25 stycznia 2026

Aurora borea... znaczy mazovialis





iewiele brakowało byśmy wszystko przegapili i przespali. W porze, kiedy człowiek zastanawia się czy już czas zaprzyjaźnić się z poduszką, dzwoni nagle telefon - to Tosia! Co się stało?

- Słuchajcie, chyba widzę zorzę? Wychodźcie szybko...  

No, z tym szybko, to tak trochę nie wyszło. Zanim wyciągnęliśmy sprzęt. statyw i stos ciepłych ubrań, minęło dobrych kilka minut, zwłaszcza że pies uparcie pomagał nam wiązać sznurówki. Uwielbia to robić, więc czasem zakładanie i zdejmowanie butów bywa niezłą zabawą. Tym bardziej, że jednocześnie próbuje łapać nasze palce, sznurówki oraz przewracać się na grzbiet, by wystawić brzuszek do drapania. Ogólnie jest wielkim kłębkiem psiej radości.

Danusia łapię torbę z dodatkowymi obiektywami, ja aparat i statyw. W końcu wychodzimy: podwórko, stara jabłoń, brama i już mamy przestrzeń przed nami i niebo gwiaździste nad nami. W mroźnym powietrzu gwiazdy są tak wyraziste, że aż kłują w oczy. 

A w północnej części nieba - czerwień, dziwna, odbijająca się w śniegu i barwiąca go na różowo, rozpraszająca światło gwiazd. Zaś nad głowami i na wschodzie migają pasma czegoś jakby niebieskozielonego ale znikają zanim zdążyłem się im przyjrzeć. 

Rozstawiam statyw marznącymi palcami, termometr przed chwilą pokazywał  -15 stopni i zastanawiam się gdzie u diabła mam rękawiczki. Znajduję je po chwili w czwartej z kolei kieszeni. Znacie prawo rękawiczek? Im bardziej marzną palce, tym dłużej trzeba ich szukać. 

Pierwsze zdjęcia robię prawie nie kadrując, tak by mieć cokolwiek, gdyby zorza nagle zniknęła. 

Przychodzi mi do głowy, by podjechać nad Wisłę ale miejsca gdzie zorza byłaby nad wodą, są o co najmniej pół godziny drogi. To najpierw zrobię zdjęcia pod domem a potem zobaczymy. 



Żeby zrobić kolejne zdjęcia prawie biegniemy na pobliską łąkę, tam rośnie kilka samotnych drzew i jest fajny widok na niebo. Szybki marsz po chrzęszczącym śniegu nie jest łatwy. Zmrożony śnieg łapie stopy i szarpie oddech. Docieram na miejsce zasapany, mimo mrozu jest mi gorąco.


Robię całą serię zdjęć, wykorzystując krajobraz i drzewa. Zauważam, że zorza powoli zanika i przesuwa się w zachodnią stronę. Robię zdjęcie za zdjęciem. To jest absurdalne ale nie mam czasu na oglądanie i podziwianie tego zjawiska. Tylko jak automat naciskam spust migawki i myślę nad kolejnymi ujęciami. Zachowuje się jak japoński turysta, który ogląda zwiedzane okolice dopiero w domu na zrobionych zdjęciach. 


Wędruję jeszcze do pięknej, rosnącej na miedzy brzozy, brzozy którą Tosia nazwała Emily. Bo... wygląda na Emily. Znowu robię serię zdjęć, zmieniając trochę miejsce i punkt widzenia. Od klękania na śniegu mam już na kolanach mokre spodnie. Drobiazg przy piętnastostopniowym mrozie.

Krótki film o Tosi i historii brzozy Emily znajdziecie na jej kanale na YT... "o tu


Już tylko niewielki fragment nieba jest czerwonawy, prawie niewidoczny gołym okiem, ujawnia się dopiero po zrobieniu zdjęcia. 



Wracamy do domu, już jest prawie pierwsza w nocy. Zanim zgraliśmy zdjęcia i obejrzeliśmy co wyszło z tego fotografowania, była już 2 w nocy. Kurczę, latem o tej porze niebo na wschodzie zaczęłoby już różowieć. 

Gdybym pojechał nad Wisłę, nic bym nie zdążył zrobić. Może następnym razem.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz