piątek, 28 kwietnia 2017

Totalne zaropuszenie




Zbiorowisko ropuch, odległe od domu zaledwie o kilkanaście minut spaceru, wypatrzył Krzyś. Włóczył się po pobliskim lesie. Zrobił zdjęcia, nakręcił nawet krótki film swoim aparatem a potem przybiegł do domu krzycząc radośnie z daleka.

- Taaaataaaa... rooopuuuchyy.... Całe stada ropuch obok miejsca, gdzie były przebiśniegi. Zobacz mam nawet na filmie...!

Niestety było już na tyle późno, że wyprawę na ropuchy trzeba było przełożyć na kolejny dzień.

Z samego rana następnego dnia ruszyłem zaopatrzony w sprzęt i wodery. Krzyś, dumny ze swego znaleziska, prowadził mnie leśnymi ścieżkami. Wszędzie wkoło pełno zawilców, na drzewach śpiewały sikory i zięby. Z daleka trąbiły żurawie.

Doszliśmy do niewielkiej rzeczułki. A właściwie kanału, który kiedyś był płynącą przez las rzeczułką. Ropuchy cały czas były... i to w ilościach hurtowych. Na niewielkim obszarze pływało ich, łaziło po dnie, łypało na nas złotymi oczami... przynajmniej kilkadziesiąt. Dawno nie widziałem tylu ropuch w jednym miejscu.
Pozostało zakasać rękawy, wciągnąć na nogi wodery i wziąć się za robotę.




Wszystkie gatunki ropuch, podobnie jak i żaby, grzebiuszki, kumaki oraz inne takie stwory, mają przepiękne oczy. 
Zaraz za oczami widać u ropuch wielkie gruczoły jadowe. Podobne, tylko znacznie mniejsze, znajdują się na grzbiecie. Jad naszych ropuch powoduje senność i zaburza pracę serca. Ale żeby był dla człowieka naprawdę niebezpieczny, musielibyśmy jednocześnie podać jad wyizolowany z co najmniej 10 dużych osobników. I to podskórnie, bo w przypadku zjedzenia, działanie byłoby znacznie słabsze. 
Nawet jeśli pies, lis czy wilk weźmie taką ropuchę w zęby; skończy się wypluciu, pieczeniu w język i ślinotoku. 


Ropuchy do wody wchodzą tylko by odbyć gody. Resztę roku spędzają na lądzie. Jak na płazy są stosunkowo odporne na brak wody. Lubią wilgotne lasy, sady, uprawne pola. 




Samce ropuch szarych nie mają rezonatorów więc odzywają się bardzo cicho. I rzadko. Ich delikatne jakby poszczekiwanie słyszalne jest zaledwie na kilka metrów.
Trudno jest na pierwszy rzut oka rozróżnić płeć. Samice są zazwyczaj większe. Zresztą w ogóle ropuchy szare są najbardziej okazałymi płazami w Polsce. Znajdowano okazy mające około 20 centymetrów! Czyli będące wielkości małego talerzyka!

Kiedyś taka ropucha, mająca ponad 10 centymetrów, mieszkała u mnie pod schodami. Nocą wychodziła i siadała na wycieraczce, nie przejmując się zupełnie chodzącymi ludźmi, psami czy kotami. W świetle lampy polowała na rozmaite owady. O jej historii można poczytać sobie TU


Większość ropuszych zalotów i składanie jaj - zwanych w tym przypadku skrzekiem, odbywa się pod wodą. 


Czasem tylko ropuchy wystawiają nad wodę łebki. Skrzek ropuch jest bardzo charakterystyczny. Tworzy długie sznury wyglądające jak czarne galaretowate korale. Potrafią mieć one nawet kilka metrów długości. 
Składanie takiego skrzeku może trwać nawet wiele godzin. Samiec i samica powoli wędrują przy dnie, zaczepiając jejeczny sznur o kolejne rośliny.




Czasem ropuchowi panowie są tak zacietrzewieni, ...


...że łapią w kilku jedną samicę. Ba... zdarzają się nawet pomyłki. Mam w swoim archiwum zdjęcia, gdzie samiec ropuchy szarej trzyma z uporem... samca żaby zielonej!

Można je obejrzeć TU


Ja fotografowałem ropuchy, Krzyś fotografował mnie.




















poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Kwiecień plecień...





Poranny rzut oka za okno przywołał zimowe wspomnienia. Wszystko skrzyło się w promieniach wschodzącego słońca. "Siwy mróz" mówią w moich okolicach. Faktycznie. Jak okiem sięgnąć łąki nie były zielone jak o tej porze roku tylko jakby posiwiałe. Szyby samochodów zamarznięte. Na kałużach - lód...

Złapałem sprzęt i wyskoczyłem z domu. Zmarznięta trawa chrzęściła mi pod nogami. Gdzie by tu skierować swoje kroki? Wiem! Na pobliskich podmokłych łąkach, tuż za moim płotem kwitną kaczeńce. Jeszce tylko kalosze, bo pewnie trzeba będzie wejść do wody.

Faktycznie... nawet więcej niż wejść. Po chwili miałem mokre kolana, łokcie i wodę w kaloszach. Lany poniedziałek załatwiłem sobie sam...






Musiałem się spieszyć, bo tam gdzie sięgnęło słońce, lód szybko topniał. Po ósmej było już po przymrozkowym przedstawieniu.

Dostało się też rzeżusze. Całe jej łany, rosnące w suchszych miejscach, pokryte były lodowymi igiełkami. Ciężar tych igiełek musiał być niemały, bo wszystkie roślinki, zazwyczaj dumnie wyprostowane, były aż przygięte do ziemi. 




niedziela, 16 kwietnia 2017

Bardzo Palmowa Niedziela




W Palmową Niedzielę postanowiliśmy wybrać się na... Kurpie. Do Łysych - wsi położonej na północnym skraju mazowieckiego województwa. Dlaczego akurat tam? Miejscowość od lat słynie z konkursów na najpiękniejsza palmę wielkanocną. A palmy są tu wyjątkowe, potrafią mieć kilka metrów wysokości i ważyć po dobrych kilka kilogramów. Żeby przejść z nimi przez drzwi kościoła, trzeba je pochylić i nieść w kilka osób.

Podobne można spotkać w Polsce zaledwie w kilku miejscach. Między innymi w Lipnicy Murowanej niedaleko Krakowa.

To nie była nasza pierwsza wizyta w Łysych. Byliśmy tu kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Ostatni raz odwiedziliśmy Łyse osiem lat temu.
Byłem ciekaw co się przez te lata zmieniło.

Wyjechaliśmy o świtaniu. W końcu przed nami prawie cztery godziny drogi. Dzień zaczął się pięknie. Delikatne słońce przeświecało przez poranne mgły. Niestety, już za granicami Warszawy zachmurzyło się i zaczął siąpić drobny deszczyk.
I tak już było po końca. Łyse przywitało nas szarówką i siąpiącym co pewien czas deszczykiem.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to wielkie tłumy ludzi. Chodzących we wszystkie możliwe strony. Z palmami, balonami, plastikowymi karabinami, cukrową watą, piwem w plastikowych kubkach i tysiącami innych rzeczy...

Po drugie było znacznie więcej straganów. Między straganami przewijało się mnóstwo ludzi. Trudno było przejść czy cokolwiek spokojnie obejrzeć. Tylko... niestety były to inne stragany niż kiedyś. Zamiast ludowych twórców było... jedzenie. Tony jedzenia! Swojskie kiełbasy, swojskie pieczywo, swojski bimberek, swojskie nalewki, swojskie wypieki, swojski bigos, kaszaneczka, kiszone ogórki, specjalne myjki do okien, nożyki do warzyw... uff!
Ja wiem. Straganowy rynek odpowiada na potrzeby gości. Ale wiele się nachodziliśmy, by znaleźć kilka straganów ludowych twórców. Kiedyś można było kupić pisanki rozmaite, koszyczki, ręcznie robione serwetki, rzeźby małe i duże, ręcznej roboty drewniane łyżki, krajki, serwetki, wyszywane obrusy. Dziś jakoś smutno nam się zrobiło, bo było tego rodzimego folkloru bardzo niewiele. Cóż, świat się zmienia. Czy tego chcemy czy nie...

Na plus należy dodać, że pojawiła się scena na której prezentowały się okoliczne ludowe zespoły.
Oraz to, że nie zauważyłem wplecionych w palmy chronionych widłaków, jak bywało wcześniej wielokrotnie. Ale palm było mniej i były mniejsze niż kiedyś. Z ciekawości po powrocie do domu obejrzałem archiwalne zdjęcia.



Tradycja wicia wielkich palm jest w okolicy bardzo stara. Jeszce w okresie międzywojennym można było je oglądać w wielu okolicznych gminach: Kadzidle, Myszyńcu, Zalasie, Baranowie czy Lipnikach.

Po II wojnie światowej zwyczaj powoli zaczął zanikać. W końcu przetrwał tylko w parafii w Łysych i Lipnikach. Wtedy w latach sześćdziesiątych postanowiono organizować konkursy na najładniejszą palmę. Z roku na rok cieszyły się one coraz to większym zainteresowaniem. Dziś zjeżdżają tu goście niemal z całej Polski. 


Zdjęcia robili wszyscy. Nie zwracając uwagi na innych. Z taką sytuacją spotkałem się wielokrotnie. Podnoszę aparat do oka, kadruję a tu nagle widzę w obiektywie telefon. Jedynie kilku zawodowych fotografów zachowywało się inaczej. Starali się jak najmniej sobie przeszkadzać. Przesuwali się bądź kucali, by umożliwić zrobienie zdjęcia koledze. I nikt nie wchodził niespodzianie komuś przed obiektyw. 

Wielkanocne palmy i zupełnie niewielkanocna Myszka Miki. Ja wiem, że tuż obok kościoła jest masa straganów z dobrem wszelakim - biznes to biznes. Ale taki widok zawsze wywołuje we mnie pewien dysonans. 


W oczekiwaniu na procesję 
Doczekałem się... Zostałem poświęcony - ja i mój aparat.

Ludzi było tyle, że procesja wręcz musiała torować sobie drogę.



Po procesji - część rozrywkowa. Służby porządkowe próbowały grajka przegnać ale wobec jego humoru oraz celnych i nieco kąśliwych komentarzy, były trochę bezradna i po paru próbach, dały spokój. 









A oto relacja Krzysia i Misia Detektywa:

Miś Detektyw      Kliknij tu