czwartek, 25 sierpnia 2016

Wariacje na Młodego i aparat - Król Elfów




Najgorzej to mieć ojca fotografa. Zamiast  pozwolić mi się bawić, ciągle coś kombinuje. Teraz kazał mi schować się w krzakach i udawać, że go nie znam. Wymyślił sobie jakąś historię... 

Zwykle staram się szybko zrobić to o co prosi, by dał mi spokój i żebym mógł wrócić do dalszej zabawy. Tym razem postanowiłem go zaskoczyć...




******


Siedziałem sobie nad brzegiem dzikiego zakola Bugu i wsłuchiwałem się w śpiewające skowronki. Nagle usłyszałem z tyłu cichutko grającą fujarkę. Obróciłem się powoli i zobaczyłem wyglądającego zza krzaka małego elfa. Zamarłem w bezruchu i dopiero po chwili dotarło do mnie, że to trzeba uwiecznić...





Grał coś na drewnianej fujarce ale chyba bał się trochę, bo zaciekawiony wystawiał tylko głowę.




Powoli jednak się oswajał i zaczął wychodzić z ukrycia.


 Podrapał się po głowie, pomyślał...



 I pozwolił się sfotografować w całej okazałości... 



A nawet sportretować...


*****

No i jak się prezentuję w moim nowym wcieleniu? Trzeba było widzieć minę mojego Taty... mówię Wam bezcenna!




Inne części "Wariacji"




niedziela, 14 sierpnia 2016

Na tropie... moczu rysia!




Jeździłem palcem po mapie i zastanawiałem się jakie miejsca odwiedzić w ramach letnich rodzinnych podróży po Polsce. Na pewno będziemy tu... i tu... i jeszcze...
Dobrze byłoby też odwiedzić nieznane mi do tej pory odcinki Wisły. Podążałem wzrokiem wzdłuż biegu rzeki. Tu byłem, tu też... Zalew Włocławski mam obfotografowany niemal z każdej strony. Ciechocinek również. I nagle wzrok zatrzymał mi się na małej wiosce tuż za Ciechocinkiem - Otłoczyn! Coś mi to mówi, gdzieś już tę nazwę słyszałem? Ale gdzie? Już wiem! Tak, zatem pojedziemy do Otłoczyna.

Przepłynęło trochę wody w Wiśle, trochę kilometrów nawinęło się na koła samochodu i wreszcie dotarliśmy na miejsce. Jakąś polną drogą, przy wydatnej pomocy guglomapy, dojechaliśmy nad sam brzeg. Tak. Miejsce będzie dobre. Słońce wzejdzie nad wodą po prawej a zajdzie po lewej, też praktycznie nad wodą. Do najbliższych domów ponad kilometr. Czasem tylko bywają tu wędkarze. Wokół śpiewają skowronki, nad wodą latają rybitwy, gdzieś z daleka trąbią żurawie. Tu zostaniemy na kilka dni.





Dlaczego akurat przyjechaliśmy w to miejsce? Wisła podobnie wygląda i gdzie indziej. Ba... w wielu miejscach jest pewnie i ładniejsza.
Aby to wyjaśnić, musimy się trochę cofnąć w czasie. O... bagatelka, jakieś 2000 lat!

Zamknijmy więc oczy i uruchommy wyobraźnię. Zmierzch już zapada, słychać jakieś głosy. Tam dalej jest obozowisko. Płonie ogień, stoją wozy... bliżej, pod drzewem widać jakiegoś człowieka. Patrzy, zamyślony w wiślane fale. Po stroju widać, że jest nietutejszy. Kto to...? Ze stroju można wywnioskować, że to... gość z dalekiego Rzymu!
Po co tu przyjechał? Co go sprowadziło do dalekiej Słowiańszczyzny? 1200 kilometrów lotem ptaka od Forum Romanum i ponad 500 kilometrów od Carnutum - ostatniego stałego obozu przy północnej granicy Rzymskiego Imperium. Te 500 kilometrów z hakiem wydaje się być dziś niewielką odległością. To mniej więcej tyle, ile trzeba przejechać z Lublina do Jeleniej Góry. Dla wprawnego kierowcy - najwyżej 8 czy 9 godzin jazdy.Ale kiedyś... kiedyś, gdy wozy ciągnięte były przez konie lub woły, potrzeba było co najmniej trzech, czterech tygodni.

Czy już ktoś się domyśla, co dla Rzymian było tak cenne by ryzykować wyprawy w dalekie i nie do końca poznane kraje?  Gdzie nie było dobrych map, rzymskich dróg i garnizonów i trzeba było liczyć na pomoc miejscowych przewodników? Co było na tyle dochodowym interesem, że opłacało się ruszyć w trwającą kilka miesięcy, nie zawsze bezpieczną, podróż?




Tak, to oczywiście... bursztyn! Rzymianie nazywali go lyncurium czyli moczem rysia! Bowiem według ich legend bursztyn powstał właśnie ze skamieniałego moczu tego dzikiego kota. Dlaczego rysie urządziły sobie wielką toaletę akurat w okolicach Zatoki Gdańskiej i Półwyspu Sambijskiego nikt nie wyjaśniał.

Przez setki lat karawany Bursztynowego Szlaku przemierzały Europę z południa na północ i odwrotnie. A tu, właśnie w okolicach Otłoczyna przeprawiały się przez Wisłę.

Okolica i całe Kujawy obfitowały jeszcze w jeden, niezwykle cenny dla rzymskich kupców towar. Była nim sól! Nazywana zresztą w owych czasach "białym złotem" i niemal dorównująca ceną bursztynowi.

Niedawno pod odległym o 40 kilometrów Inowrocławiem, odkryto unikalne ślady najstarszej w Europie tężni. Pochodzące z początków naszej ery czyli z czasów kiedy na Bursztynowym Szlaku panował największy ruch. Co ciekawe, jej konstrukcja była niemal identyczna jak dzisiejszych tężni w pobliskim Ciechocinku. Największa różnica jest w sposobie dostarczania solanki. Dziś na szczyt tężni jest pompowana rurami, kiedyś biegano po drabinach z drewnianymi wiaderkami. Obok znaleziono też ślady studni, kanałów oraz zbiorników do odparowywania solanki. Widać istniał tam cały, dobrze zorganizowany "zakład produkcji soli".
Do dziś w tym miejscu wykorzystuje się solankę. Inowrocławskie tężnie i Park Solankowy znajdują się zaledwie o kilometr od odkrytych śladów solnej osady.

Być może nazwa rzeczki Tążyny, wpadającej do Wisły koło Otłoczyna, to dalekie echo starożytnych tężni, które mogły istnieć w okolicy?





Mimo, że Rzymianie mówili na ziemie znajdujące się poza ich Imperium - Barbaricum - czyli ziemie barbarzyńców, wędrówka Bursztynowym Szlakiem była nieźle zorganizowana. Z badań archeologicznych wynika, że co 20 -30 kilometrów rozmieszczone były mniejsze lub większe osady. Świadczyły one usługi na rzecz podróżnych. Można było odpocząć, coś kupić, coś sprzedać. Dlaczego w takiej odległości? Bo akurat tyle przemierzały dziennie karawany. Do dziś odkrywamy te miejca po rzymskich artefaktach, czasem odnajdywanych zupełnie niespodziewanie.





Niektóre z tych osiedli były niewielkie a niektóre całkiem spore. Pełniły rolę centrów handlowych, religijnych, kulturowych czy ośrodków regionalnej władzy. Wiele z nich czeka jeszcze na odkrycie i zbadanie przez archeologów.

Jedną z takich ciekawszych osad  niespodziewanie znaleziono 40 lat temu kilka kilometrów na południe od Inowrocławia. Julian Pater, mieszkaniec małej wsi - Kruszy Zamkowej znalazł na swoim polu srebrną monetę. Szczęśliwie się złożyło, że zamiast wrzucić ją gdzieś do szuflady, zaczął dociekać co to jest. I nagle okazało się, że jest to rzymski srebrny denar wybity za panowania cesarza Antonina Piusa - panującego w latach 138-161! Moneta mająca prawie dwa tysiące lat!
W 1973 rozpoczęto tam wykopaliska. Odkryto niezwykłe pozostałości wielkiej osady z przełomu starej i nowej ery. Zajmowała ponad 16 hektarów! I otoczona była przez szereg mniejszych osiedli, pełniących zapewne funkcję służebną i pomocniczą. Prowadząca badania, profesor Aleksandra Cofta-Broniewska, postawiła hipotezę, że natrafiono tu na Askaukalis - osadę oznaczoną na słynnych mapach Ptolemeusza. Jej lokalizacja była do tej pory wielce dyskusyjna.
Wykopaliska i badania trwają w tej okolicy do dziś. W 2014 roku odkryto pozostałości drewnianej świątyni. Została ona zrekonstruowana i można ją oglądać w Kruszy Zamkowej.



Bursztynowy szlak nie był oczywiście wyznaczony jak dzisiejsze autostrady. Miał kilka wariantów. Być może zależało to od wynajętych przewodników albo od doświadczeń podróżników. Zawsze łatwiej wędrować znaną trasą.
Zmieniał się również na przestrzeni lat. Inaczej przebiegał w I wieku przed naszą erą a inaczej trzysta czy czterysta lat później. Wydaje się, że to niewiele ale... zaledwie 200 lat temu nie było samochodów a tym bardziej samolotów. Zaledwie 160 lat temu skonstruowano pierwszą lampę naftową!

Ruch na Bursztynowym Szlaku skończył się praktycznie w V-VI wieku. Związane to było miedzy innymi z upadkiem Cesarstwa Rzymskiego.





Kiedy dojechałem nad brzeg Wisły pod Otłoczynem zacząłem się zastanawiać, gdzie dwa tysiące lat temu była ta przeprawa. Wisła wyglądała wtedy zapewne zupełnie inaczej. Dziś brzegi są spięte ostrogami by wyprostować nurt i uniemożliwić meandrowanie. Ani śladu po brodzie. Brzegi raczej wysokie i strome.
Zacząłem więc szukać pomocy u Wujka Gugla i wkrótce okazało się, że trafiłem niemal w punkt. Karawany podążały do Otłoczyna wzdłuż rzeczki Tążyny. A ja stałem tuż przy jej ujściu. Więc gdzieś tu była osada, której mieszkańcy 20 stuleci temu pomagali Rzymianom przeprawiać się na drugi brzeg Wisły.






Pobliskie brzegi Wisły są dziś strome. Miejscami skarpa ma nawet kilka metrów wysokości. Jak było kiedyś? W oddali widać drzewa, które runęły do wody w miarę podmywania skarpy a bliżej kamienie. Najprawdopodobniej przyniesione tu przez lodowiec z dalekiej Skandynawii.
Na mapach sprzed 150 lat widnieje w tym miejscu spora wyspa.





Skarpa wiślana z warstwami naniesionego przez wodę piasku, mułu i gliny. W tym miejscu miała ponad 5 metrów wysokości. Żeby nanieść taką górę piachu, poziom wody musiał być zacznie wyższy. I to nie przez tydzień czy miesiąc. Być może powstawała ona w czasach kiedy topniały lodowce a Wisła była znacznie szersza...




Czy dziś zostały pod Otłoczynem jakieś ślady po wydarzeniach sprzed dwudziestu wieków? Trochę stanowisk archeologicznych... ale te znane są jedynie wtajemniczonym. Zresztą po wykopaliskach teren jest przywracany do stanu pierwotnego. W samej wsi jest ulica Bursztynowego Szlaku. I to koniec. Żadnej informacji, żadnych tablic informujących o historii tego miejsca.
Gdybym nie przeczytał o Otłoczynie gdzieś wcześniej, minąłbym to miejsce i nawet nie spojrzał w bok z jadącego szosą samochodu.




sobota, 30 lipca 2016

Odwołujemy sierpień?





Nieopodal mego domu jest niewielki piaszczysty pagórek. To pozostałość po korycie Wisły z czasów gdy kilkanaście tysięcy lat temu topniały lodowce. Tak, tak... wtedy rzeka miała w okolicy kilkanaście kilometrów szerokości i osadzała wielkie piaszczyste łachy. Mój dom stałby na jej dnie, drobne dwa kilometry od najbliższego brzegu.
Pagórek ten jest bardzo suchy. Rośnie tam trochę rachitycznych sosenek, rzadkie trawy, żółte jastrzębce, mchy, porosty i... wrzosy. No właśnie, jak sama nazwa wskazuje, porządne wrzosy powinny kwitnąć we wrześniu. Od nich właśnie pochodzi nazwa tego miesiąca i od zawsze kojarzyły się z jesienią.

A tymczasem wrzosy... zakwitły kilka dni temu! Nie mamy nawet jeszcze sierpnia tylko ostatnie dni lipca! Jeśli teraz kwitną, to we wrześniu, kiedy teoretycznie przyjdzie ich pora, będzie już dawno po ptakach... znaczy po kwiatkach.

A co z sierpniem? Czyli czasem żniw gdy sierpy były w użyciu. Dziś nie ma sierpów tylko kombajny ale jak rozejrzeć się dookoła to jest już praktycznie po żniwach. Pola stoją puste.

Proponuję więc, by jakąś ustawą, uchwałą czy innym dekretem odwołać sierpień. Po co on nam teraz?








A to zdjęcie dołączyłem, by nie było gadania, że to jakieś pojedyncze, życiowo pogubione gałązki. Nie... to już kwitną całe wielkie kępy



wtorek, 26 lipca 2016

Koniki i upał...





Kto jest największym przyjacielem konia w czasie wielkich upałów? Oczywiście człowiek. Ale nie jakikolwiek, tylko człowiek z wężem...

I to wcale nie z wężem w kieszeni tylko w... ręku!

Nigdy nie przypuszczałem, że konie mogą tak się nadstawiać pod strumień wody, wręcz tańczyć dokoła by zmoczyć raz głowę, raz zadek. I do tego jeszcze próbując złapać płynącą wodę chrapkami...

















sobota, 23 lipca 2016

Dziewanna




Południe idzie upalne przez wrzosowiska
Wyschłego ziela oddechy płyną upojne,
Czasami szklarka przelotna pod słońce błyska
albo motyle na kwiatach i pszczoły rojne:
Z gęstwiny kwietnej dziewanna dumnie wytryska

Powietrze żarem drgającym skroś się przesyca,
Jakby nim chwiała koników harmonia szklanna...
Z sosnowych pni gorejących kapie żywica,
A wśród spiekoty słonecznej złota dziewanna
Stop przygięta, miłosna - jak południca

                  Dziewanna - Bronisława Ostrowska 





Dziewanna - roślina, która bez dwóch zdań, zwraca na siebie uwagę. Rośnie najczęściej na ubogich, piaszczystych ziemiach i wyrasta tam ponad przeciętność. Gdy inne kwiaty w tych miejscach osiągają kilkanaście bądź niewiele więcej centymetrów, ona potrafi wystrzelić nawet na wysokość człowieka. Nic więc dziwnego, że czasem nazywano ją u nas królewską świecą a Anglicy mówili na nią golden torch czyli złota pochodnia.

Zresztą, co by tu dużo mówić, niegdyś dziewanny wykorzystywano jako pochodnie. Wysuszone, martwe pędy zanurzano w łoju lub wosku. A po zapaleniu płomień opalizował pięknie kolorami tęczy.

Już w czasach starożytnych uważano, że roślina ta miała działanie magiczne. Chroniła przed urokami i złymi duchami. Pisał o niej Gaius Plinius Secundus (zwany w Polsce Pliniuszem Starszym) w swojej "Naturalis Historia" - XXXVII tomowej kopalni wiedzy o starożytnym Rzymie.

Dziewanna miała również znaczenie bardziej praktyczne. Używano jej jako hubki, dodawano do ziołowych tytoni a z wysuszonej rośliny robiono knoty do świec. W niektórych rejonach Polski do dziś jest nazywana po prostu - knotem albo knotnicą.
Kwiaty dziewanny używano niegdyś do farbowania włosów na kolor blond, zaś liście wkładano do butów czy onuc. Grube, miękkie i pokryte delikatnym futerkiem dawały ciepło stopom.




Do dziś dziewanny wykorzystywane są w zielarstwie. Olejek z kwiatów i liści można stosować na rany, owrzodzenia, odmrożenia, stłuczenia, siniaki czy inne choroby skóry. Napar ma działanie przeciwbakteryjne i uspokajające.

Z jej pomocą przepowiadano również pogodę. Wyższe, bardziej rozrośnięte dziewanny wróżyły dłuższą i surową zimę. Muszę spojrzeć przez okno... w tym roku dziewanny u mnie na łące nie są zbyt wielkie. Mogę więc nie zbierać chrustu, bo zima będzie łagodna .






Dziewanna podobno była również słowiańską boginią przyrody, wiosny, młodości i łowów. Najprawdopodobniej także patronką małżeństwa. Jan Długosz utożsamiał ją  z rzymską boginią Dianą. Nie wiadomo jednak czy istniał jakiś związek miedzy boginią a rośliną. W ogóle o słowiańskiej, przedchrześcijańskiej religii, mitach i podaniach wiemy bardzo niewiele.





O ile o mitologii greckiej, rzymskiej, egipskiej czy celtyckiej znajdziemy sporo informacji i czasem nawet uczymy się o tym w szkole, to mitologia słowiańska zaginęła gdzieś w pomroce dziejów. Z nielicznych informacji jakie zachowały się do naszych czasów wynika, że mogła być ona co najmniej równie barwna jak... te najbardziej znane. Często nie zdajemy sobie sprawy, że niektóre dzisiejsze zwyczaje mają swoje korzenie w starosłowiańskich obrzędach. Jak choćby topienie Marzanny, zapalanie zniczy 1 listopada, puszczanie wianków w Noc Świętojańską czy dzielenie się jajkiem na Wielkanoc.

Niektórzy badacze słowiańskiej mitologii uważają, że Dziewanna i Marzanna to dwie boginie będące w opozycji. Jesienią Marzanna zdobywała władzę nad światem a wiosną, po utopieniu tej pierwszej - Dziewanna.







Badacze historii nie są zgodni od czego pochodzi imię bogini. Dość oczywiste jest wywodzenie go od dziewczęcości czy dziewictwa - Dziewanna nigdy nie miała mieć partnera, podobnie jak Diana. Ale w kronikach Macieja Miechowity czytamy o Dzewannie. Brak jednej litery spowodował, że cześć historyków zaczęło wywodzić etymologię od słowa "drzewo".




Dziewanny są dla mnie tak urokliwe, że przez kilka lat zbierałem gdzie mogłem nasiona i rozrzucałem u siebie w suchszych częściach łąki. Dziś już nie muszę. Dziewanny rosną na potęgę i same się rozsiewają dalej. 





piątek, 15 lipca 2016

Trochę powiało...




17 czerwca przeszła nad Polską burza. Krótka... nie trwała nawet kilkunastu minut. W zasadzie zanim człowiek zdążył się na dobre przestraszyć - minęła.
I kiedy wyglądałem przez okno nie było widać niczego nadzwyczajnego. Ot parę połamanych gałęzi i poobrywanych liści. No i prąd gdzieś sobie zniknął.

Dopiero kiedy ruszyłem się dalej, okazało się, że żywioł pokazał swoją potęgę. Kilka minut wichury i ulewy a naprawienie zniszczeń... trwa do dziś. Pierwszego dnia usunięto lub przeciągnięto tylko te drzewa, które zagradzały drogi. Potem dopiero naprawiono pozrywane przewody i połamane słupy. Wszędzie krzątały się ekipy Pogotowia Energetycznego. Ja nie miałem prądu przez parę godzin ale były miejsca, gdzie ludzie pozbawieni prądu, musieli sobie radzić przez kilka dni. W jednym miejscu widziałem aż 5 połamanych pod rząd betonowych słupów. Ich wymiana, siłą rzeczy musiała trochę potrwać.
W Maciejowicach nawet cześć sklepów została zamknięta z powodu braku prądu. Nie działały zamrażarki, lodówki i... świętość absolutna czyli kasy fiskalne.

W sklepie motoryzacyjnym powiedziano mi, że właśnie poszedł prawie cały zapas świec i oleju do agregatów prądotwórczych. Bo wyciągnięte z kątów i nie używane od lat trzeba było jakoś uruchomić.





Stara topola minęła dom dosłownie o metr.

Trzaskały zarówno metalowe płoty...

... jak i te drewniane.

Betonowe słupy czasem łamały się jak zapałki...

... czasem zawiązywały na supełki...

... i powiało grozą. Lepiej nie sprawdzać czy prąd jest już odłączony.


W tandetnej powieści napisano by: "padł jak rażony gromem".

Czasem drzewa wyrywane były z korzeniami, czasem przełamywane w pół.

Drogi gęsto zasłały odłamane gałęzie.

Ta topola rosła tu pewnie ponad sto lat. Została wyrwana z korzeniami.

Rozdarta wierzba... jak by ktoś w środek włożył bombę.

Zabytkowy XIX wieczny spichlerz cudem uniknął zniszczenia. Spadające drzewo zawadziło tylko końcem gałęzi o kawałek dachu.

Nawet w lesie drzewa nie były bezpieczne.

"Poleżę sobie na tych przewodach... a co mi tam..."





poniedziałek, 27 czerwca 2016

Wariacje na Młodego i Aparat IV - Mały Wielki Wódz Ukryta Strzała





Najgorzej to mieć ojca fotografa. Zamiast się bawić, ciągle muszę przejeżdżać przed obiektywem, bo tata nie nadąża za mną biegać. Staram się szybko zrobić to o co prosi, by dał mi spokój i żebym mógł wrócić do dalszej zabawy w Indian.














Inne części "Wariacji"