Nawinęliśmy na koła kolejne dwieście kilometrów i znowu zamieszkaliśmy nad Wisłą. Tym razem tuż pod Opactwem Benedyktynów na Tynieckich skałach. Jest to najstarszy klasztor na terenie Polski.
Początki osadnictwa w tym miejscu sięgają czasów przedhistorycznych. Nasi przodkowie wiedzieli gdzie zamieszkać. Miejsce jest tak urokliwe, że sam bym nie pogardził domem na szczycie wapiennego tynieckiego wzgórza.
Gdzieś na początku XI wieku osiedlili się tu benedyktyni. Obecnie większość historyków uważa, że fundatorem klasztoru był Kazimierz Odnowiciel w 1044 roku. W 2 połowie XI wieku powstał pierwszy kamienny kościół i założenia klasztorne. Z niewielkimi przerwami klasztor działa do dziś.
Z pierwotnych zabudowań zostało bardzo niewiele. W 2026, po czteroletnich przygotowaniach, ma być udostępniony do zwiedzania fragment podziemi z pozostałościami pierwszego romańskiego kościoła. Więc trzeba będzie znowu tu przyjechać...
Rano jeszcze przed świtem, jak to często robię w terenie podnoszę głowę i wyglądam za okno naszego samochododomku i podrywam się natychmiast. Nad wodą kłębią się mgły. Sam klasztor jest jakiś taki nierzeczywisty. Słońce wschodzące gdzieś za nim już go podświetla tak, że wszystko wygląda baśniowo. Nad opactwem kłębią się kolorowe opary.

Wyciągam sprzęt, statyw i ląduje stopami w mokrej trawie. Niezła dziś rosa! Wskakuję w sandały, jak się zamoczą to i wyschną bez problemu. Ruszam wzdłuż brzegu, wyszukując kolejne kadry. Fotografuję to sam klasztor, to znowu Wisłę. Mgły dbają o piękne widowisko. Widzę, że Tosia też się obudziła i filmuje coś swoją kamerą.
Niespodziewanie znajduje kotewkę, niewiele - trzy osobniki wplątane są w nadbrzeżne trawy. Niby nic ale... jeszcze kilkanaście lat temu można ją było spotkać najwyżej na 40 stanowiskach w Polsce. Opisałem jej historię tu:
Kotewka na śmietniku. Dziś mam wrażenie, że roślina odbiła się od dna i powoli jej liczebność rośnie. Powoli ale zauważalnie.
Dochodzę aż pod Skałki Piekarskie i oglądam starorzecze. Sporo tu niestety śmieci, głównie jakieś pozostałości po wędkarzach: opakowania po zanętach i robakach, puszki po kukurydzy.
Już dobrze po wschodzie słońca, w cieniu opactwa pojawiają się nad wodą mgliste duchy. Wirują w delikatnym wietrze, wyglądają jakby tańczyły tuż nad wodą. Zwiewne postacie kłaniają się w rytmie delikatnych podmuchów wiatru. Wyobraźnia szaleje, prawie słychać śpiew, niczym ten syreni wabiący Odyseusza.
Za chwilę słońce pojawi się nad budynkami opactwa, rozgoni mgły, ogrzeje powietrze i zniknie magia... Pogoda zapowiada się bezchmurna więc ciekawsze światło pojawi się dopiero wieczorem lub kolejnego ranka.
Tosia (
Art of Tosia) wyciąga swoje podróżne minisztalugi, farby i zasiada w cieniu drzewa. Maluje obraz za obrazem. Wiecie pewnie, że gdyby ktoś chciał mieć na ścianie zamiast wydruku z Ikei czy innego Empiku, oryginalny, jedyny i niepowtarzalny obraz, to chętnie przyjmuje zamówienia.
Po południu wyruszamy obejrzeć klasztor z bliska. Przeprawiamy się niewielkim promem. Bardzo wiele zmieniło się od naszej ostatniej wizyty kilkanaście lat temu. Wtedy nie było promu i prawie nie było ludzi, knajpek, lodów. Wyglądało to tak:
No to gazu Niewielki, klimatyczny sklepik w bramie jest zamknięty, za to na dziedzińcu duży sklep, kawiarnia i sporo ludzi. Bardzo turystycznie się zrobiło.
Wnętrze kościoła św. Piotra i Pawła
Pamiętacie film "Ogniem i mieczem" i scenę kiedy Skrzetuski z kompanią, jadą do Baru po Helenę? Rolę twierdzy barskiej grał właśnie tyniecki klasztor. Filmowany gdzieś od strony Skałek Piekarskich.
Co robi Krzyś w kilkusetletnim opactwie? Między innymi, w wapiennych kamulcach budujących ściany, szuka skamieniałości. Z sukcesem zresztą. Trochę amonitów zasnęło sobie tam na miliony lat.
Wieczorne światło pięknie oświetliło opactwo. Znowu aparat był w robocie. Znowu spacer wzdłuż brzegu w poszukiwaniu ciekawych kadrów. Zafascynowały mnie odbicia murów w wodzie. Niewielka dziś wiślana fala spowodowała, że wyglądały jak obrazy impresjonistów odbite w krzywym zwierciadle.
Następny dzień był bardzo upalny. Żadnych porannych mgieł, najmniejszej chmurki na niebie. Palące słońce i temperatura, której nawet bliskość wody nie złagodziła. Zrobiliśmy więc sobie dzień lenia i zalegliśmy w cieniu. W dalszą drogę ruszyliśmy dopiero kolejnego dnia i powoli zaczęliśmy kierować się w stronę domu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz