Była sobie brzoza. Swoją białą stopą tkwiła na miedzy, gałązkami sięgała nieba. W zasadzie widziałbym ją z okna, gdyby nie wielki krzak zdziczałej wiśni, rosnący kawałek za płotem.
Bliskość ma swoje zalety. Fotografowałem ją regularnie, ba... nawet kiedyś nieświadomie uratowałem przed ścięciem
Zwróciłem na nią uwagę zaraz po pierwszym przyjeździe do naszego nowego domu. Jeśli dobrze pamiętam, był to sierpień 2000 roku. Drzewo w porannym czy wieczornym słońcu wyglądało fantastycznie. A że była od drzwi odległa najwyżej o 100 metrów, to nawet kilkuminutowe ciekawe światło, pozwalało na zrobienie zdjęć. Brzoza w czasach analogowych dorobiła się nawet osobnego segregatora ze slajdami.
Kilka dni później leżałem sobie właśnie pod brzozą i fotografowałem ją na tle nieba. Biegnącą nieopodal polną drogą przejeżdżał traktor, zatrzymał się... to w ogóle był ewenement. Na tym naszym odludziu bywało, że i przez długie dnie nikt się nie pojawiał. Trochę częściej widywaliśmy ludzi w czasie prac polowych, ale tylko trochę.
Z traktora wysiadł człowiek, potem dowiedziałem się że nazywał się Stanisław Zaranowicz i zapytał się co ja tu robię bo... leżę na polu jego kolegi?
Opowiedziałem mu o nas, o tym że właśnie kupiliśmy ten dom, o fotografowaniu... i o tym jak pięknie ta brzoza wygląda. O dziwo wykazał zrozumienie. Jak wielkie dowiedziałem się dopiero po latach. Rozmawiałem wtedy z gospodarzem na którego polu ta brzoza rosła. I ten mi mówi:
- Chciałem ją kiedyś ściąć, ale Stachu mi mówi: zostaw, to brzoza pana Roberta, on ją ciągle fotografuje.
No i została.
Od pierwszych zdjęć minęło ze 20 lat. Po krótkiej acz gwałtownej burzy runęła. Ostatnio zresztą bardzo chorowała. Kiedyś dopadli ją przedświąteczni zbieracze jemioły. Nie było nas wtedy w domu. Po powrocie zastaliśmy smutny widok, drzewa została połowa, stosy połamanych i pociętych gałęzi leżały na ziemi.
Broza próbowała walczyć. Wiosną wypuściła nowe gałązki. Przez kilka lat odrastała. Niestety znowu zwróciła uwagę zbieraczy jemioły. To już za bardzo nadwątliło jej zdrowie. Zaczęła schnąć, gałęzi z liśćmi było ledwie co kilka. Potem jeszcze głęboka orka na sąsiednim polu musiała uszkodzić jej korzenie.
Przez trochę drzewo jeszcze walczyło. Niestety żywych gałęzi było coraz mniej i mniej.
Aż przyszła burza. Kilka minut porywistego wiatru przypieczętowało los brzozy. Okazało się zresztą, że cała górna część drzewa była sucha i spróchniała. Potrzaskała się w czasie upadku na kawałki.
I zobaczyłem to dopiero po dłuższej chwili... tuż przy korzeniach złamanego drzewa rosła malutka brzózka. Miała najwyżej pół metra wysokości i nie więcej ja 3-4 lata życia. Ciekawe czy będzie miała szansę urosnąć i zastąpić swoją rodzicielkę.
Ze Stanisławem Zaranowiczem potem się zaprzyjaźniliśmy. Pomagał nam wielokrotnie On właśnie zakładał nam łąkę, gdy postanowiliśmy sprowadzić konie. Okazało się też, że jest ludowym śpiewakiem. I to niezłym. Fotografowałem go wielokrotnie na maciejowickich Powiślakach czy nawet na Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu. Ostatnich zdjęć, właśnie z Kazimierza nie zdążyłem mu oddać. Festiwal był w czerwcu, zanim wróciliśmy po letnich podróżach i obrobiliśmy się ze zdjęciami było już za późno... nowotwór...
Przyjechałem ze zdjęciami zaledwie dzień po jego śmierci i oddałem rodzinie.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz