17 maja 2026

Pewnego razu nad Wisłą

 





Po dwóch tygodniach bezchmurnej, słonecznej pogody pojawiły się na niebie chmury rokujące, że wieczór i zachód słońca nad Wisłą będzie fotogeniczny. Spakowaliśmy sprzęt i psa do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Niemal w to samo miejsce, które opisałem w tekście "(Nie)pochwała głupoty". 

Po dojechaniu na miejsce pies jak zawsze dostał odpału i najpierw puścił się wyciągniętym radosnym galopem, wzdłuż brzegu, to w jedną to w drugą stronę a potem zaczął obszczekiwać wiślane fale i nawet jedną czy drugą próbował złapać zębami. No bo tak bezczelnie ta woda chlapie w jego stronę i zachęca do zabawy. 

Światło rzeczywiście zrobiło się ciekawe. Na kilka chwil rozzłociło wiślaną wodę. Powietrze niosło głosy śmieszek, mew siwych i białogłowych. Gdzieś na jakiejś łasze po prawej pracowicie gulgotały sieweczki obrożne.  Aparat miał co robić. 



Chmury też dały ładny popis. Tuż po zachodzie słońca rozbłysły różnymi kolorami.  Czerwieniami, żółciami i wszelakimi odcieniami granatu, szarości i czegoś tam jeszcze, czego nie potrafię nazwać.



I mieliśmy już wracać do domu, gdy za rzeką zaczęło się błyskać. Daleko jeszcze, nie słychać było grzmotów ale chmury szły w naszą stronę. Postanowiliśmy więc poczekać, może będzie okazja zrobić zdjęcia piorunów nad Wisłą.  



Już słychać było grzmoty, pioruny były coraz bliżej. Jeden przeleciał nawet poziomo przez dobrych kilka kilometrów. 

I nagle zobaczyliśmy po drugiej stronie rzeki czerwonawe światełko. Pewnie jacyś wędkarze rozpalili ognisko. 

Ale po kilku chwilach i dwóch błyskach piorunów ognisko zrobiło się dziwnie duże. Przyniosłem z samochodu lornetkę. Oj... to nie jest ognisko! Płomień jest zbyt duży i rozszerza się na boki. Płoną nadbrzeżne zarośla a ogień bardzo szybko się rozprzestrzenia. 




Zanim wyciągnąłem telefon i wybrałem alarmowy numer, już gołym okiem było widać, że to nie ognisko. Płomienie sięgały na kilka metrów w górę i rozciągały się, trudno ocenić z daleka, przynajmniej na kilkadziesiąt metrów. 





Miałem trochę problemów z wyjaśnieniem, gdzie jest ten pożar. Byłem nad brzegiem Wisły kilka kilometrów od najbliższej wsi. Rzut oka na guglomapę pokazał nam, że pożar niestety lub na szczęście najprawdopodobniej jest na wyspie. Raczej nie da się tam wjechać wozami strażackimi. I raczej się nie rozniesie dalej. I rzeczywiście, po kwadransie usłyszeliśmy syreny krążące to po prawej to po lewej stronie od płomieni.
I tak się zastanawiałem... ktoś w nocy podpalił suche trawy na wyspie? Czy też może jakiś zabłąkany piorun tak pechowo trafił? 






Chcieliśmy zostać dłużej i zobaczyć jak rozwinie się sytuacja ale tymczasem burza dotarła do nas, Sypnęło kroplami deszczu, zawiało porządnie. Musiałem skończyć fotografowanie, bo długi obiektyw i ciężki statyw nie wytrzymywały podmuchów wiatru, zdjęcia zaczęły wychodzić poruszone. A kiedy dostałem po  głowie gałęzią, taką grubości porządnej psiej łapy, woleliśmy wskoczyć do samochodu i ruszyć w stronę domu. 
Po drodze musieliśmy jeszcze zrobić mały objazd polnymi drogami bo w poprzek szosy leżało sobie przewrócone przez wiatr całkiem spore drzewo. Strażacy właśnie je cieli na kawałki.