Po dwóch tygodniach bezchmurnej, słonecznej pogody pojawiły się na niebie chmury rokujące, że wieczór i zachód słońca nad Wisłą będzie fotogeniczny. Spakowaliśmy sprzęt i psa do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Niemal w to samo miejsce, które opisałem w tekście "(Nie)pochwała głupoty".
Po dojechaniu na miejsce pies jak zawsze dostał odpału i najpierw puścił się wyciągniętym radosnym galopem, wzdłuż brzegu, to w jedną to w drugą stronę a potem zaczął obszczekiwać wiślane fale i nawet jedną czy drugą próbował złapać zębami. No bo tak bezczelnie ta woda chlapie w jego stronę i zachęca do zabawy.
Światło rzeczywiście zrobiło się ciekawe. Na kilka chwil rozzłociło wiślaną wodę. Powietrze niosło głosy śmieszek, mew siwych i białogłowych. Gdzieś na jakiejś łasze po prawej pracowicie gulgotały sieweczki obrożne. Aparat miał co robić.
Chmury też dały ładny popis. Tuż po zachodzie słońca rozbłysły różnymi kolorami. Czerwieniami, żółciami i wszelakimi odcieniami granatu, szarości i czegoś tam jeszcze, czego nie potrafię nazwać.
I mieliśmy już wracać do domu, gdy za rzeką zaczęło się błyskać. Daleko jeszcze, nie słychać było grzmotów ale chmury szły w naszą stronę. Postanowiliśmy więc poczekać, może będzie okazja zrobić zdjęcia piorunów nad Wisłą.
Już słychać było grzmoty, pioruny były coraz bliżej. Jeden przeleciał nawet poziomo przez dobrych kilka kilometrów.
I nagle zobaczyliśmy po drugiej stronie rzeki czerwonawe światełko. Pewnie jacyś wędkarze rozpalili ognisko.
Ale po kilku chwilach i dwóch błyskach piorunów ognisko zrobiło się dziwnie duże. Przyniosłem z samochodu lornetkę. Oj... to nie jest ognisko! Płomień jest zbyt duży i rozszerza się na boki. Płoną nadbrzeżne zarośla a ogień bardzo szybko się rozprzestrzenia.
Chcieliśmy zostać dłużej i zobaczyć jak rozwinie się sytuacja ale tymczasem burza dotarła do nas, Sypnęło kroplami deszczu, zawiało porządnie. Musiałem skończyć fotografowanie, bo długi obiektyw i ciężki statyw nie wytrzymywały podmuchów wiatru, zdjęcia zaczęły wychodzić poruszone. A kiedy dostałem po głowie gałęzią, taką grubości porządnej psiej łapy, woleliśmy wskoczyć do samochodu i ruszyć w stronę domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz