie. Więc i Erebor powinien być odpowiednio dopasowany do rozmiarów naszej krasnoludkowej rzeczywistości.


Sfotografowałem skarpę i ściany Ereboru. Fotografowaliśmy ją zresztą razem z Krzysiem. Póki słońca starczyło, aż do zmierzchu.
Teraz ruszam wzdłuż Wisły, szukać Doliny Rivendell. Jeśli więcej się nie pojawię to znaczy, że znalazłem...


Krzyś fotografował ściany Ereboru razem ze mną. Oto i jego opowieść:

Erebor

Zapraszam



sobota, 20 października 2018

Liście lecą z drzew...




Czy tej łysce ktoś powie o tym liściu nie na głowie,
Nikt jej nie poratuje, nikt jej nic nie powie,
Tylko się każdy gapi, tylko się każdy gapi i nic.

Liście lecą z drzew, liście lecą z drzew...














Nowe przygody Krzysia i Misia Detektywa. Odwiedzili tym razem Park Łazienkowski w Warszawie:



Wycieczka do Łazienek Królewskich








sobota, 29 września 2018

Nad jeziorem...




Gwiazdo, coś spadła, śnij mi się, śnij!
W progum wędrowny porzucił kij.
                  Byłem ja leśny, 
                  Byłem bezkreśny,
                  A dzisiaj - czyj?

                       Bolesław Leśmian





Tak na koniec lata trochę jeziornych impresji.












niedziela, 5 sierpnia 2018

Wrzosy




Pisałem kiedyś, że należy odwołać wrzesień, bo wrzosy zakwitły pod koniec lipca! (klik) W tym roku podobnie. Jest początek sierpnia a kwitną sobie w najlepsze. Ba... zdradzają już pierwsze objawy przekwitania. Najniższe kwiaty na niektórych gałązkach są już brązowe.

Więc zapraszam na wrzosowe impresje. Sam początek sierpnia na wrzosowisku...


Zapraszam też na blog Krzysia.

Ostatnio fotografował ze mną zaćmienie Księżyca...
















sobota, 28 lipca 2018

Krwawy Księżyc




Całkowite zaćmienie Księżyca! Najdłuższe w XXI wieku. Następna taka okazja za ponad 100 lat! Rozmaite media krzyczały o tym tak już od dobrych kilku dni.

Cóż było robić. Nie chciało nam się czekać ponad 100 lat, więc wieczorem postanowiliśmy wyruszyć całą rodziną w teren.

Pogoda postanowiła pograć sobie z nami w kotka i myszkę. Od rana a to się chmurzyło a to błyskało słońce. Im bliżej wieczora, tym więcej było chmur. Nie zniechęciło nas to jednak. Spakowaliśmy sprzęt do samochodu i pojechaliśmy.



Dojechaliśmy nad Wisłę. Wybraliśmy miejsce, gdzie księżyc powinien pojawić się nad wodą. Niestety, zastaliśmy... chmury. Połowa nieba, akurat w tym miejscu, w którym miał się pojawić Krwawy Księżyc, zasłonięta była chmurami. Co prawda malowniczymi ale wyjątkowo pojawiającymi się nie w porę.
Rozstawiliśmy sprzęt, zrobiłem kilka zdjęć wieczornego nadwiślańskiego krajobrazu i... czekaliśmy co będzie dalej.
- Tam, zobaczcie, tam! - krzyczy nagle bystrooki Krzyś i naciska spust swojego aparatu - Tam jest księżyc!
Rzeczywiście, jest jakby jakieś przejaśnienie w chmurach. Ale nawet przez lornetkę trudno było stwierdzić czy to księżyc czy jaśniejsza chmura. Minęło kolejnych kilkanaście minut. To właśnie był moment największego zaćmienia Księżyca a my wypatrywaliśmy czegoś w chmurach.  
Próbuję sfotografować to rozjaśnienie ale trudno jest w nie trafić obiektywem. W nocy, w wizjerze aparatu jest praktycznie niewidoczne. W końcu trafiam i wtedy... na zdjęciu wyraźnie widać okrągły kształt i czerwonawy kolor. Jest! Ledwie widoczny ale jest! Krzyś miał rację!
Po kolejnych kilkunastu minutach chmury niespodziewanie zniknęły. Krwawy Księżyc pojawił się w całej krasie...

... razem z rzeszą innych gwiazd i Marsem - widocznym poniżej i lekko w prawo. 
Świecił tak delikatnie, że na niebie pojawiły się gwiazdy jak w bezksiężycową noc.Widoczna była nawet Droga Mleczna.


Początek końca zaćmienia. Rąbek naszego satelity już wyszedł z cienia Ziemi i ma normalny, srebrzysty kolor. Kiedy uświadomiłem sobie, że ciemniejsza część Księżyca to cień planety, na której sobie akurat stoję, poczułem się dziwnie. Jakby na chwilę odkryto przede mną jakieś wielkie tajemnice wszechświata. Miałem ochotę pomachać i sprawdzić czy dostrzegę tam swój cień...
Ostatnie chwile. Jedynie maleńki fragment Księżyca był jeszcze w cieniu Ziemi. 
I na zakończenie - Wisła w świetle Księżyca - już po zaćmieniu, godzina pierwsza w nocy. Czas wracać do domu. 



A tak sfotografował zaćmienie Księżyca Krzyś i jego Miś Detektyw








wtorek, 3 lipca 2018

Wianki, wianki...





Pojechaliśmy do Kazimierza na Ogólnopolski Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych...

Jest świt, więc pierwsze kroki kierujemy nad Wisłę. Na rynku jeszcze nic ciekawego się nie dzieje.



Dochodzimy do Wisły. Z daleka widzę na brzegu pozostałości wianków. Faktycznie, to ta pora. Właśnie minęła najkrótsza noc w roku. Sądząc z tego, że wianków jest kilka, ktoś tu blisko musiał zrobić wiankową imprezę w Noc Kupały lub w Noc Świętojańską w zależności od światopoglądu.

Podchodzę bliżej. Mało mam zdjęć nadwiślańskich wianków, może coś ciekawego da się sfotografować... 

I nagle widzę!? To w większości nie są wianki tylko... styropianowe krążki obłożone różnymi roślinami.

W narodzie zanikła umiejętność plecenia wianków czy co?

Pomijając już aspekt śmiecenia, diabli wiedzą gdzie ten styropian wyląduje a rozkładać się będzie setki lat. 

Najciekawszy pseudowianek, zrobiony został na styropianowej podstawie w kształcie serca i ze świętym obrazkiem. Nie znane mi są zamysły autora: czy to serce pochodziło od serca Jezusowego czy od symbolu święta zdrowia, urodzaju i płodności. Wszak chłopak, któremu podobała się jakaś dziewczyna, potrafił wiele zrobić, by wydobyć z rzeki jej wianek. Wróżyło to młodym zamążpójście i dostatek. Do tego zdobienia z liści paproci też mogły mieć znaczenie. W tym bowiem czasie, tak zwanego letniego przesilenia, kwiatu paproci szukano... Miał przynosić szczęście, bogactwo a zobaczyć go było można tylko przez chwilkę, w najkrótszą noc roku.
Sama paproć też miała dla naszych przodków wielkie znaczenie. Wierzono, że rośnie na granicy światów i chroni przed demonami. Liście paproci umieszczano nad drzwiami domów czy obór albo wkładano w strzechę by ochronić domowników.

W każdym razie wyszło interesujące i symboliczne pomieszanie tradycji słowiańskich i chrześcijańskich. 

Tylko po co ten styropian? Czy symbolizuje on współczesny globalny śmietnik?




wtorek, 26 czerwca 2018

Wielisławka - góra pełna historii czyli historia pewnej góry...





Był sobie wulkan. I jak każdy przyzwoity wulkan, wypluwał czasem lawę, dymił, hałasował i złościł się na różne sposoby...
Potem mu przeszło. Na zawsze. Było to... całkiem niedawno - niecałe 300 milionów lat temu czyli w okresie nazywanym przez geologów dolnym permem. Znajdująca się w wulkanicznym  kominie magma wystygła i taka już pozostała do dziś.

Wulkan stał się zwyczajną, spokojną górą. Przez miliony lat wędrowała ona razem z kontynentami i powoli dalej zmieniała swoje oblicze. Bezwzględne procesy erozyjne nadgryzały ją coraz bardziej. Aż w końcu z dawnego wulkanu zostało tylko wnętrze - najtwardsza zastygnięta magma wypełniająca dawny komin, samo wulkaniczne serce, można by rzec. Cała reszta zniknęła, zdmuchnięta wiatrem historii... przepraszam - wiatrem geologii. Ze sporego wulkanu ostała się dziś niewielka góra, trochę ponad 350 metrów nad poziom morza. Stoi sobie niedaleko Jeleniej Góry, jakieś dwa rzuty beretem.

Porosła sobie lasem i tylko wystające tu i ówdzie na szczycie skały, przypominające jakby gigantyczne kredki czy ołówki, sugerują, że w głębi może być coś... coś ciekawego.



Legendy głoszą, że na szczycie istniał prasłowiański ośrodek kultu czy też świątynia. Z tego co wiem (a nie muszę wszak wiedzieć wszystkiego), nie prowadzono tu wykopalisk, które by potwierdziły lub temu zaprzeczyły. Ale gdyby ktoś miał jakiekolwiek informacje na ten temat, to polecam się pamięci.

Natomiast już w IX wieku zbudowano tu gród. Ślady obwałowań widoczne są doskonale do dziś. Ale o mieszkańcach tego grodu również niewiele wiadomo. Kim byli, skąd przyszli i dokąd poszli?
W XIV wieku na pozostałościach grodziska powstał mały rycerski zameczek. I znowu nie wiadomo, kto i po co go zbudował. Nie zachowały się żadne ślady w historycznych dokumentach. Najprawdopodobniej nie był to żaden znaczny ród rycerski. 
Jedna z hipotez mówi o podupadłych rycerzach, którzy nie do końca zgodnie z rycerskimi tradycjami, trudnili się po prostu zbójowaniem czyli odbieraniem bogatym oraz biednym i dawaniem sobie.

Zamek zresztą nie przetrwał długo. Już w połowie XV wieku, w czasie wojen o Śląsk został bezpowrotnie zniszczony. 
Już prawie we współczesnych czasach na pozostałościach zamku wybudowano gospodę, przekształconą później w schronisko turystyczne. Dziś trudno w to uwierzyć ale okolica była kiedyś niezwykle popularna i zagospodarowana. Zgodnie z ówczesną modą oczywiście. Bo ja tam wolę dzisiejszą, bardziej zdziczałą formę. 
Szczyt Wielisławki był niemal niezalesiony i stanowił wspaniały punkt widokowy. Schronisko oferowało 20 miejsc noclegowych oraz restaurację, gdzie można było uzupełnić nadwątlone wspinaczką siły. Dookoła wytyczono alejki, postawiono ławki i stoliki, przy których spacerujący eleganccy goście mogli odpocząć.

Zachowały się archiwalne zdjęcia. Patrząc na nie, nie wierzyłem, że jest to to samo miejsce, które oglądałem teraz. 

Schronisko zostało opuszczone w 1945 roku. Gdy po II wojnie światowej te tereny przypadły Polsce, nikt nie wyraził nim zainteresowania. Obecnie pozostały niewielkie, ledwo widoczne kawałki ściany, schodów i porozrzucane, pojedyncze cegły. 
Ale to jeszcze nie koniec historii. W połowie XVI wieku pojawili się tu górnicy. Jak wiadomo, określenie górnik pochodzi stąd, że pierwotnie kopalnie powstawały w zboczach takich właśnie gór. Minerały wydobywano z ich wnętrza kopiąc korytarze, właśnie tak jak tu! Dopiero później nauczono się drążyć szyby w dół... 
Górnicy zaczęli wkopywać się we wnętrze góry i wydobywać rudy metali - między innymi srebro i złoto. Legendy głoszą, że cała góra pocięta była systemem sztolni i korytarzy.
Jeden z okolicznych mieszkańców opowiadał, że w dzieciństwie w latach czterdziestych bawił się z kolegami w tych korytarzach i przechodził przez całą górę w różne strony. Ba... nawet jeden z korytarzy miał prowadzący do góry szyb, przez który docierało do środka światło. Dziś z tych podziemi pozostało niewiele.

Zafascynowani tą historią postanowiliśmy na własnej skórze poczuć jak to jest znaleźć się we wnętrzu wulkanu. Wejścia do jednego z korytarzy, tego właśnie widocznego na zdjęciach, szukaliśmy kilka godzin. A właściwie szukał Krzyś, który ze zwinnością kozicy, biegał po stromym i śliskim po deszczu zboczu. 

Samo wejście było... hmm, pomyślcie sami. Macie przed sobą niewielki otwór w ziemi, przez który trzeba się przeczołgać. Diabelnie wąski i ukryty miedzy krzaczorami. Dalej co prawda widać w świetle latarki, że korytarz jest większy i powinno się móc normalnie chodzić. Ale jak to powiedziano w jednym filmie, odczuwałem pewien dyskomfort na myśl o wczołganiu się do nieznanego wnętrza góry. 

W środku czekał na nas przyjemny chłód, wilgoć i ze dwieście metrów korytarzy. Sama świadomość, że wędrujemy korytarzami kopalni sprzed kilkuset lat, dotykamy śladów kilofów anonimowych dziś i zapomnianych górników, rozpalała niesłychanie wyobraźnię.
W XIX wieku powstał tu kamieniołom i rozpoczęto eksploatację skał tworzących dawne wnętrze wulkanu. Po prawie 300 milionach lat, zakrzepnięta magma ujrzała światło dzienne. 
I odsłoniły się wtedy niezwykłe struktury. Stygnące skały utworzyły wielokątne słupy. Czerwonawe od zawartości związków żelaza i spękane w regularny sposób.
Z racji na wygląd nazwano to miejsce "Organami Wielisławskimi". Dziś, szczęśliwie nie ma tu już kamieniołomu. Odsłonięte unikalne skały są pod ochroną. Można je bezkarnie podziwiać i dotknąć własnymi rękami wnętrza wulkanu sprzed wielu milionów lat. 
Obok jest przygotowany niewielki parking, wiata ze stołami i kominkiem mogącym służyć do pieczenia rozmaitych łakoci. 
Wielisławka może skrywać jeszcze jedną tajemnicę. Pochodzącą już z całkiem niedawnych czasów. W jej sztolniach miano ukryć legendarne "Złoto Wrocławia " wywiezione z miasta tuż przed wejściem Armii Radzieckiej. Miało to być 7 ton rozmaitych kosztowności. Ślad po skarbie zaginął i do dziś nie znaleziono nic. Ani w Wielisławce, ani w innych potencjalnych miejscach. 
Może więc tajemnice góry nadal czekają na swojego odkrywcę?



Inne podobne opowieści można znaleźć w mojej książce "Symbole Polskiej Przyrody". Oczywiście w trochę skróconej wersji, inaczej książka miałaby 4 tomy i... cenę trudną do zaakceptowania.