Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mazowsze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mazowsze. Pokaż wszystkie posty

28 października 2026

Słońca pożarcie i ogień z nieba...



 - Odwracam oblicze moje od przeklętego ludu i niech na ziemię spadnie ciemność...

I stała się rzecz okropna: w miarę jak głos mówił, słońce traciło blask. A wraz z ostatnim  słowem zrobiło się ciemno jak w nocy. Na niebie zaiskrzyły się gwiazdy, a zamiast słońca stał czarny krąg otoczony obrączką płomieni.

Niezmierny krzyk wydarł się ze stu tysięcy piersi. Szturmujący do bramy rzucili belki, chłopi upadli na ziemię...

- Oto nadszedł dzień sądu i śmierci!... - zawołał jękliwy głos w końcu ulicy. 


Bolesław Prus "Faraon"






Wyobraź sobie, że żyjesz kilka tysięcy lat temu. Mieszkasz w jakimś szałasie czy ziemiance czy innej jaskini. Nie masz pojęcia o fizyce czy astronomii. Patrzysz w nocne niebo i widzisz... mnóstwo dużo małych światełek. Zastanawiasz się co to jest. Migoczą lekko jak odległe ogniska. Ale nie wiesz jak tam dojść, nie sięgniesz ich z najwyższego drzewa. 

W dzień te ogniska gdzieś znikają za to pojawia się jedno wielkie palące Słońce. Daje światło i ciepło. Podskórnie zdajesz sobie sprawę, ze od niego zależy życie. Gdyby któregoś dnia nie pojawiło się rano na niebie, byłoby... niedobrze. 

Być może oddajesz słońcu boską cześć i błagasz by nie zapominało wrócić po nocy. 

Zresztą w bardzo wielu kulturach Słońce było potężnym bóstwem. Niektórzy Słowianie wierzyli, że rano rodzi się jako mały chłopiec, w południe jest mężczyzną, a wieczorem umiera jako starzec, by w podziemiach walczyć z ciemnością i o świcie ponownie odrodzić się jako dziecko. 

W starożytnym Egipcie jednym z najważniejszych bogów był Ra. Przedstawiany był z głową sokoła i czerwonym słonecznym dyskiem na głowie. Za dnia płynął on po niebie w słonecznej barce, a nocą walczył w podziemiach z wężem Apopisem, symbolem ciemności i chaosu. Jeżeli Ra zwyciężył,  następował wschód słońca, jeśli nie to... na szczęście nie zdarzyło się to nigdy. Aby pomóc swojemu bogu w tej dramatycznej walce, Egipcjanie odprawiali specjalne rytuały i zaciekle niszczyli wszelkie wizerunki złowrogiego węża.

Bez względu na to, czy mieszkałeś w Egipcie, na Słowiańszczyźnie, czy jeszcze gdzieś, kiedy zdarzyło się coś, co dziś nazywamy zaćmieniem Słońca, musiało to zrobić na tobie piorunujące wrażenie. Znika nasze życiodajne bóstwo! A co będzie, jeśli zniknie na zawsze? Jak żyć w ciemności? Przypomnę tylko, że nie wiedzieliśmy wtedy nic o astronomii, planetach, Księżycu, orbitach i Układzie Słonecznym. Niektórzy zresztą do dziś nie bardzo mają tę wiedzę. 

Z jednego z programów telewizyjnych, którego nazwę pominę dyskretnym milczeniem, dowiedziałem się, że zaćmienie Słońca polegało na tym, że Ziemia zasłoniła Słońce. Wywołało to u mnie pewien dysonans poznawczy i gwałtowne iskrzenie na synapsach, ale po chwili i trzech momentach analizowania zrozumiałem chyba... o co chodziło. Jak powszechnie wiadomo, Ziemia opiera się na czterech słoniach, które to stoją na wielkim żółwiu A'Tuinie. Jest na ten temat sporo materiałów dostępnych w literaturze. No i prawdopodobnie jeden z owych słoni, znudzony eonami stania na żółwiu, musiał się poruszyć i wystawił na chwilę swój zadek tak, że zasłonił Słońce. No jak to słoń! Co prawda w szkole podstawowej uczą nas nieco inaczej ale przecież wiadomo, że to światowy spisek mający na celu ukrycie prawdy o Ziemi.

Jak kiedyś próbowano sobie tłumaczyć zaćmienie Słońca? W Chinach Słońce pożerał smok, w Wietnamie – wielka żaba. W Ameryce Południowej – jaguar. W każdym razie blady strach padał na całą okolicę. 

A dziś? Już nie ma strachu, tylko ciekawość. Taką przynajmniej mam nadzieję. 


A my na kilka dni przed zaćmieniem studiowaliśmy mapy, aplikacje pokazujące kierunek położenia Słońca o określonej godzinie i odwiedzaliśmy dobrze rokujące miejsca. Chciałem mieć zdjęcia rogalika Słońca nad wiślaną wodą. I najlepiej by tej wody było dużo. 

Ale mapy i programy, a życie to zupełnie co innego. W jednym miejscu na linii Słońca pojawiła się zarośnięta krzaczorami łacha. Nie była widoczna na mapach satelitarnych, bo pewnie zdjęcia pochodziły sprzed kilku lat. A Wisła, jak każda rzeka, zmienną jest. W kolejnym było dużo fajnej wody, ale Słońce będzie zachodzić nad paskudnymi kominami. Nie, nie chcę mieć zaćmienia z kominami. Chcę mieć rzekę, daleki brzeg z drzewami i refleksy na wodzie. 

W końcu padło na miejsce oddalone od nas o ponad 50 kilometrów. Zakole Wisły i ponad kilometr wody przed nami. 

Wyjechaliśmy z domu sporo wcześniej, zawadziliśmy o sklep budowlany by kupić coś do ochrony wzroku. Z paru dostępnych opcji wybraliśmy spawalnicze okulary, bo... wyglądaliśmy w nich jak skrzyżowanie kosmitów z Minionkami.   



Zajechaliśmy na miejsce dużo wcześniej, by mieć czas na przygotowania i dokładny wybór miejscówki. Niewykluczone, że chętnych na obserwacje będzie więcej. I faktycznie przed wieczorem pojawiły się nad rzeką grupki ludzi, gdzieś nawet zapłonęło ognisko.





Kilkanaście minut przed zapowiadanym terminem zaćmienia i ludzie i sprzęty były w najwyższej gotowości. Co jakiś czas rzucałem okiem na Słońce przez te zabawne spawalnicze okulary. I nagle...


- Jest! Już! maleńki rożek Słońca jest już odgryziony!

Rzucam się do aparatu, ustawiam kompozycję, ostrość. Migawka trzaska raz za razem. Zmieniam kadr - przydadzą się różne ujęcia. Zmieniam ekspozycję, robiąc na przemian jaśniejsze i ciemniejsze zdjęcia. 
Trochę się stresuję, bo statywy stoją jedną nogą w wiślanej wodzie, a z drugiej strony mam skarpę. Chwila nieuwagi i sprzęt może wylądować w wodzie. 

Słońce znika coraz bardziej, karty pamięci się zapełniają. Za chwilę będzie dla mnie kluczowy moment, czyli zachód nad wiślaną wodą. 






Całkowite zaćmienie Słońca 19 sierpnia 1887 roku miał okazję obserwować Aleksander Głowacki, czyli... Bolesław Prus. Wybrał się z przyjaciółmi w tym celu do Mławy, bo tam miało być największe. I co prawda niebo zasnuły wtedy chmury i nie mógł podziwiać zjawiska w pełnej krasie, ale i tak nagły mrok i przerażenie okolicznego tłumu zrobiły na nim piorunujące wrażenie. 

Tak opisywał to na łamach Kuriera Codziennego:

“Jest niby ciemno, a jednak wszystko widać, jest mrok burzowy, lecz obłoki nie mają burzowego wyglądu. Oczy moje coś widzą, ale ja nie umiem tego określić. Brak mi nawet porównań, tylko wielki żal, który rozpiera mi serce, może znaleźć porównanie. Już nie widzę sekundnika na zegarku, ręce dygoczą jakbym komu wygrażał. Zapalam jedną zapałkę, drugą. Daję za wygraną sekundom, minutom, barwom, wszystko leci mi z rąk, nie wiem na co pierwej popatrzeć. Cały horyzont od bliskich piasków do zenitu napełnia jakiś sinawy mrok. Na południowym horyzoncie, tuż przy ziemi ciągnie się długi na łokieć pas światła barwy żółtawo-rudej przysypanej sadzą. Ach jak smutno, jak smutno... to jest raczej stroskanie świata... Z jakiego powodu? może ziemia myśli i oto teraz wyobraża sobie straszną epopeję, kiedy gasnące słońce, to ukochane słońce, zamiast światła będzie rzucać tylko pomrokę? Nagle zniknęła sina ciemność z widnokręgu i ów czarny delikatny pył z zachodnich obłoczków, które wnet zbielały... Już po zaćmieniu całkowitym!" 

Te obserwacje wykorzystał potem przy pisaniu słynnej sceny zaćmienia słońca w powieści "Faraon".


.




Mimo że staram się nie patrzeć na Słońce bez okularów, to i tak po kilku minutach widzę wszędzie niebieskawe powidoki rogalików. Całe ich mnóstwo otacza mnie ze wszystkich stron.










Róg Słońca dotknął drzew na drugim brzegu rzeki. Ostatnie chwile... aparat pracuje jak szalony. Zmieniam co chwilę ekspozycję, bo nie wiem, jaka będzie optymalna, a nie mam czasu spojrzeć i analizować tego, co widać na gotowych zdjęciach. 




Ostatnie chwile, kiedy widać rożek Słońca nad drzewami na drugim brzegu. Do maksimum zostało jeszcze kilka minut, ale niestety nasza gwiazda będzie wtedy już niewidoczna. 




Słońce zniknęło za drzewami. Teraz wyglądało to jak normalny, nadwiślański wieczór. A w głowie kołatały mi się myśli: 

- To już? A jeśli coś nie wyszło? Tego nie da się powtórzyć, przyjechać tu jutro czy za tydzień. I co teraz? To pewnie jedyna okazja w życiu, by obejrzeć i sfotografować zaćmienie Słońca nad wiślaną wodą. Nie będzie powtórek, nie będzie drugiej szansy. 

Demontuję sprzęt i wracam do samochodu. 


Teraz czas na odpoczynek po czterdziestu minutach intensywnej pracy. Bo... to jeszcze nie koniec na dziś. Oprócz zaćmienia Słońca czeka nas jeszcze noc Perseidów. 
Szybka kolacja i...  idziemy na małą drzemkę. Perseidy najlepiej fotografować w środku nocy, kiedy jest całkiem ciemno, a do tego momentu zostało jeszcze parę godzin. Budzik ustawiamy na jedenastą. Zawijamy się w śpiwory i odpływamy w objęcia Morfeusza...

Elektroniczne popiskiwanie przywraca nas do rzeczywistości. Jest ciemno. Powietrze jest krystaliczne, gwiazdy migoczą zachęcająco. Widać nawet Drogę Mleczną, co jest rzadkością w naszym kraju. Żeby ją dostrzec, trzeba być daleko od miast, wielkich podświetlanych szklarni i podobnych źródeł światła.  
Rozstawiam statyw i tym razem zapinam na aparacie szerokokątny obiektyw, obejmujący gdzieś ćwierć nieba. Ustawiam go tak, by skierowany był w północno-wschodnią stronę, czyli miejsce, skąd te Perseidy powinny się pojawiać. 
W oddali nadal płonęło ognisko, mimo kilkuset metrów słychać było cichy szmer rozmów, jakieś śmiechy, dźwięki gitary.
A potem... fotografowanie Perseidów jest z jednej strony ekscytujące, a z drugiej... nudne. Nudne, bo nie przewidzisz, kiedy coś pojawi się na niebie. Gdy zobaczysz spadającą gwiazdę, to już za późno na naciśnięcie spustu. Trzeba po prostu robić zdjęcie za zdjęciem w nadziei, że coś akurat w tym czasie przeleci przed obiektywem. Ekscytujące, bo kiedy coś pojawi we właściwym czasie i miejscu, to odczuwasz niemal euforię. 
A potem w domu czeka cię przejrzenie setek lub tysięcy kadrów i kasowanie, kasowanie... bo jak powiedział kiedyś Ansel Adams: "kosz na śmieci jest najlepszym przyjacielem fotografa". 
W naszym przypadku z ponad tysiąca zdjęć po selekcji, zostało może trzydzieści a takich naprawdę ciekawych to... cztery.
Kilka razy efekty były tak spektakularne, że widać było migoczące płomienie i dym. Wtedy od nieodległego ogniska dobiegał nas okrzyk zachwytu:

– Aaaaaaaaa... 







Była mniej więcej trzecia w nocy i niebo po wschodniej stronie już jakby lekko się rozjaśniło, gdy zdemontowaliśmy sprzęt i poszliśmy spać. 
Ognisko jeszcze płonęło...




Sen w terenie, kiedy gwiazdy wchodzą przez otwarte okna do samochododomku, jest niezwykły. Nie ma go z czym porównać. Nawet w namiocie nie widać gwiazd nad sobą, a tu przez wielkie okna widzisz niebo. Wchodzą same, wprost do snu...






13 października 2026

Wiosna, lato, jesień...




Przy drodze – wierzba. Czas ją pokrzywił,
Wiatr wypróchnił do samego rdzenia,
A jednak żyje! Kto się nie dziwi,
Że ma jeszcze siłę do zielenienia?


Bolesław Leśmian






Wierzba pamiętała pewnie czasy II wojny światowej. Skąd jej dziwny kształt? Nie wiem. Może złamała ją jakaś dawna wichura? Albo kra w czasie zimowej powodzi uszkodziła drzewo? 

Tak czy siak wyglądała bardzo malowniczo i to zarówno ze względu na swoją sylwetkę, jak i ogrom.  


Znalazłem je przypadkiem wczesną wiosną, tylko dlatego że okoliczne zarośla pozbawione były liści. W letniej gęstwinie przeszedłbym kilkanaście metrów obok, niczego nie zauważając. 

Wiedząc już, co się ukrywa w gęstych zaroślach, odwiedziłem to miejsce latem. 

A później jeszcze jesienią, w nadziei na fajne kolory. I kolory były, ale też wielki półleżący na ziemi konar nie wytrzymał czasu i runął, łamiąc po drodze jakieś dwa małe drzewka. 

Ale wierzba przetrwa, te drzewa twarde są. Będzie rosła przez wiele lat, być może przeżyje nawet mnie, aż w końcu wypróchnieje jej wnętrze i runie pod własnym ciężarem. 










31 sierpnia 2026

Brzoza na miedzy








Była sobie brzoza. Swoją białą stopą tkwiła na miedzy, gałązkami sięgała nieba. W zasadzie widziałbym ją z okna, gdyby nie wielki krzak zdziczałej wiśni, rosnący kawałek za płotem. 

Bliskość ma swoje zalety. Fotografowałem ją regularnie, ba... nawet kiedyś nieświadomie uratowałem przed ścięciem

Zwróciłem na nią uwagę zaraz po pierwszym przyjeździe do naszego nowego domu. Jeśli dobrze pamiętam, był to sierpień 2000 roku. Drzewo w porannym czy wieczornym słońcu wyglądało fantastycznie. A że była od drzwi odległa najwyżej o 100 metrów, to nawet kilkuminutowe ciekawe światło, pozwalało na zrobienie zdjęć. Brzoza w czasach analogowych dorobiła się nawet osobnego segregatora ze slajdami.






Kilka dni później leżałem sobie właśnie pod brzozą i fotografowałem ją na tle nieba. Biegnącą nieopodal polną drogą przejeżdżał traktor, zatrzymał się... to w ogóle był ewenement. Na tym naszym odludziu bywało, że i przez długie dnie nikt się nie pojawiał. Trochę częściej widywaliśmy ludzi w czasie prac polowych, ale tylko trochę. 

Z traktora wysiadł człowiek, potem dowiedziałem się że nazywał się Stanisław Zaranowicz i zapytał się co ja tu robię bo... leżę na polu jego kolegi?

Opowiedziałem mu o nas, o tym że właśnie kupiliśmy ten dom, o fotografowaniu... i o tym jak pięknie ta brzoza wygląda. O dziwo wykazał zrozumienie. Jak wielkie dowiedziałem się dopiero po latach. Rozmawiałem wtedy z gospodarzem na którego polu ta brzoza rosła. I ten mi mówi:

- Chciałem ją kiedyś ściąć, ale Stachu mi mówi: zostaw, to brzoza pana Roberta, on ją ciągle fotografuje.

No i została. 









Od pierwszych zdjęć minęło ze 20 lat. Po krótkiej acz gwałtownej burzy runęła. Ostatnio zresztą bardzo chorowała. Kiedyś dopadli ją przedświąteczni zbieracze jemioły. Nie było nas wtedy w domu. Po powrocie zastaliśmy smutny widok, drzewa została połowa, stosy połamanych i pociętych gałęzi leżały na ziemi.  

Broza próbowała walczyć. Wiosną wypuściła nowe gałązki. Przez kilka lat odrastała. Niestety znowu zwróciła uwagę zbieraczy jemioły. To już za bardzo nadwątliło jej zdrowie. Zaczęła schnąć, gałęzi z liśćmi było ledwie co kilka. Potem jeszcze głęboka orka na sąsiednim polu musiała uszkodzić jej korzenie. 
Przez trochę drzewo jeszcze walczyło. Niestety żywych gałęzi było coraz mniej i mniej.

Aż przyszła burza. Kilka minut porywistego wiatru przypieczętowało los brzozy. Okazało się zresztą, że cała górna część drzewa była sucha i spróchniała. Potrzaskała się w czasie upadku na kawałki. 





I zobaczyłem to dopiero po dłuższej chwili... tuż przy korzeniach złamanego drzewa rosła malutka brzózka. Miała najwyżej pół metra wysokości i nie więcej ja 3-4 lata życia. Ciekawe czy będzie miała szansę urosnąć i zastąpić swoją rodzicielkę.





Ze Stanisławem Zaranowiczem potem się zaprzyjaźniliśmy. Pomagał nam wielokrotnie On właśnie zakładał nam łąkę, gdy postanowiliśmy sprowadzić konie. Okazało się też, że jest ludowym śpiewakiem. I to niezłym. Fotografowałem go wielokrotnie na maciejowickich Powiślakach czy nawet na Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu. Ostatnich zdjęć, właśnie z Kazimierza nie zdążyłem mu oddać. Festiwal był w czerwcu, zanim wróciliśmy po letnich podróżach i obrobiliśmy się ze zdjęciami było już za późno... nowotwór... 

Przyjechałem ze zdjęciami zaledwie dzień po jego śmierci i oddałem rodzinie. 




02 kwietnia 2026

Była Wisła, w Wiśle pieniek...

 


Na kępie kędyś w ciszy śpiewa

Żab rechczących chór dobrany --

Majestatycznie szumią drzewa, 

Toczy się sennie nurt wiślany...


Noc idzie cicha ponad rzeką,

W wód się przegląda srebrnej toni,

A gdzieś na łące, hen daleko

Orkiestra  świerszczów dzwoni, dzwoni...


Zdzisław Dębicki "Nox vadit"





Są miejsca nad Wisłą, które odwiedzam regularnie, przynajmniej kilka razy w roku. Mam takie swoje ulubione. Jedne są bliżej, inne dalej. To, do którego wybrałem się tym razem, mam od mojego domu ze dwadzieścia kilometrów. Tu właśnie kilak lat temu fotografowałem kometę. Opisałem tę historię tu: KLIK. 

Jesień już się kończyła, miałem trochę nadziei na ostatnie żółte liście ale już wszystko straciło swoje barwy. Ruszyłem sobie piechotą wzdłuż brzegu. Kiedyś miejsce było niemal niedostępne, trawy sięgały powyżej kolan. Z takich wiosennych i letnich wycieczek wracałem mokry od rosy, jakbym po prostu wskoczył w ubraniu do wody po pas. Teraz trawa była niska, bo ktoś zaczął tu wypasać konie. Dzięki temu łatwiej było iść ale niestety wraz z dostępnością, pojawiły się śmieci i inne ślady ludzkiej obecności. 

Spadł też bardzo poziom wody. Na środku wiślanej odnogi pojawił się piasek. Może nie był to suchy ląd, bo trzeba było brodzić w mule i mokrym piasku ale dało się przejść nawet w trekkingowych butach. Więc zszedłem sobie ze skarpy i powędrowałem w miejsce gdzie jeszcze niedawno musiałbym brodzić w wodzie. 

I tak szedłem sobie czasem po piasku, czasem mlaszcząc butami w rzadkim błocku. Szukałem miejsc gdzie można by zaczepić kompozycję i sfotografować późnojesienny wiślany krajobraz. 

I nagle na samym środku nowego lądu trafiłem na wystający z piasku i wody pieniek! Spory, średnicy około pół metra, stary i... zgryziony przez bobry! Kawał drzewa. Włączyły mi się dodatkowe komórki mózgowe i przeszły w tryb analizy rzeczywistości. 

Przyjeżdżam tu mniej więcej od trzydziestu lat. Zawsze w tym miejscu była sobie odnoga Wisły. I nie było żadnych drzew w środku rzeki. 

Bobry pojawiły się w tych okolicach gdzieś w połowie lat 90 XX wieku. Jakieś 10 lat wcześniej, w ramach reintrodukcji tego gatunku wypuszczono 27 sztuk w okolicach ujścia Pilicy i Wilgi. To zaledwie kilkanaście kilometrów stąd. 

A wcześniej? Wcześniej bobrów tu nie było. To znaczy były ale dużo, dużo wcześniej. W 1881 roku Józef Łoziński autor książki "Zwierzęta łowne. Bóbr" napisał: "Czy i gdzie on dzisiaj u nas istnieje, nie wiadomo. Zdaje się, że należy do zwierząt zupełnie wytępionych, nigdzie o nim wzmianki nie znajdujemy". 

Długo ich w Polsce prawie nie było. Po II wojnie światowej doliczono się zaledwie 8 bobrów mieszkających sobie na Suwalszczyźnie... 

Więc co? Drzewo zostało ścięte przez bobry jeszcze wcześniej? Ile? Sto lat, dwieście, trzysta?

Zacząłem buszować po Internecie w poszukiwaniu starych map. Nie było łatwo. 



Do czasów końca II wojny światowej okolica prezentowała się podobnie. Jeśli były jakieś przesunięcia brzegu, to niewielkie. Miejsce, gdzie rosło drzewo, było cały czas gdzieś na środku wiślanej odnogi. 
Na mapach z dwudziestolecia międzywojennego nie było jednej z pobliskich wysp. Jej fragment widać po lewej stronie na górze trzeciego zdjęcia. Powstała prawdopodobnie po wybudowaniu ostrogi i nieczynnej dziś przystani dla promów.  Jakieś dwieście metrów na wschód cały czas były pozostałości starorzecza i wyglądały cały czas podobnie, wiec musiały być znacznie starsze. Może, setki lat temu gdy tam była jakaś odnoga, drzewo akurat znajdowało się na wyspie? Przez prawie 40 lat, kiedy fotografuję nadwiślańską przyrodę, widziałem wiele. Czasem po kilku latach okolica była nie do poznania. Jedne wyspy znikały w nurcie rzeki, inne powstawały, zarastały topolowo-wierzbowymi zaroślami. Inne łączyły się z brzegiem albo jakiś kaprys natury podzielił w czasie wysokiej wody wyspę na części. 
Znam takie miejsca gdzie z brzegu sprzed 20 lat została niewielka skarpa a potem kilometr lądu biegnącego gdzieś w głąb rzeki. 


Sięgnąłem głębiej w nurt historii... Niestety mapy z XIX czy XVIII wieku a przynajmniej te do których dotarłem, były zbyt mało precyzyjne, by stwierdzić czy był w tym miejscu ląd czy nie. Jedynie "Plany rzeki Wisły w granicach Królestwa Polskiego według pomiarów i sprawdzeń w latach 1860 -1866" delikatnie sugerują, że w tym miejscu mógłby być wtedy ląd....  

Przy okazji dowiedziałem się, że dwieście lat temu sąsiednia wieś była na... wyspie, czy jak to mówią w okolicy na kępie. Do dziś ma w nazwie słowo "Kępa". Ślady po dawnej odnodze można znaleźć i teraz. Idący dookoła wsi szereg małych stawików i bagienek oraz wąski pas drzew w miejscu, gdzie dawnej płynęła woda. 

Jakby ktoś miał dostęp do starych map okolic Maciejowic to polecam się pamięci. Może kiedyś coś jeszcze uda się ustalić. 


Zdjęcie pochodzi ze stycznia 2021 roku. Znaleziony pieniek powinien być mniej więcej trochę na lewo od środka kadru.



Nadwiślański współczesny bóbr... 



















25 stycznia 2026

Aurora borea... znaczy mazovialis





N iewiele brakowało byśmy wszystko przegapili i przespali. W porze, kiedy człowiek zastanawia się czy już czas zaprzyjaźnić się z poduszką, dzwoni nagle telefon - to Tosia! Co się stało?

- Słuchajcie, chyba widzę zorzę? Wychodźcie szybko...  

No, z tym szybko, to tak trochę nie wyszło. Zanim wyciągnęliśmy sprzęt. statyw i stos ciepłych ubrań, minęło dobrych kilka minut, zwłaszcza że pies uparcie pomagał nam wiązać sznurówki. Uwielbia to robić, więc czasem zakładanie i zdejmowanie butów bywa niezłą zabawą. Tym bardziej, że jednocześnie próbuje łapać nasze palce, sznurówki oraz przewracać się na grzbiet, by wystawić brzuszek do drapania. Ogólnie jest wielkim kłębkiem psiej radości.

Danusia łapię torbę z dodatkowymi obiektywami, ja aparat i statyw. W końcu wychodzimy: podwórko, stara jabłoń, brama i już mamy przestrzeń przed nami i niebo gwiaździste nad nami. W mroźnym powietrzu gwiazdy są tak wyraziste, że aż kłują w oczy. 

A w północnej części nieba - czerwień, dziwna, odbijająca się w śniegu i barwiąca go na różowo, rozpraszająca światło gwiazd. Zaś nad głowami i na wschodzie migają pasma czegoś jakby niebieskozielonego ale znikają zanim zdążyłem się im przyjrzeć. 

Rozstawiam statyw marznącymi palcami, termometr przed chwilą pokazywał  -15 stopni i zastanawiam się gdzie u diabła mam rękawiczki. Znajduję je po chwili w czwartej z kolei kieszeni. Znacie prawo rękawiczek? Im bardziej marzną palce, tym dłużej trzeba ich szukać. 

Pierwsze zdjęcia robię prawie nie kadrując, tak by mieć cokolwiek, gdyby zorza nagle zniknęła. 

Przychodzi mi do głowy, by podjechać nad Wisłę ale miejsca gdzie zorza byłaby nad wodą, są o co najmniej pół godziny drogi. To najpierw zrobię zdjęcia pod domem a potem zobaczymy. 



Żeby zrobić kolejne zdjęcia prawie biegniemy na pobliską łąkę, tam rośnie kilka samotnych drzew i jest fajny widok na niebo. Szybki marsz po chrzęszczącym śniegu nie jest łatwy. Zmrożony śnieg łapie stopy i szarpie oddech. Docieram na miejsce zasapany, mimo mrozu jest mi gorąco.


Robię całą serię zdjęć, wykorzystując krajobraz i drzewa. Zauważam, że zorza powoli zanika i przesuwa się w zachodnią stronę. Robię zdjęcie za zdjęciem. To jest absurdalne ale nie mam czasu na oglądanie i podziwianie tego zjawiska. Tylko jak automat naciskam spust migawki i myślę nad kolejnymi ujęciami. Zachowuje się jak japoński turysta, który ogląda zwiedzane okolice dopiero w domu na zrobionych zdjęciach. 


Wędruję jeszcze do pięknej, rosnącej na miedzy brzozy, brzozy którą Tosia nazwała Emily. Bo... wygląda na Emily. Znowu robię serię zdjęć, zmieniając trochę miejsce i punkt widzenia. Od klękania na śniegu mam już na kolanach mokre spodnie. Drobiazg przy piętnastostopniowym mrozie.

Krótki film o Tosi i historii brzozy Emily znajdziecie na jej kanale na YT... "o tu" 


Już tylko niewielki fragment nieba jest czerwonawy, prawie niewidoczny gołym okiem, ujawnia się dopiero po zrobieniu zdjęcia. 



Wracamy do domu, już jest prawie pierwsza w nocy. Zanim zgraliśmy zdjęcia i obejrzeliśmy co wyszło z tego fotografowania, była już 2 w nocy. Kurczę, latem o tej porze niebo na wschodzie zaczęłoby już różowieć. 

Gdybym pojechał nad Wisłę, nic bym nie zdążył zrobić. Może następnym razem.





19 lipca 2020

Wisła - festiwal chmur i kolorów...




Pogoda ostatnio przynosi wiele niespodzianek. Burze, upały, przelotne deszczyki, ulewy i inne zjawiska pogodowe tworzą na niebie niesamowite spektakle. Czasami zupełnie niespodziewane. Ileż to razy wyglądałem przez okno, stwierdzałem, że nie zanosi się na nic ciekawego... a godzinę potem plułem sobie w brodę. Albo ruszałem w teren i kończyło się na spacerze wzdłuż brzegu. Tak... ostatnie tygodnie były bardzo pracowite. Ale też nie pamiętam bym kiedyś w tak krótkim czasie zrobił tak wiele różnorodnych zdjęć. Te tu pokazane, to zaledwie drobny wycinek.

Ale z drugiej strony opłaciłem to własną krwią. Dosłownie! Takiej ilości komarów nie widziałem od dawna. Przypomniały mi się praktyki terenowe w Białowieży. Robiliśmy wtedy zawody, kto ile komarów trafi na swoim kolanie za jednym uderzeniem ręki. Mój rekord wynosił dziewięć, rekord wszechpraktyk - jedenaście...



















19 września 2019

Wisła - wieczorem komary wychodzą z ukryć...




...A fotografowie jadą w teren. Myślałem, że tego dnia nie zrobię już żadnego zdjęcia. Co prawda wieczór zapowiadał się ciekawie - chmury na niebie były imponujące. Jednak kiedy dojechałam nad Wisłę, chmury postanowiły być jeszcze bardziej imponujące i... zakryły całe niebo. Za to całkiem niespodziewanie pojawiły się całe stada wygłodniałych... komarów. I to w ilościach takich, jakby wszystkie z całej gminy umówiły się właśnie w tym miejscu na berka gryzionego. Pod domem, ledwie kilka kilometrów dalej, nie miałem ich w tym roku wcale. A tu... wchodziły do oczu, nosa... nawet jednego zjadłem, gdy zasapany po wdrapaniu się na stromą skarpę, wziąłem głębszy oddech.
I już chciałem wracać. Myślałem, że jedyne co dziś mnie nad Wisłą spotka, to berek z komarami, gdy równie nagle jak przyszły, chmury się rozeszły. Błysnęły kolory, przejrzały się w wodzie.

Wyciągnąłem więc schowany do tej pory sprzęt i próbowałem nie zwracać uwagi na latające dookoła małe wredoty. Kiepsko to niezwracanie wychodziło. Z daleka musiało wyglądać to zabawnie. Na środku łachy stoi statyw a dookoła niego biega facet i macha rękami, jakby chciał... podfrunąć.















06 maja 2019

Nadwiślański wieczór




Tej nocy niebo w dreszczach od gwiazd mrugawicy
Kołysało swój bezmiar w sąsiednie bezmiary,
To w próżnię swe radosne unosząc pożary,
To zbliżając je znowu ku mojej źrenicy.

                                 Bolesław Leśmian










28 lipca 2018

Krwawy Księżyc




Całkowite zaćmienie Księżyca! Najdłuższe w XXI wieku. Następna taka okazja za ponad 100 lat! Rozmaite media krzyczały o tym tak już od dobrych kilku dni.

Cóż było robić. Nie chciało nam się czekać ponad 100 lat, więc wieczorem postanowiliśmy wyruszyć całą rodziną w teren.

Pogoda postanowiła pograć sobie z nami w kotka i myszkę. Od rana a to się chmurzyło a to błyskało słońce. Im bliżej wieczora, tym więcej było chmur. Nie zniechęciło nas to jednak. Spakowaliśmy sprzęt do samochodu i pojechaliśmy.



Dojechaliśmy nad Wisłę. Wybraliśmy miejsce, gdzie księżyc powinien pojawić się nad wodą. Niestety, zastaliśmy... chmury. Połowa nieba, akurat w tym miejscu, w którym miał się pojawić Krwawy Księżyc, zasłonięta była chmurami. Co prawda malowniczymi ale wyjątkowo pojawiającymi się nie w porę.
Rozstawiliśmy sprzęt, zrobiłem kilka zdjęć wieczornego nadwiślańskiego krajobrazu i... czekaliśmy co będzie dalej.
- Tam, zobaczcie, tam! - krzyczy nagle bystrooki Krzyś i naciska spust swojego aparatu - Tam jest księżyc!
Rzeczywiście, jest jakby jakieś przejaśnienie w chmurach. Ale nawet przez lornetkę trudno było stwierdzić czy to księżyc czy jaśniejsza chmura. Minęło kolejnych kilkanaście minut. To właśnie był moment największego zaćmienia Księżyca a my wypatrywaliśmy czegoś w chmurach.  
Próbuję sfotografować to rozjaśnienie ale trudno jest w nie trafić obiektywem. W nocy, w wizjerze aparatu jest praktycznie niewidoczne. W końcu trafiam i wtedy... na zdjęciu wyraźnie widać okrągły kształt i czerwonawy kolor. Jest! Ledwie widoczny ale jest! Krzyś miał rację!
Po kolejnych kilkunastu minutach chmury niespodziewanie zniknęły. Krwawy Księżyc pojawił się w całej krasie...

... razem z rzeszą innych gwiazd i Marsem - widocznym poniżej i lekko w prawo. 
Świecił tak delikatnie, że na niebie pojawiły się gwiazdy jak w bezksiężycową noc.Widoczna była nawet Droga Mleczna.


Początek końca zaćmienia. Rąbek naszego satelity już wyszedł z cienia Ziemi i ma normalny, srebrzysty kolor. Kiedy uświadomiłem sobie, że ciemniejsza część Księżyca to cień planety, na której sobie akurat stoję, poczułem się dziwnie. Jakby na chwilę odkryto przede mną jakieś wielkie tajemnice wszechświata. Miałem ochotę pomachać i sprawdzić czy dostrzegę tam swój cień...
Ostatnie chwile. Jedynie maleńki fragment Księżyca był jeszcze w cieniu Ziemi. 
I na zakończenie - Wisła w świetle Księżyca - już po zaćmieniu, godzina pierwsza w nocy. Czas wracać do domu. 



A tak sfotografował zaćmienie Księżyca Krzyś i jego Miś Detektyw