sobota, 26 grudnia 2015

Wariacje na Młodego i aparat III - Tatarzyn Zbój



Najgorzej to mieć ojca fotografa. Zamiast się bawić ciągle muszę pozować i robić takie miny jak chce tata. Staram się szybko zrobić to o co prosi, by dał mi spokój i żebym mógł wrócić do zabawy.

Czasem tylko się zaczaję w trawach i myślę jak tu się ukryć przed wszędobylskim okiem obiektywu. 


A nawet próbuję upolować fotografa...

Niekiedy mnie przyłapią w krzakach.

Ale zwykle wolę chodzić po drzewach. Stąd dużo więcej widać.


Ceeeel i ...

... paaal!!!




Inne części "Wariacji"






czwartek, 24 grudnia 2015

Opowieść Wigilijna





Patrząc za okno na iście wiosenną aurę postanowiłem przypomnieć sobie jak to bywało przed laty. Wielu laty... będzie pewnie już kilkanaście lat do tyłu. W każdym razie o aparatach cyfrowych nikt wówczas jeszcze nie słyszał. A właściwie nie! Tu i tam już słyszano. Pierwsze takie aparaty, kosztujące tyle co samochód, robiły zdjęcia w zawrotnej rozdzielczości 0,3 milionów pikseli...

Ale do rzeczy. Wigilia kilkanaście lat temu zaczęła się dla mnie jeszcze przed świtem. Rzut oka na termometr pokazał ponad dwudziestostopniowy mróz. Rzut oka za okno - gęstą mgłę.Tak gęstą, że w bladym świetle poranka nie było widać drzew rosnących kilkanaście metrów za oknem.

Ale kiedy wyszedłem przed dom okazało się, ze wszystko... dosłownie wszystko pokryte jest szadzią grubości mojego ramienia! Widziałem coś takiego po raz pierwszy i dziś po kilkunastu latach, mogę powiedzieć - jak na razie po raz ostatni w życiu.

Zrobiłem kilkanaście zdjęć, nie robiąc sobie zbytniej nadziei na jakiś spektakularny efekt.
Pozostawało wrócić i czekać na dalszy rozwój sytuacji.


Nagle w ciągu dosłownie kilkunastu minut mgły się rozeszły. Przeminęły jak sen jakiś złoty. Ledwie zdążyłem złapać aparat i wybiec przed dom by sfotografować pierwsze błyski słońca na białych drzewach. 

I wkrótce wszystko rozbłysło i roziskrzyło się bajkowo a na niebie nie było nawet śladu chmur. Mróz trochę zelżał ale i tak termometr pokazywał drobne minus 15 stopni. Wrzuciłem sprzęt do samochodu i ruszyłem. 

Śpieszyłem się tak, że w pewnym momencie przy wychodzeniu z samochodu, przestałem nawet zakładać kurtkę. Zimowy dzień jest taki krótki a chciałem odwiedzić wiele moich ulubionych miejsc. Zresztą w samochodzie też miałem zimno. Nie rozkręcałem mocno ogrzewania by zmarznięty sprzęt nie pokrył się w ciepłym powietrzu rosą. Doprowadzenie go wówczas do stanu używalności zajęłoby wiele czasu.

Leżenie w cienkim polarze na śniegu przy piętnastostopniowym mrozie to jest to. Jak człowiek zajęty jest szukaniem kadru i właściwego punktu widzenia, nie ma czasu by marznąć. 

Niestety, mimo potężnego mrozu, szadź zaczęła  opadać. Ciemne gałęzie nagrzewały się dosyć szybko w promieniach słońca.  I wszystko było dobrze aż...

... zaczął wiać niewielki wiaterek. Chwilę po zrobieniu tego zdjęcia miałem cały biały aparat. Pal diabli aparat. Dobry sprzęt ma obowiązek wytrzymać takie przeciwności losu. Ale zaklejony miałem też obiektyw aż po koniec przeciwsłonecznej osłony. Wymagało to przerwania pracy na dobry kwadrans, schowania się w samochodzie, gdzie w cieple wszystko przestało zamarzać, zużycia paczki chusteczek oraz szmatek do czyszczenia optyki...

Podsumowując, przejechałem tego dnia ponad 60 kilometrów. W którymś momencie zamarzła mi średnioformatowa Mamiya. Najprawdopodobniej na mrozie film zesztywniał tak, że przestał się przesuwać. Małoobrazkowy Nikon f5 działał dalej. Mamiya szczęśliwie ożyła po kilku godzinach w domu. Zrobiłem prawie 30 filmów czyli coś koło 300 zdjęć. To może wydawać się dziś w epoce cyfrowej niewiele. Ale proszę pamiętać, że każdy taki film to około 30 złotych. Wywołanie, jeśli dobrze pamiętam kosztowało 20 złotych. Do tego ramki do slajdów, koszulki do przechowywania. Po zsumowaniu kwota wyszła... rzekłbym - statystycznie istotna.
O ile łatwiejsze jest fotografowanie dziś, kiedy możemy zrobić tysiące zdjęć ponosząc jedynie koszty zakupu aparatu i kart pamięci. A może trudniejsze, bo świadomość zmniejszania się stanu konta w miarę zużywania kolejnych klatek filmu, wymuszała pewien pomyślunek przy naciskaniu spustu. Nikt bezrefleksyjnie nie robił dwustu klatek w nadziei, że coś wyjdzie a resztę się wyrzuci.

Co było dalej? Spóźniłem się na wigilijną kolację ku wielkiemu zdegustowaniu mojej rodziny. A kolejne dwa tygodnie spędziłem w łóżku. Walcząc z jakąś grypą czy inną paskudą oraz wysoką gorączką.

Ale zdjęcia mam.





środa, 23 grudnia 2015

Święta, Święta, Święta...




Choć aura na to nie wskazuje, kilka dni temu słyszałem śpiewające szpaki i to w samym centrum Warszawy, zbliżają się święta Bożego Narodzenia.

Dzisiejszy dzień był słoneczny i ciepły, powietrze pachniało jak w marcu a nie pod koniec grudnia czyli w najkrótsze dni roku.

Sam już nie wiem czy wieszać na choince pisanki? Podobno tu i ówdzie kwitną leszczyny...

Kiedy ostatni raz widziałem porządny śnieg? Oczywiście nie licząc wyjazdów w góry. Chyba dwa czy trzy lata temu na Wielkanoc! Na warszawskim podwórku moich rodziców powstał wtedy wielki, dwumetrowy chyba zając ze śniegu!

Dobrze, czas przestać marudzić.

Zdrowych, wesołych i pogodnych Świąt Bożego Narodzenia oraz wszystkiego dobrego w nadchodzącym 2016 roku.
I oby w Wigilię zwierzęta, które mamy dookoła siebie nie nagadały nam zbytnio.



Życzy klan Dejtrowskich 
czyli 
Danusia, Robert i Krzyś wraz z dodatkami i przyległościami

Zapraszam również na Opowieść Wigilijną autorstwa Krzysia:

Opowieść Wigilijna czyli pomocnicy Mikołaja


Kurczę, zapomniałem dziś nakarmić rybki w akwarium. Idę się poprawić, bo jutro usłyszę swoje...






poniedziałek, 30 listopada 2015

sobota, 31 października 2015

Z podróży różnych...




W czasie moich rozlicznych fotograficznych podróży po Polsce trafiałem na wiele dziwnych miejsc. Przejechałem wszak dziesiątki a nawet setki tysięcy kilometrów. Przeszedłem na własnych nogach również niemało. Wiele miejsc utrwaliłem na fotografiach. Bo zdjęcia to pamięć. Bez nich po paru latach wiele wspomnień zatarłoby się i uleciało z pamięci.
Dziś zapraszam zatem na wyprawę niecodzienną... Będziemy tropić Roberta D.



Kiedyś byłem Tam...
Innym razem odwiedziłem Las Vegas...

Jadąc przez pola trafiłem na ulicę Nowogrodzką...

W mazowieckim lesie stanąłem oko w oko z Niedźwiedziem...

Szukając miejsca, gdzie Nogat oddziela się od Wisły, trafiłem do samego Piekła. Co ciekawe był tam nawet kościół. I tak się zastanawiałem, jak się przedstawia jego gospodarz:
- Dzień dobry, jestem proboszczem w Piekle! 


Z Piekła postanowiłem pojechać do Gniewu. Stoi tam znany krzyżacki zamek. Uznałem, że to niezły kierunek podroży. Po drodze trafiłem do... Betlejem!


Chciałem skręcić ale... Danusia gwałtownie zaprotestowała ;)

Za to Białe Figle odwiedziliśmy już razem...

Zastanawiałem się czy się tu nie osiedlić. Czasami mam wrażenie, że to idealne miejsce dla mnie...

I tylko czasem dręczy mnie leniwa myśl: Jak właściwie wygląda chleb niewegetariański? 

No i nauka poszła w las... A może to tylko metafora stanu polskiej oświaty? Przez następne kilometry tylko drzewa, krzaki i bagna...

Fiugajki na wszelki wypadek ominąłem bokiem.

Wreszcie w czasie jednej podróży znalazłem Szczęście...

... niestety trwało zaledwie przez 300 metrów...


I w końcu dotarłem do Końca... a potem pojechałem dalej.









środa, 28 października 2015

Wierzby, droga i dalsze przemijanie ...




Dwa lata temu napisałem opowieść o pewnych wierzbach, drodze i przemijaniu. Dziś życie napisało jej dalszy ciąg. Podobny pewnie do historii wielu drzew. Połączyłem więc napisane wtedy teksty i opublikowane zdjęcia w jedną całość... 
Zapraszam na historię życia dwóch przydrożnych wierzb na przestrzeni dwudziestu lat.



Dwadzieścia lat temu:

Pewnego wieczora na przedwiośniu, wracałem do pozostawionego w pobliskiej wsi samochodu. Zatrzymałem się by zrobić to zdjęcie. Gdy je robiłem, nie wiedziałem jeszcze, że jakiś kilometr dalej na końcu drogi stoi dom... Mniej więcej na środku zdjęcia, tuż za widocznymi na horyzoncie drzewami. Na skraju wilgotnych łąk, gdzie wiosną można brodzić wśród kaczeńców i słuchać rechotu żab a latem świerszcze dają czadu tak, że drży powietrze.
I nie wiedziałem również, że po kilku latach w tym domu... zamieszkam.



Sześć lat temu: 

Czas nie był łaskaw dla jednej z wierzb. Cały jej wierzchołek obumarł. Połowa pnia wypróchniała. Ktoś w środku rozpalił ognisko i nieźle drzewo przypalił. Ale żyje. Wierzby są twarde. Jakiś fragment zdrowego pnia, który zostanie wśród próchna wystarczy, by drzewo wypuściło wiosną nowe liście.





1 stycznia 2013 roku:

Nie tylko czas ale i człowiek nie był łaskaw. Jednej wierzby już nie ma. Druga straciła kawał kory. Pod nią też ktoś niedawno rozpalił ognisko. Wygląda to trochę na przygotowania do znalezienia pretekstu do wycięcia. Pewnie ona wkrótce również będzie tylko wspomnieniem. Pozostanie na fotografiach i zaklęta w umyśle paru ludzi...

I jeszcze, żeby było bardziej nieprawdopodobnie, to okazało się, że drugie i trzecie zdjęcie ma taki sam oryginalny numer pliku... nadawany przez aparat. Dzieli je jedynie dwa lata oraz równych 30 tysięcy kłapnięć migawki. Numeracja z racji na czterocyfrowość powtarza się co 10 000 zdjęć.




Sierpień 2015:

I nie tak dawno znowu poszedłem drogą przez pola. Przypalone i wymęczone przez życie drzewo już runęło. Nie wiem czy samo czy też z czyjąś pomocą, bo na pniu leży stos śmieci. Wszystkie większe gałęzie zostały obcięte. Sądząc ze stanu, leży tak ze dwa miesiące.
Kiedy byłem tu pod koniec wiosny jeszcze stało i próbowało rosnąć. 



Dziś droga wygląda tak. Pewnie za moment znikną też leżące resztki wierzby. Skończą w piecu jednego z pobliskich gospodarstw.


Zaś po wierzbie rosnącej przed laty po prawej stronie drogi prawie nie zostało śladu. Ot, kilka kawałków drewna i łysa plama niezarośniętej trawą ziemi.  


Giną powoli moje ulubione wierzby. Są wycinane, palone,  rozpadają się ze starości. Coraz rzadziej są ogławiane a łaki na których rosną zarastają. Przemijają i pozostają tylko w pamięci niektórych ludzi. Niektóre, utrwalone na obrazach czy fotografiach, pozostaną w tej pamięci znacznie dłużej. Tak jak inna wierzba, której historię opisałem w lutym tego roku. Rosła kilka kilometrów dalej, tuż nad samą Wisłą: Coś się kończy...






poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Ni pies ni wydra...



...czyli coś na kształt żaby?  Kilka lat czekałem by sfotografować żaby z ogonami. Takie już nie kijanki ale jeszcze nie żaby. I ciągle rozmijaliśmy się w czasie albo przestrzeni.
Dopiero w tym roku Krzyś wypatrzył je w małym bajorze na środku łąki. I przybiegł do domu krzycząc z całych sił.

- Taaatooo... choć zobacz co znalazłem!

Wystarczyło wejść do wody i posiedzieć. Niedługo. Zaledwie kilka godzin.






Jeszcze trochę i nikt mi nie powie: ty smarkaczu...

Czy ta woda się kiedyś skończy?

No dobra... wyszłam na ląd i co teraz?

A właściwie... wyszłam czy wyszedłam? Trzeba się spytać posłanki Pawłowicz! Co autorytet to autorytet.
Jednak wracam, w wodzie lepiej... 

W życiu każdej żaby są takie chwile kiedy ogonowi trzeba powiedzieć stanowcze nie.