czwartek, 19 września 2019

Wisła - wieczorem komary wychodzą z ukryć...




...A fotografowie jadą w teren. Myślałem, że tego dnia nie zrobię już żadnego zdjęcia. Co prawda wieczór zapowiadał się ciekawie - chmury na niebie były imponujące. Jednak kiedy dojechałam nad Wisłę, chmury postanowiły być jeszcze bardziej imponujące i... zakryły całe niebo. Za to całkiem niespodziewanie pojawiły się całe stada wygłodniałych... komarów. I to w ilościach takich, jakby wszystkie z całej gminy umówiły się właśnie w tym miejscu na berka gryzionego. Pod domem, ledwie kilka kilometrów dalej, nie miałem ich w tym roku wcale. A tu... wchodziły do oczu, nosa... nawet jednego zjadłem, gdy zasapany po wdrapaniu się na stromą skarpę, wziąłem głębszy oddech.
I już chciałem wracać. Myślałem, że jedyne co dziś mnie nad Wisłą spotka, to berek z komarami, gdy równie nagle jak przyszły, chmury się rozeszły. Błysnęły kolory, przejrzały się w wodzie.

Wyciągnąłem więc schowany do tej pory sprzęt i próbowałem nie zwracać uwagi na latające dookoła małe wredoty. Kiepsko to niezwracanie wychodziło. Z daleka musiało wyglądać to zabawnie. Na środku łachy stoi statyw a dookoła niego biega facet i macha rękami, jakby chciał... podfrunąć.















piątek, 30 sierpnia 2019

Mewy srebrzyste - męki rodzicielstwa...







Gdzieś nad polskim morzem, zdarzyć się mogło to gdziekolwiek, łaziły sobie po plaży mewy. Głównie mewy srebrzyste ale było też trochę siwych i śmieszek. Oczywiście mewy srebrzyste, jak zwykle robiły najwięcej zamieszania. Największe i najgłośniej krzyczące. Słychać je było nawet kilkaset metrów od brzegu. Głosy ich pewnie znacie, choć nie wiecie, że znacie. W każdym filmie, którego akcja dzieje się nad morzem, słychać je w tle.

Nad samym brzegiem było sporo tegorocznych młodych i trochę dorosłych ptaków. I praktycznie się nie bały ludzi, plątały się pod nogami niczym miejskie gołębie. Złapałem aparat i zrobiłem kilka zdjęć. Takich zwyczajnych. Stoją sobie mewy, chodzą sobie mewy... Kilka ptaków miało obrączki, więc zrobiłem jeszcze im zdjęcia dokumentacyjne. Odczytam potem w domu i wyślę informację do Stacji Ornitologicznej. Przydadzą się im.

I nagle słyszę głos proszący mew. Jest bardzo charakterystyczny, takie jakby miauknięcia. I bardzo podobny u wszystkich gatunków, a przynajmniej u tych, które znam. Mewy siwe odzywają się tak samo, śmieszki - trochę bardziej piskliwie.

Obracam się i widzę jak tegoroczne młode biegają za... rodzicem. Na moje oko to samica. Młode, mające już co najmniej trzy miesiące, nie różniły się od dorosłych rozmiarami. Tylko upierzenie miały inne - szarobrązowe. Na białe będą musiały poczekać trzy czy cztery lata.

No i te dwa bachory, zamiast samemu czegoś sobie poszukać, biegały za matką i napraszały się wręcz namolnie. Pochylały się w proszącym geście i stukały dziobem w dziób, łapały za pióra... w którymś momencie złapały uciekającą samicę za ogon i przez chwilę jechały po piasku jak na nartach. A ona? Miałem wrażenie, że najchętniej spuściła by im porządny łomot. Odsuwała się, odbiegała kawałek,  raz nawet odleciała o kilka metrów. Nic to nie dało. Dorastające dzieci były nieugięte. Ale dzięki temu mam całą serię ciekawych zdjęć.

Fotografowanie skończyło się gdy jakiś pies przybyły ze spacerowiczami spłoszył ptaki. Ludzi wytrzymywały, psa już nie.

Tak na marginesie powiem, że czasami nie rozumiem ludzi. Wyobraźcie sobie sytuację. Leżę na piasku z aparatem i długim obiektywem. Ze trzy metry od wody. Po samym brzegu chodzi fotografowana mewa. I większość osób przechodzi prawie po mnie. Jedna rodzina przeszła tak blisko, że prawie obsypali mi piaskiem obiektyw... No nie wiem, ja bym kogoś takiego obszedł dookoła. Jeszcze lepsza sytuacja zdarzyła mi się wieczorem. Zmierzchało już, miałem rozstawiony statyw. Na nim aparat skierowany na morze i leżące w wodzie kamienie. Od brzegu jestem tuż, tuż. Już mam naciskać spust gdy nagle przed obiektyw wchodzi mi rodzina z dwójką małych dzieci. Wyciągają telefony i zaczynają strzelać sobie selfiki... i tak przez 10 minut? Złapałem za statyw, bo bałem się, że go przewrócą. Ledwie się między mną a tym brzegiem mieścili. I tak... w promieniu kilkudziesięciu metrów było praktycznie pusto... ni człowieka. Bezmyślność, głupota, złośliwość?

I wtedy przypominała mi się sytuacja z Francji. Robiłem zdjęcia na Montmartrze i przyszedł mi do głowy taki pomysł. Na drugim planie obrazy na straganach a na pierwszym idący spacerowicze. Dałem dłuższy czas by zaakcentować ich ruch - ludzie mieli być trochę rozmyci. I tu pojawił się problem. Bo co podnosiłem aparat do oka, to wszyscy stawali albo się wręcz się odsuwali bym mógł to zdjęcie zrobić. I jeszcze się do mnie uśmiechali. Ba... zatrzymywały się nawet samochody i kierowcy czekali aż skończę! Widać co kraj, to obyczaj.

Obiecywałem sobie kiedyś, że nic mnie już nie zdziwi... ale to jakoś nie działa.






Mamo... głodny jestem... jeeeeść... jeeeść!

Daj coś do jedzenia... no daj... no daj... no daj... 

I mnie też, i mnie też... 

No weź mamooo , jeść... jeść, jeść!

Będę grzecznym dzieckiem, nawet podrapie cię po brzuszku...

...o właśnie tak, zobacz!
Aaa...poszłyyyy baaaachoryryry - mama się trochę wkurzyła.

Mamo, mamo... nie ucieeeekaaaj!! Jeść nam się chce!!!







poniedziałek, 29 lipca 2019

Rosnę sobie - dołem głowa, górą nać -



- Kto mi powie: co się jeszcze może stać ?



Marchewkowe pole rośnie wokół mnie
W marchewkowym polu jak warzywo tkwię 
Głową na dół zakopany niczym struś
Chcesz mnie spotkać - głowę obok w ziemię włóż 

Wszystko się może zdarzyć 
Wszystko się może zdarzyć



Marchew... znamy ją wszyscy. Jedliśmy ją gotowaną, chrupaliśmy surową, piliśmy wyciśnięty sok. Robiliśmy marchewkowe ciasto, rozmaite surówki. Ba... są w Europie kraje (na przykład Portugalia) gdzie z marchewek robi się ... dżem. To zresztą jest zabawne z prawnego punku widzenia. W klasyfikacji Unii Europejskiej marchew jest uznawana za warzywo. Ale jeśli robi się z niej dżemy to... w rozumieniu innej dyrektywy należy ją taktować jako owoc!

Tak, wiem, życie potrafi być zabawne.

Ale kto wie, że dokładnie ten sam gatunek, który tak smakowicie zajadamy sobie rankami, w południe i wieczorami pospolicie rośnie również na polskich łąkach? Oczywiście w formie dzikiej, pierwotnej. Takiej z której nasi przodkowie dopiero wyhodowali znane nam dziś pomarańczowe korzonki.

Gdybyśmy jednak wyrwali taką dziką marchew, możemy się srodze rozczarować. Zamiast znanego nam grubego i... marchewkowatego korzenia zobaczymy coś bladego, jasnożółtego najwyżej i cienkiego. Trochę zaledwie grubszego niż przeciętny roślinny korzeń. To co znamy ze sklepów, to efekt wielu setek lat uprawy i selekcji.

Marchew jest rośliną dwuletnią. W pierwszym roku tworzy niepozorną rozetkę liści i gromadzi materiały zapasowe w korzeniu.  W drugim roku, korzystając z korzeniowych zapasów tworzy kwiaty i potem nasiona. Rzadko możemy oglądać na polach kwitnącą marchew. Na ogół potrzebujemy odżywcze korzenie a nie nasiona.

Z ciekawszych i mało znanych zastosowań marchwi: Francuzi potrafili robić z niej likier, Brytyjczycy - wino a Niemcy używali jako zamiennika kawy.

Czy marchew ma coś wspólnego z modą i elegancją? Ależ tak! Eleganckie damy z XVII wiecznej Anglii często nosiły na kapeluszach pierzaste liście marchwi...


A zdjęcia marchwi... wiecie, Garry Winogrand powiedział kiedyś, że przedmiotem fotografii nie są fotografowane rzeczy, lecz to jak one wyglądają po sfotografowaniu. Więc tak wygląda dzika marchew po sfotografowaniu













środa, 29 maja 2019

Nad Pilicą





Zjechaliśmy z szosy w niewielką polną drogę. Po dwóch zakrętach rozciągnęły się przed nami meandry Pilicy. Po drugiej stronie rzeki, tuż nad wodą rósł las. Ciemne liście olch przeplatały się z czerwienią sosnowych pni. Wieczorne słońce kładło się na wszystkim ciepłym blaskiem. Rzeka ospale płynęła sobie gdzieś w dal.

 Złapałem statyw i torbę ze sprzętem i otoczony cierpkim zapachem schnących traw oraz macierzanki, ruszyłem w stronę wody. Po upalnym dniu, bliskość rzeki dawała pewną ulgę, oddychało się jakby innym powietrzem.

Doszedłem do samego brzegu. Woda była... ciemna, czarnozielona niemal. Zdążyłem pomyśleć, że fajny byłby to kolor atramentu (ci co mnie znają wiedzą o co chodzi), gdy z zakamarków pamięci wypłynął, napisany jeszcze w 1932 roku, wiersz Leopolda Staffa...

I wiem, że przed sobą nie miałem jakiś wysokich drzew ale ten zapach wody, zielony w cieniu, złoty w słońcu i koniki polne strzygące ciszę wśród zapachu macierzanki...

I ta wyzwolona dusza...





O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa,
W brązie zachodu kute wieczornym promieniem,
Nad wodą, co się pawich barw blaskiem rozlewa,
Pogłębiona odbitych konarów sklepieniem.

Zapach wody, zielony w cieniu, złoty w słońcu,
W bezwietrzu sennym ledwo miesza się, kołysze,
Gdy z łąk koniki polne w sierpniowym gorącu
Tysiącem srebrnych nożyc szybko strzygą ciszę.

Z wolna wszystko umilka, zapada w krąg głusza
I zmierzch ciemnością smukłe korony odziewa,
Z których widmami rośnie wyzwolona dusza...

O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa!


                                Leopold Staff "Wysokie drzewa"









poniedziałek, 6 maja 2019

Nadwiślański wieczór




Tej nocy niebo w dreszczach od gwiazd mrugawicy
Kołysało swój bezmiar w sąsiednie bezmiary,
To w próżnię swe radosne unosząc pożary,
To zbliżając je znowu ku mojej źrenicy.

                                 Bolesław Leśmian










poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Ciężkie życie kaczuchy




Pojechałem z Krzysiem do Puszczy Kozienickiej. W sumie to mamy blisko, ze dwa, może trzy rzuty beretem, zaraz za Wisłą.

Puszcza Kozienicka, nazywana kiedyś Jedleńską - od miejscowości Jedlnia i... rosnących dookoła jodeł, leżała na starym szlaku biegnącym z Krakowa do Wilna i zwanym Litewskim Gościńcem albo Królewską Drogą. Władysław Jagiełło zimy często spędzał na Litwie, więc nieraz tędy podróżował. Upodobał sobie tę okolicę, w dokumentach zachowały się informacje, iż gościł tu aż 23 razy. Wybudowano wtedy dworki, jeden w Jedlni drugi w Kozienicach. Dziś już niestety nie ma po nich śladu. To właśnie tu w Kozienicach, 1 stycznia 1467 roku urodził się mały Zygmuś, późniejszy Zygmunt I Stary - jeden z najdłużej panujących władców Polski. Dalekim potomkiem tego kozienickiego dworku jest, wybudowany przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, pałac.

A lasy były tu wtedy słuszne, ciągnęły się kilometrami od Wisły aż po Radom. Polowano w nich na żubry, niedźwiedzie a nawet tury. Dziś po prastarej puszczy zostały niewielkie okrawki, choć i tak robią wrażenie. Jak musiała wyglądać kiedyś?

Tu właśnie powstawał słynny most pontonowy, po którym wojska Jagiełły przeprawiły się pod Czerwińskiem przez Wisłę i zaskoczyły całkowicie Krzyżaków. Nie mamy o tym moście dokładniejszych informacji. O dziwo, zachowało się imię głównego wykonawcy - był nim mistrz ciesielski Jarosław. Ale poza imieniem, nic już więcej o nim nie wiadomo. Nie wiemy też dokładnie, jak ów most wyglądał, nie znamy szczegółów konstrukcji. Wiemy, że pod koniec czerwca spławiono jego elementy z Puszczy Kozienickiej i zmontowano na miejscu zaledwie w pół dnia. Musiał być jakoś sprytnie pomyślany. Po przeprawie most rozebrano i spławiono dalej do Płocka. Wykorzystano go jeszcze raz we wrześniu 1410 roku, gdy królewska armia wracała z Prus. Co potem się stało z elementami mostu? O tym historia już milczy.

Wędrowaliśmy więc wzdłuż Zagożdżonki, niewielkiej rzeczki malowniczo meandrującej przez lasy. I za jednym zakolem spotkaliśmy parę krzyżówek. O dziwo, prawie się nas nie bały. Usiedliśmy na brzegu a one pływały sobie dookoła, jak byśmy byli w miejskim parku. Zazwyczaj w takich dzikich miejscach kaczki boją się znacznie bardziej. A te nie. Czasami przepływały zaledwie o kilka metrów od nas.

Wyciągnęliśmy aparaty, zaczęliśmy je obserwować i fotografować. Po trzech chwilach lub dziewięciu momentach (powszechnie wiadomo, że chwila trwa trzy momenty), zauważyliśmy coś ciekawego. Jak wiosna w przyrodzie wpływała na zachowanie kaczek?

Kaczka spokojnie sobie żerowała praktycznie przez cały czas, kaczor zaś prawie nic nie jadł. Pływał dookoła z wyprężoną szyją, nerwowo wypatrując potencjalnych konkurentów. Wyglądało to nawet zabawnie, taki wystawiony na pełną wysokość peryskop, obracający się nieustannie to w prawo, to w lewo. Co jakiś czas z wielką prędkością puszczał się pod przeciwny brzeg i z uwagą zaglądał we wszystkie zakamarki. Za kępy nadbrzeżnych traw, zwalone drzewa... za kolejny zakręt rzeczki. Albo płynął wzdłuż brzegu to w jedną, to w drugą stronę. Potem wracał do kaczki i sprawdzał czy wszystko w porządku. Jeżeli ona w tym czasie odpłynęła kilka metrów dalej, chłopak wpadał prawie w panikę.

Tak więc tak... 



Zagożdżonka wije się malowniczo przez Puszczę Kozienicką.

  - Ona sobie spokojnie je, podczas gdy ja muszę czuwać! Rozglądać się we wszystkie strony. Pilnować, pilnować, pilnować... !

- O nie! Tam ktoś jest, na pewno tam ktoś jest... Tam przy drugim brzegu na pewno ktoś się czai... Wszyscy czyhają ma moją... kaczkę... !

- Ufff... na szczęście pusto... Ale muszę dokładnie sprawdzić, bo na pewno kogoś widziałem! Zajrzę za każdą kępę traw!

- Nie! Już muszę wracać... galopem, galopem  (czy można galopować po wodzie?), bo jeszcze ktoś podpłynie z drugiej strony.

- Uff!! Zdążyłem! Nie ma jej?? Nie... Gdzie...??  Aaaa... tu się ukryła w tych trawach przy brzegu!

- Co za czasy, ona cały czas je i je, a ja muszę stać na straży!

- Ale jestem głodny, teraz chyba mogę coś i ja zjeść... Wszędzie dookoła pusto. 

- Ale nie, nie mogę. O nie. Znowu gdzieś zniknęła? Wejdę na brzeg, będzie lepiej widać!

- Oooo.. też tu jest. Stoi bezpiecznie. Nikt się nią nie zainteresował. Na szczęście...  Życie nie jest łatwe!

Tymczasem nad puszczą zapadał już wieczór. Wyzłocił refleksy na wodzie...

... i nadbrzeżne drzewa. Wracaliśmy do domu już w ciemnościach. Kaczki... też gdzieś pływały w ciemnościach. 





niedziela, 31 marca 2019

Przedwiośnie





Ciepły, wiosenny dzień trzeba było wykorzystać na mały spacer po pobliskim lesie. Las przywitał nas bębniącymi dzięciołami, dzwoniącymi sikorami i niosącym się z daleka klangorem żurawi.



Olchy już przekwitają. Z trudem udało znaleźć takie, nadające się do fotografowania. Swoją drogą na zdjęciu są kwiaty męskie... można więc powiedzieć, że wiszą tu męskie organy płciowe.


Za to przebiśniegi są w pełni rozkwitu.


Chociaż w tym roku to nie były przebiśniegi...

... tylko przebiliście.


Płatki wczesnowiosennych kwiatów działają trochę jak antena paraboliczna. Skupiają odbite od płatków ciepło w miejscu gdzie jest zalążek. Z niego powstanie nowe pokolenie.


Rozkwitły też przylaszczki, chociaż nie ma ich w moich lasach zbyt wiele.


I szykują się zawilce. Jeszcze dwa, trzy tygodnie a las będzie biały... 






czwartek, 14 marca 2019

Kanał Bachorze




Jedziemy, jak to często robimy latem, gdzieś przez Polskę. Mapa w ręku, stos przewodników i książek w bagażniku. Szukamy ciekawych tematów do zdjęć lub... opowieści. Tym razem trafiliśmy na Kujawy.
Dziś, z wrodzonej złośliwości i wredoty, nie powiedziałem rodzinie, co wypatrzyłem na mapach. Ruszyliśmy zaraz po śniadaniu. Drogi były kręte i coraz węższe. Najbardziej lubię trzymać się właśnie takich miejsc. Nie kolekcjonuję kilometrów tylko wrażenia.

Pierwszy nie wytrzymał Krzyś:

- Tatooo, dokąd teraz jedziemy?
- Zobaczysz - byłem nieugięty...

- Tatooo, ale dokąd jedziemy? No pooowiedz.
- Zobaczysz.
- Tatooo? No weź, no...
- Zobaczysz, bachorze...

Spojrzał się na mnie zdziwiony i zamilkł. Nie na długo.

- Tatooo...?
- I tak nic nie powiem, dojedziemy to zobaczysz!

W końcu jesteśmy. Podróż nie trwała długo, nawet nie godzinę. Eskalacja próśb i marudzenia nie była więc zbyt wielka.
Zatrzymuję samochód przed tablicą z napisem "Kanał Bachorze".





Wychodzimy. Krzyś rozgląda się dookoła, wszędzie płasko, niczego ciekawego na pierwszy rzut oka nie widać. Patrzy uważnie na niebieską tablicę. Zdziwiony obraca się i pyta:

- Co to znaczy Kanał Bachorze? Co to jest?

Odpowiadam z powaga:

- To jest miejsce, gdzie rodzice mogą swoje bachory wpuścić w kanał, a co? 

Krzyś przygląda mi się z uwagą a potem mówi równie poważnie:

- Ale wiesz, że nowsze modele mają znacznie bardziej rozbudowany moduł marudzenia?



Ale wracając do Kanału Bachorze. Dziś jest niewielki, płytki, zarośnięty, o szerokości zaledwie dwóch, trzech metrów. Nawet poprowadzono tu, w ramach tak zwanej Pętli Kujawskiej, szlak kajakowy. Jednak płynąć tędy można jedynie wiosną w czasie wysokiego stanu wody.

Ale jeśli przeniesiemy się do czasów piastowskich, sytuacja będzie wyglądała zupełnie inaczej. W tym właśnie miejscu, Jezioro Gopło od Wisły dzieli  zaledwie 40 kilometrów. Gopło ma znowu poprzez Noteć połączanie z dorzeczem Odry. Teren był płaski jak dziś ale bardzo podmokły. Najprawdopodobniej zresztą płynęła tu przez środek rzeczka. W XIII wiecznych dokumentach spotykamy określenie "Bahora fluvium" - a fluvium po łacinie to właśnie "rzeka". Kiedyś najłatwiej podróżować było właśnie wodą, dróg było niewiele, jeśli już to gruntowe. A parę wieków później napisał Napoleon B.: "błoto w Polsce to piąty żywioł". Zresztą cała potęga Rzeczpospolitej Szlacheckiej opierała się właśnie na transporcie wodnym. Rzeczkami i rzekami do Gdańska i stamtąd dalej w świat płynęło zboże, drewno, potaż, skóry...  Szacuje się, że w najlepszym czasie nawet 25 % obrotów amsterdamskiej giełdy to był... handel właśnie z Polską. Masztowe sosny z Puszczy Knyszyńskiej były znane w całej Europie. Kto wie, może nawet sosny spod Supraśla dopłynęły razem z Kolumbem do Ameryki?

Najprawdopodobniej tędy, za czasów Piastów, płynęły płaskodenne, niewielkie stateczki umożliwiające transport z dorzecza Wisły poprzez jezioro Gopło i dalej poprzez Noteć aż do Odry. Taka średniowieczna sieć wodnych autostrad. Dziś, ze względu na obniżenie poziomu wód, wydaje się to nie do powtórzenia.



Chociaż tak naprawdę mocnych dowodów na istnienie tej drogi wodnej nie ma. Pierwsza wzmianka o Bachorzu pochodzi z 1288 roku. Występuje tam wspomniane wcześniej określenie: Bahora fluvium". Dziewięć lat później w 1297 roku, pojawia się już wzmianka o drodze wodnej i służebnej osadzie Korabniki, położonej nad Wisłą u ujścia Zgłowiączki, gdzie ów szlak miał się kończyć. Jej mieszkańcy mieli budować płaskodenne łodzie właśnie do pływania po płytkich wodach Bachorzy.

I dopiero w XIX wieku pojawiły się informacje, że to połączenie wodne zostało wykonane w pierwszej połowie XIII wieku na polecenie księcia Kazimierza Kujawskiego. Byłaby to wtedy największa hydrotechniczna budowa w średniowiecznej Polsce.

Pewnie się szybko nie dowiemy jak było naprawdę. Archeolodzy jak na razie omijają te okolice. Historyczne zapiski są mniej niż fragmentaryczne. Nawet nie do końca wiemy, w którym dokładnie miejscu ta dawna droga wodna miała przebiegać. Jeśli ktoś wie na ten temat więcej, to bardzo proszę o podzielenie się tutaj tą wiedzą. Mnie nie udało się nic znaleźć.





Z biegiem lat, nieistniejąca dziś rzeka Bachorza i miejsce dawnych przepraw, zaczęło zarastać. Powstały bagniste, trudno dostępne łąki. Po osadzie Korabniki też nie został ślad. Zgłowiączka uchodzi dziś do Wisły tuż przy przystani we... Włocławku!  Istniejący dziś Kanał Bachorze zbudowany został dopiero w XIX wieku i rzeczywiście łączy dorzecze Wisły i Odry ale miał na celu jedynie osuszenie tutejszych bagien.














poniedziałek, 4 lutego 2019

Morasko - musiało nieźle trzepnąć...





Nie chciałbym być tu około 5 tysięcy lat temu. Sądząc po liczbie i wielkości kraterów, musiało być tu niezłe bombardowanie. Swoją drogą ciekawe czy jacyś nasi przodkowie byli w okolicy, widzieli ogień spadający w nieba, usłyszeli huk i poczuli jak zatrzęsła się ziemia? Nie tak dawno, odkryto pod Szczecinem osadę sprzed 7 tysięcy lat. I to nie byle jaką! Zajmowała około 7 hektarów czyli tyle, co przeciętne średniowieczne miasto. Co ciekawe, do tej pory teren ten był uważany w owym czasie za bezludny. A tu nagle taka niespodzianka. Więc być może i tu w okolicach dzisiejszego "Rezerwatu Morasko" ktoś mieszkał.

Jeśli mieszkał, to musiało zrobić to na nim piorunujące wrażenie. Dla naszych przodków, tego rodzaju zjawiska, miały absolutnie magiczny charakter. Smugi ognia na niebie, potem huk i drżenia ziemi. Wchodzący w atmosferę meteory rozpadł się na wiele kawałków. Do dziś znaleziono ich ponad 1400 o łącznej wadze przekraczając 2 tony. Największy do dziś znaleziony fragment miał prawie 300 kg, kolejny pod względem wielkości trochę ponad 200 kg. Ten pierwszy znaleziono zresztą całkiem niedawno - w 2017 roku.

Powstała grupa położonych blisko siebie 7 kraterów (niektórzy mówią, ze 9)  będących jednym z największych takich skupisk w Europie i na świecie.

Pojawiła się też teoria, że meteoryty z Moraska są fragmentem większego, tak zwanego Bolidu Wielkopolskiego, jego pozostałe części spadły na przestrzeni kilkuset kilometrów.  Dowodem ma być identyczny skład chemiczny. I faktycznie, jeśli popatrzymy na mapę, pozostałe kratery układają się mniej więcej w jedną linię - od środkowych Niemiec aż kawałek za Poznań.

Gwoli ścisłości trzeba też dodać, ze inna teoria mówi, kratery nie są kraterami a polodowcowymi jeziorkami wytopiskowymi a same meteoryt spadł w innym miejscu... na lodowiec. Wędrował potem podobnie jak głazy narzutowe i w końcu został przeniesiony do Moraska. Tu zastał go koniec epoki lodowcowej.


Mniejsze kratery są wypełnione wodą jedynie czasem. W środku suchego lata zostało tu jedynie trochę błota. 

W średnim - błoto po pachy. Krok za daleko i buty w nim zostawimy. Na brzegu pełno tropów zwierząt: dzików, saren i chyba jeleni. Dlaczego najczęściej przychodziły akurat pod ten krater? Nie wiem. Może dlatego, że był najbardziej na uboczu? Przy innych kraterach było tych tropów znacznie mniej. 

Rezerwat "Meteoryt Morasko" jest niesamowity. Nie spodziewałem się, że będąc w Poznaniu, na peryferiach co prawda, ale jeszcze w granicach miasta, znajdę tak piękny las. Stare wielkie drzewa, omszałe wiatrołomy. Dęby, których sam objąć nie byłbym w stanie. Bluszcz pnący się po drzewach. Po prostu piękny kawałek puszczy, niemal w środku miasta. 

Największy krater jest stale wypełniony wodą. Ma około 100 metrów średnicy i ponad 11 metrów głębokości. 


Na jego brzegach siedziało sobie stado krzyżówek. Powinno być je widać gdzieś tam między gałęziami. A może nie, może są za małe. W końcu to 100 metrów średnicy. 

Ogromny bluszcz wspinający się po starym dębie. Pień tego bluszczu miał na dole ze 20 centymetrów średnicy. Liście zaczynały się gdzieś na wysokości pierwszego piętra. Nie wiem ile ma lat lecz myślę, ze pamięta obie wojny światowe.  Bluszcz osadzony przeze mnie pod domem jakieś dwadzieścia lat temu, ma zaledwie 3 centymetry średnicy w najstarszej swojej części.