środa, 31 maja 2017

Miałeś chamie...





Wyspiański był jednak wizjonerem! Dlaczego tak myślę? Już wyjaśniam. Na wschodnim Roztoczu, tuż przy polsko-ukraińskiej granicy, leży sobie Horyniec Zdrój. Znana uzdrowiskowa miejscowość, słynna z siarczkowych źródeł, oraz dla niektórych - z tego, że mieszka tam Magda i Konrad. Legenda głosi, że przyjeżdżała tu w celach zdrowotnych Marysieńka Sobieska a nawet sam Jan III Marysieńkowy. Horyniec zresztą był wtedy nie na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej, tylko niemal w jej centrum.

A w lasach tuż obok Horyńca jest miejsce, które mnie niezwykle zafrapowało. Nazywane przez niektórych Świątynią Słońca... a przez innych zespołem głazów narzutowych. Bardzo niewiele można na ten temat znaleźć informacji. Na starych, bardzo starych mapach pobliskie lasy bywały nazywane "Pod Swarzychą". Zaś Swaróg był jednym z ważniejszych słowiańskich bogów. Za jego symbol uważano koło z 8 lub 6 szprychami ,,symbolizujące płonący kołowrót czyli... słońce. Może zatem coś jest na rzeczy.

Więc jak już wylądowałem u przyjaciół w Horyńcu, to nieśmiało zaproponowałem:

- Hmmm. Pokażcie mi gdzie to jest?

I pojechaliśmy. Droga wiła się malowniczo przez pola, poznaczone tu i ówdzie kapliczkami. Na miejscu zastaliśmy nawet mały parking. Odchodziła od niego wąska dróżka i biegła w las. Po kilku minutach byliśmy na miejscu - na szczycie zalesionego dziś wzgórza. Między drzewami, na środku niewielkiej polany, leżał sobie charakterystyczny, znany mi dobrze ze zdjęć, dziurawy głaz. Mocno pochylony i wyglądający jak fotel czy tron. Obok dwie tablice informacyjne. Wyraźnie konkurencyjne. Jedna mówiąca o starożytnej Świątyni Słońca, druga o naturalnej formacji głazów narzutowych. Obchodząc całe wzgórze, znalazłem jeszcze kilka mniejszych kamieni.




Miejsce miało niesamowity klimat. Jakoś tak odruchowo, rozmawiając, ściszałem głos. Oglądałem wszystko uważnie, szukając jakiegoś pomysłu na skomponowanie fotografii a potem rozstawiłem swój sprzęt i wziąłem się za pracę. Było już późne popołudnie i słońce pięknie przesiewało się przez liście.




Skończyłem już praktycznie, gdy usłyszałem głosy - ktoś nadchodził ścieżką. Kilkoro turystów prowadzonych przez starszą kobietę. Wiem, że to nieładnie podsłuchiwać ale nadstawiłem uszu. Zaciekawiony jej opowieścią, włączyłem się do rozmowy.

 - Tak - opowiadała - kiedyś tych głazów było znacznie więcej. Niedawno, jakieś 30 - 40 lat temu. Tu dookoła było całe koło z kamieni. A od tego wielkiego, biegły kolejne linie jakby szprychy w tym kole. Część zniszczono w czasie wyrębu lasu. Ciężkie maszyny tędy jeździły. Chyba w latach siedemdziesiątych. Nie pamiętam już dokładnie...

Zamyśla się na chwilę.

- Panie, tu takie wielkie drzewa rosły... - wspomina coś sprzed parudziesięciu lat. Po chwili dodaje.

- A resztę to panie ludzie rozciągnęli. Jeden z kamieni to nawet stoi w ogródku u... - tu zatrzymuje się na chwilę i macha ręką - no ważny kiedyś był. I nawet się z tym nie kryje. Opowiada z dumą, że ma pod domem kamień ze Świątyni Słońca...

Zamyśliła się znowu. Potem dodała:

- Tak, tak...kiedyś to inaczej wyglądało. Jak ja młoda byłam, to tu przychodziłam często. Mieszkałam niedaleko.



No tak. Chciałem coś jeszcze napisać na zakończenie, skomentować dosadnie. Ale jakoś mi zabrakło słów.
I tylko tak mi przemknęło przez głowę. Dobrze, że Stonehenge jest w Anglii. Gdyby było u nas, też pewnie byśmy je rozebrali.



Niewiele zostało z kamieni tworzących niegdyś koło, ze szprych nie zostało nic... 

...dobrze, że chociaż ten głaz pozostał na swoim miejscu.





wtorek, 16 maja 2017

Ropucha w moro






Określenie: "ty ropucho" ma być w swym założeniu obraźliwe. Ale jak przyglądam się tym zwierzętom z bliska, zastanawiam się jaka to niby obraza. Zwłaszcza w przypadku ropuchy zielonej.
Proszę się zresztą przyjrzeć. Żółto - zielone cętkowane ubarwienie. Tu i ówdzie czerwonawe kropeczki. Zielonozłote oczy...

Ciekawe jest pochodzenie łacińskiej nazwy ropuchy. Karol Linneusz, który opracował zasady naukowego nazewnictwa organizmów i opisał je w dziele Systema Naturae, nie podzielał mojej sympatii do ropuch. Ba... wręcz uważał je za wyjątkowo obrzydliwe. Mimo wielu zalet, był człowiekiem nie znoszącym jakiejkolwiek krytyki i odgrywał się na swoich oponentach w wyrafinowany sposób. Nazwę ropuchy ponoć miał wyprowadzić od nazwiska francuskiego przyrodnika Georgesa Buffona, który czymś mu okrutnie podpadł. Choć z drugiej strony chyba to tylko barwna legenda, bowiem słowo "bufo", oznaczające ropuchę, znane było już w klasycznej łacinie.

Co się zresztą dziwić Linneuszowi. Sam Michał Anioł w swoim wielkim fresku "Sąd Ostateczny" na samym dnie piekła umieścił podobiznę nielubianego i aroganckiego papieskiego zarządcy Biagio da Cesneny.

Podobno ówczesny papież na gwałtowny protest da Ceseny odpowiedział:

- Mój synu, Wszechmocny dał mi władze nad niebem i ziemią, ale jeśli chcesz wydostać się z piekieł, musisz porozmawiać z Michałem Aniołem.

A obecnie systematycy uznali, że ropucha zielona należy do rodzaju Bufotes a nie Bufo. Do tego drugiego należy tylko ropucha szara. Zaś trzeci gatunek ropuchy, jaki czasem możemy spotkać w Polsce - ropucha paskówka, należy do jeszcze innego rodzaju Epidalea. Życie komplikuje się coraz bardziej.








Ropuchy zielone, podobnie jak wszystkie ropuchy, wchodzą do wody praktycznie tyko w okresie godowym. Lubią gdy woda jest niezbyt głęboka. Omijają tę głębszą niż po nasze kolana.

Głos ropuch zielonych w ogóle nie przypomina rechotania czy kumkania. Niektórzy uważają go za najpiękniejszy wśród naszych płazów i porównują z trelem kanarka. 

Oczy ropuchy zielonej są przepiękne...

... lśnią złotozielonym żyłkowaniem. 

Ropuchy w razie potrzeby potrafią skakać ale najchętniej po prostu biegają. Kilka razy dałem się nabrać. Przebiegająca przez drogę mysz okazała się być ropuchą! 

Jest wyjątkiem wśród płazów. Podobnie jak i inne ropuchy lubi silnie nasłonecznione miejsca. Spotykano ją nawet, oczywiście nie w Polsce, na terenach pustynnych. Dobrze znosi suszę, szkodliwa dla niej jest dopiero utrata połowy wody zawartej w ciele. Dla porównania, dla człowieka bardzo niebezpieczna dla zdrowia może być utrata zaledwie 10 % wody. 

Kiedyś była pospolita. Pond 20 lat temu widziałem setki jeśli nie tysiące kijanek i maleńkich ropuszek w stawach w Ogrodzie Saskim w Warszawie. W samym centrum miasta! Ukrywały się w pęknięciach betonowych opasek na brzegach. Dziś, jak większość płazów, jest coraz rzadsza. Podobno w ciągu ostatnich lat wyginęło ich około 80 %. Tak obrazowo mówiąc - z każdej setki ropuch czy żab - zostało dziś 20 sztuk...