26 lipca 2016

Koniki i upał...





Kto jest największym przyjacielem konia w czasie wielkich upałów? Oczywiście człowiek. Ale nie jakikolwiek, tylko człowiek z wężem...

I to wcale nie z wężem w kieszeni tylko w... ręku!

Nigdy nie przypuszczałem, że konie mogą tak się nadstawiać pod strumień wody, wręcz tańczyć dokoła by zmoczyć raz głowę, raz zadek. I do tego jeszcze próbując złapać płynącą wodę chrapkami...

















23 lipca 2016

Dziewanna




Południe idzie upalne przez wrzosowiska
Wyschłego ziela oddechy płyną upojne,
Czasami szklarka przelotna pod słońce błyska
albo motyle na kwiatach i pszczoły rojne:
Z gęstwiny kwietnej dziewanna dumnie wytryska

Powietrze żarem drgającym skroś się przesyca,
Jakby nim chwiała koników harmonia szklanna...
Z sosnowych pni gorejących kapie żywica,
A wśród spiekoty słonecznej złota dziewanna
Stop przygięta, miłosna - jak południca

                  Dziewanna - Bronisława Ostrowska 





Dziewanna - roślina, która bez dwóch zdań, zwraca na siebie uwagę. Rośnie najczęściej na ubogich, piaszczystych ziemiach i wyrasta tam ponad przeciętność. Gdy inne kwiaty w tych miejscach osiągają kilkanaście bądź niewiele więcej centymetrów, ona potrafi wystrzelić nawet na wysokość człowieka. Nic więc dziwnego, że czasem nazywano ją u nas królewską świecą a Anglicy mówili na nią golden torch czyli złota pochodnia.

Zresztą, co by tu dużo mówić, niegdyś dziewanny wykorzystywano jako pochodnie. Wysuszone, martwe pędy zanurzano w łoju lub wosku. A po zapaleniu płomień opalizował pięknie kolorami tęczy.

Już w czasach starożytnych uważano, że roślina ta miała działanie magiczne. Chroniła przed urokami i złymi duchami. Pisał o niej Gaius Plinius Secundus (zwany w Polsce Pliniuszem Starszym) w swojej "Naturalis Historia" - XXXVII tomowej kopalni wiedzy o starożytnym Rzymie.

Dziewanna miała również znaczenie bardziej praktyczne. Używano jej jako hubki, dodawano do ziołowych tytoni a z wysuszonej rośliny robiono knoty do świec. W niektórych rejonach Polski do dziś jest nazywana po prostu - knotem albo knotnicą.
Kwiaty dziewanny używano niegdyś do farbowania włosów na kolor blond, zaś liście wkładano do butów czy onuc. Grube, miękkie i pokryte delikatnym futerkiem dawały ciepło stopom.




Do dziś dziewanny wykorzystywane są w zielarstwie. Olejek z kwiatów i liści można stosować na rany, owrzodzenia, odmrożenia, stłuczenia, siniaki czy inne choroby skóry. Napar ma działanie przeciwbakteryjne i uspokajające.

Z jej pomocą przepowiadano również pogodę. Wyższe, bardziej rozrośnięte dziewanny wróżyły dłuższą i surową zimę. Muszę spojrzeć przez okno... w tym roku dziewanny u mnie na łące nie są zbyt wielkie. Mogę więc nie zbierać chrustu, bo zima będzie łagodna .






Dziewanna podobno była również słowiańską boginią przyrody, wiosny, młodości i łowów. Najprawdopodobniej także patronką małżeństwa. Jan Długosz utożsamiał ją  z rzymską boginią Dianą. Nie wiadomo jednak czy istniał jakiś związek miedzy boginią a rośliną. W ogóle o słowiańskiej, przedchrześcijańskiej religii, mitach i podaniach wiemy bardzo niewiele.





O ile o mitologii greckiej, rzymskiej, egipskiej czy celtyckiej znajdziemy sporo informacji i czasem nawet uczymy się o tym w szkole, to mitologia słowiańska zaginęła gdzieś w pomroce dziejów. Z nielicznych informacji jakie zachowały się do naszych czasów wynika, że mogła być ona co najmniej równie barwna jak... te najbardziej znane. Często nie zdajemy sobie sprawy, że niektóre dzisiejsze zwyczaje mają swoje korzenie w starosłowiańskich obrzędach. Jak choćby topienie Marzanny, zapalanie zniczy 1 listopada, puszczanie wianków w Noc Świętojańską czy dzielenie się jajkiem na Wielkanoc.

Niektórzy badacze słowiańskiej mitologii uważają, że Dziewanna i Marzanna to dwie boginie będące w opozycji. Jesienią Marzanna zdobywała władzę nad światem a wiosną, po utopieniu tej pierwszej - Dziewanna.







Badacze historii nie są zgodni od czego pochodzi imię bogini. Dość oczywiste jest wywodzenie go od dziewczęcości czy dziewictwa - Dziewanna nigdy nie miała mieć partnera, podobnie jak Diana. Ale w kronikach Macieja Miechowity czytamy o Dzewannie. Brak jednej litery spowodował, że cześć historyków zaczęło wywodzić etymologię od słowa "drzewo".




Dziewanny są dla mnie tak urokliwe, że przez kilka lat zbierałem gdzie mogłem nasiona i rozrzucałem u siebie w suchszych częściach łąki. Dziś już nie muszę. Dziewanny rosną na potęgę i same się rozsiewają dalej. 





15 lipca 2016

Trochę powiało...




17 czerwca przeszła nad Polską burza. Krótka... nie trwała nawet kilkunastu minut. W zasadzie zanim człowiek zdążył się na dobre przestraszyć - minęła.
I kiedy wyglądałem przez okno nie było widać niczego nadzwyczajnego. Ot parę połamanych gałęzi i poobrywanych liści. No i prąd gdzieś sobie zniknął.

Dopiero kiedy ruszyłem się dalej, okazało się, że żywioł pokazał swoją potęgę. Kilka minut wichury i ulewy a naprawienie zniszczeń... trwa do dziś. Pierwszego dnia usunięto lub przeciągnięto tylko te drzewa, które zagradzały drogi. Potem dopiero naprawiono pozrywane przewody i połamane słupy. Wszędzie krzątały się ekipy Pogotowia Energetycznego. Ja nie miałem prądu przez parę godzin ale były miejsca, gdzie ludzie pozbawieni prądu, musieli sobie radzić przez kilka dni. W jednym miejscu widziałem aż 5 połamanych pod rząd betonowych słupów. Ich wymiana, siłą rzeczy musiała trochę potrwać.
W Maciejowicach nawet cześć sklepów została zamknięta z powodu braku prądu. Nie działały zamrażarki, lodówki i... świętość absolutna czyli kasy fiskalne.

W sklepie motoryzacyjnym powiedziano mi, że właśnie poszedł prawie cały zapas świec i oleju do agregatów prądotwórczych. Bo wyciągnięte z kątów i nie używane od lat trzeba było jakoś uruchomić.





Stara topola minęła dom dosłownie o metr.

Trzaskały zarówno metalowe płoty...

... jak i te drewniane.

Betonowe słupy czasem łamały się jak zapałki...

... czasem zawiązywały na supełki...

... i powiało grozą. Lepiej nie sprawdzać czy prąd jest już odłączony.


W tandetnej powieści napisano by: "padł jak rażony gromem".

Czasem drzewa wyrywane były z korzeniami, czasem przełamywane w pół.

Drogi gęsto zasłały odłamane gałęzie.

Ta topola rosła tu pewnie ponad sto lat. Została wyrwana z korzeniami.

Rozdarta wierzba... jak by ktoś w środek włożył bombę.

Zabytkowy XIX wieczny spichlerz cudem uniknął zniszczenia. Spadające drzewo zawadziło tylko końcem gałęzi o kawałek dachu.

Nawet w lesie drzewa nie były bezpieczne.

"Poleżę sobie na tych przewodach... a co mi tam..."





27 czerwca 2016

Wariacje na Młodego i Aparat IV - Mały Wielki Wódz Ukryta Strzała





Najgorzej to mieć ojca fotografa. Zamiast się bawić, ciągle muszę przejeżdżać przed obiektywem, bo tata nie nadąża za mną biegać. Staram się szybko zrobić to o co prosi, by dał mi spokój i żebym mógł wrócić do dalszej zabawy w Indian.














Inne części "Wariacji"





10 czerwca 2016

Niczym oczy starego domu





Stare drewniane domy. Zawsze miały dla mnie nieodparty urok. Wysmagane wiatrem i deszczem oraz wygrzane na słońcu drewno uzyskiwało niezwykłą i niepowtarzalną barwę i fakturę. Nie do podrobienia nawet przy pomocy najlepszych nawet farb w rękach najznamienitszych malarzy.

Zaś w drewnie niczym oczy wieczności tkwią przesycone żywicą sęki. Wpatrzone w przemijający świat, obserwują go z wyższością i obojętnością.

Zawsze się zastanawiam jakich historii były świadkami takie domy. Ile ludzkiego szczęścia i ile tragedii widziały. Jakich wydarzeń były niemym uczestnikiem.

Znalazłem kiedyś dom na Polesiu. Staruteńki, kryty czterospadową strzechą. Wyglądający jakby wprost przeniesiony z obrazów Chełmońskiego. Zbudowany był z bali prawie półmetrowej szerokości! Musiały być tu kiedyś  w okolicy potężne drzewa. Dziś ta okolica była prawie bezdrzewna. Jedynie kilka pomników przyrody zostało. A lasy? Nawet trudno je było nazwać lasami. Na podwórku mam dwa drzewa większe niż większość tam rosnących.

Zacząłem rozmawiać z mieszkającym tam samotnym starszym człowiekiem . Z rozmowy wynikało, że kiedy on był dzieckiem, to już ten dom był stary.

- A ile ma pan lat - pytam nieśmiało.

- A dziewięćdziesiąty mi idzie - odpowiada z uśmiechem

Kurczę...

Znajomy etnograf ocenił ten dom na około 200 lat. Wiecie co to oznacza? W czasie Powstania Listopadowego on już tu stał. Być może jacyś powstańcy zatrzymali się tu na chwilę. W czasie Powstania Styczniowego miał już kilkadziesiąt lat! Gdy po latach zaborów Polska odzyskała niepodległość był już bardzo starym domem - miał około 100 lat. Przez te lata zamieszkiwały go trzy lub cztery pokolenia ludzi!

A przeżył jeszcze II wojnę światową, lata komunizmu i jego upadek...

Gdyby dało się jakoś odczytać co widziało drewno budujące ten dom. Niestety... pozostaje on jedynie milczącym świadkiem, powoli chylącym się ku upadkowi.

I tylko czasami zastanawiam się czy podjechać w to miejsce? Czy też lepiej nie? Zachować lepiej wspomnienia.

Bo podejrzewam, że zastanę pusty plac i trochę próchniejących belek. Chyba - że trafił do jakiegoś skansenu.

I zawsze w takich przypadkach przypomina mi się, napisany chyba jeszcze w latach siedemdziesiątych, wiersz Józefa Barana:


Podnosi się kurtyna drzwi
tata przebrany za pana młodego
przenosi przez próg mamę
piękną jak lilia

z tyły publiczność goście weselni
kapela gra marsza
kurtyna opada

kurtyna podnosi się 
zapadają wieka trumien
znika dziadek wystrojony w garnitur
jak kamień w wodę babka wpada w wieczny sen
kurtyna opada

podnosi się 
krzyk siostry w kolebce
kurtyna 
podnosi się
brat z raczek
kurtyna
odmykają się moje powieki

kurtyna podnosi się 
z krzesła ojciec przebrany
za starego chłopa
błogosławi młodą parę kłania się
schodzi ze sceny podłogi
kurtyna

drzewa z sadu zaglądają na jednej nodze 
przez szyby klaszczą w liście
- to wszystko 
było wczoraj
upiera się matka


















20 maja 2016

Wieczorem...




Dzień był... taki sobie. To znaczy słonecznie i ciepło ale... bezchmurnie. Światło jakieś nieciekawe, ostre i płaskie. Można najwyżej było siedzieć w cieniu pod lipą i czytać, popijając od czasu do czasu dobrą herbatę.

Dopiero pod wieczór pojawiły się chmury. Coraz większe i większe... Pół nieba zrobiło się czarne. Nagle zerwał się całkiem słuszny wiatr. Pobliska zdziczała wiśnia straciła sporo kwiatów. Przez chwilę płatki wirowały, jakby nagle śnieg zaczął tańczyć dookoła.

Załomotały grube krople deszczu. Zagrzmiało kilka razy. Potem wszystko ucichło. Okazało się później, że całkiem spora ulewa zawadziła nas jedynie końcem skrzydła.

I wtedy na niebie zaczęło się coś dziać. Kłębiące się chmury raz po raz odsłaniały słońce. Władowałem sprzęt do samochodu i ruszyłem nad Wisłę. Widząc kłębiące się chmury, żółcie, czerwienie i granaty przyśpieszałem coraz bardziej. Bałem się, że nie zdążę.

Zastanawiałem się co by było gdybym natknął się na jakiś patrol?

- Panie, biorę każdy mandat ale za pół godziny... teraz muszę zrobić parę zdjęć... Będę tędy wracał!

Dopadłem do Wisły w ostatniej chwili. Żałowałem, że nie ruszyłem choć kwadrans wcześniej. Ale cóż, człowiek jasnowidzem nie jest.

Wieczór był magiczny. Do obrazów proszę sobie dołożyć śpiewające dokoła słowiki, głosy mew, rybitw, sieweczek... a z daleka dobiegający żabi koncert. Robiłem zdjęcia a potem siedziałem na brzegu aż zrobiło się całkiem ciemno.











09 maja 2016

Gość się wprowadza





Siedzę sobie przy biurku i wpatrzony za okno udaję,że pracuję. Przed oknem mam wielką starą jabłoń. Prawie już nie rodzi owoców ale kwitnie co roku pięknie i daje schronienie wielu ptakom. W jej dziuplach mieszkają sikory i mazurki. Czasem wprowadzał się też szpak. Kiedyś gnieździł się na niej kos. A kukułka próbowała mu podrzucić... kukułcze jajo. Mogłem ją obserwować przez szybę z odległości może dwóch metrów. Albo i mniej. W każdym razie jak zakukała, to niemal szyby w oknie zadzwoniły. 

Więc siedzę sobie i udaje, że pracuję. a tu nagle coś mi za oknem furknęło i wylądowało niemal na wprost mojego nosa. Patrzę - mazurek - krewniak miastowego wróbla. Można go spotkać i w Warszawie. Ale ponieważ woli on nieco bardziej zielone okolice, wybiera dzielnice willowe czy parki. 

Na dodatek ptak trzymał w dziobie piórko. Ba, nawet nie piórko tylko cały kawał pióra! Było długości niemal połowy ptaka. Ewidentnie gdzieś chce się mi tu wprowadzić. Zacząłem go obserwować. 



On rozejrzał się ostrożnie.

Popatrzył w jedną stronę...

... i w drugą. 

Potem uznał, że jest bezpiecznie i wskoczył w maleńką dziupelkę, powstałą w miejscu ułamanej kilka lat wcześniej gałęzi.  


I tak się tylko zastanawiam. Gość się wprowadza do eleganckiego apartamentu. Na dodatek do jego powstania się nieco przyczyniłem. Celowo kiedyś nie zabezpieczyłem złamania, mając nadzieję na powstanie dobrej miejscówki dla jakiegoś ptaka. A tu ani dzień dobry, ani dziękuję? Jak żyć teraz, się pytam, jak żyć...