27 stycznia 2015

Opowieść o starych drzewach XII




Wiosenna wizyta w Bieszczadach zaowocowała nie tylko zdjęciami świerków ale i pięknej starej lipy. Ciekaw jestem czy ktoś ją rozpozna, bo jest dość hmmm... znanym drzewem.













Poprzednie "Opowieści o starych drzewach"




Zaś pewne kulisy powstawania i skąd wziął się pomysł zdradzam w jednym z ostatnich numerów internetowego czasopisma:





22 stycznia 2015

Brodate i ryczące...





Tylko tu w Sławatyczach nad Bugiem tuż przy białoruskiej granicy, co roku przez trzy ostatnie dni grudnia pojawiają się na ulicach... Brodacze. Odziani w futrzane kożuchy, z twarzami zasłoniętymi przez maski i ogromne brody. Z wielkimi kolorowymi czapami na głowach, potężnymi kijami w rękach i owiniętymi słomą nogami.

Skąd taka tradycja? Informacja ginie gdzieś w mrokach historii. Brodacze byli tu już przed II Wojną Światową. Najstarsi mieszkańcy Sławatycz opowiadają, że ich dziadkowie już za Brodaczy się przebierali. Nawet w czasie niemieckiej okupacji wychodzili na ulice Sławatycz. Choć było to ryzykowne, gdyż Niemcy krzywo patrzyli się na ten zwyczaj.

Wcale bym się nie zdziwił, gdyby historia Brodaczy była znacznie starsza i sięgała wręcz czasów pogańskich. Tak jak na przykład zapalanie lampek na grobach...
Niestety, mimo kilku dni poszukiwań, nie udało się mi dotrzeć do żadnej informacji potwierdzającej czy zaprzeczającej tej tezie. W "Encyklopedii Staropolskiej" Zygmunta Glogera nic nie ma na ten temat. "Słownik Języka Polskiego" Witolda Doroszewskiego nie posiada w ogóle hasła "Brodacze". Jest tylko "brodacz" czyli zarośnięty facet. Wszechwiedzący Google powtarza w kółko kilka informacji dotyczących głównie czasów współczesnych. Jedyne co jest pewne to to, że dziadkowie współczesnych sławatyckich dziadków, już za Brodaczy się przebierali. Czyli w połowie XIX wieku tradycja była znana.

Nieco podobnych przebierańców  możemy jeszcze spotkać pod Krakowem. Też mają wysokie kolorowe czapy i futrzane kożuchy. Nazywają się Pucheroki i pojawiają się wiosną - w Palmową Niedzielę. Tylko, że tam przebierają się dzieci i tradycja wywodzi się ze średniowiecznych kwest krakowskich żaków.

Zapraszam zatem na trzy ostatnie dni roku do Sławatycz na spotkanie z unikalnymi i jedynymi w swoim rodzaju Brodaczami.


Zaczyna się... Brodacze z rykiem wybiegają na ulice. Dzieci piszczą, dziewczyny uciekają...  

Złapanie dziewczyny i wzięcie jej na hocki, czyli podrzucanie na kiju, miało przynosić szczęście. Tak więc wszystkie dziewczyny niby to z krzykiem uciekały ale tak, by za daleko nie odbiec. 
Brodacze zatrzymują przejeżdżające przez Sławatycze samochody. 

Kierowcy muszą się jakoś wykupić.
Szczególnie chętnie zatrzymywanie są samochody na obcych rejestracjach. A jak się trafił raz Warszawiak to... został prawie podniesiony do góry i przestawiony obok.  


Brody robione były kiedyś z lnu. Obecnie o len trudno, więc wykorzystywane są konopie czyli pakuły używane przez hydraulików. Podobno w grudniu w sklepach w całej gminie zaczyna ich brakować. Broda symbolizuje długie życie i wielkie życiowe doświadczenie.  

Maska na twarzy zrobiona jest z malowanej skóry...
... zaś gruby kij ma przypominać o trudach życia w mijającym roku. 

Chwila kulturalnego odpoczynku.

"Kogo by tu wziąć na hocki...?'


 "Teraz my tu rządzimy..."


Na koniec trzeciego dnia, czyli w Sylwestra, słoma tworząca nogawice i buty Brodaczy palona jest na środku głównej ulicy. 

 
A oto jak opisał i sfotografował Brodaczy młody zaklinacz koni, kozi król i gadający z jeżami czyli Krzyś i jego Miś Detektyw:

Brodacze w Sławatyczach czyli zwyczaje noworoczne






22 grudnia 2014

Wesołych Świąt...



Pogoda jaka jest każdy widzi... Zima wyraźnie zapomniała o tej części świata. Niewykluczone, że za parę lat zima zmieni się w porę deszczową i wypatrywać będziemy w Wigilię nie pierwszej gwiazdki a pierwszej kropli deszczu. Swoją drogą przez wiele ostatnich lat ten dzień bywał pochmurny. Nawet jeśli było śnieżnie i mroźnie. Wypatrywanie w naszym kraju pierwszej gwiazdki było więc czysto symboliczne. Ledwie małych kilka razy pamiętam gwieździste niebo nad choinką. Czyżby kiedyś grudniowa pogoda była inna?

W każdym razie mimo aury bardziej Wielkanocnej niż Bożonarodzeniowej... czego by tu życzyć...


Hmmm...

Białego Bożego Narodzenia i zielonej Wielkanocy,
Szczęścia liczonego co najmniej w kopach albo mendlach,
(teraz wszyscy sprawdzają w googlach co to kopa i mendel :) )
Abyśmy mogli powiedzieć, że kolejny rok był dla nas lepszy...
Końskiego zdrowia... a w szczególności żadnych problemów z kręgosłupem,
Zawsze działających pikseli, czystej matrycy i wiecznie naładowanych akumulatorów...
Zdolnych dzieci i... wnuków,
Żebyśmy zawsze mieli do kogo się przytulić,
Żadnych wieści ze świata polityki i niechaj politycy tankują za swoje...
hmmm...

Ach... i umiarkowania w świątecznym jedzeniu i piciu...

I zgodnie z aurą - pastuszek z Betlejem tym razem bez owieczek, które już pobieżały...






19 grudnia 2014

Koniki polskie - zrobione na szaro...




Niedawno zostałem wkręcony w małą zabawę na fejsie. Miałem pokazać 5 czarno - białych zdjęć koników polskich. Każdego dnia po jednym przez kolejne dni. Podrapałem się po głowie, zawinąłem parę zwojów mózgowych w prawo a potem w lewo i postanowiłem zrobić to trochę nie wprost. Wybrać zdjęcia, które będą wymagały od oglądającego chwili zastanowienia... co też tam właściwie jest. Na sam koniec dorzuciłem zdjęcie źrebaka od tyłu,  gdzie widać trochę więcej. Tak w ramach wyjaśnienia.

Przypomniałem sobie dawne czasy kiedy pracowałem na materiałach czarno - białych, bo... innych w Polsce wtedy nie było. A właściwie były, tylko ceny miały zaporowe. Czy ktoś sobie wyobraża dziś, że za jeden film Kodaka czy Fuji trzeba było dać około połowy przeciętnego miesięcznego dochodu Polaka? Potem ten film jeszcze wywołać... A film taki, dla wyjaśnienia dzieciom epoki cyfrowej, zawierał 36-37 klatek!

Postanowiłem zebrać wszystkie te zdjęcia w jednym miejscu i dorzucić jeszcze kilka innych. By nie zaginęły w czeluściach fejsowej tablicy...
Zapraszam do oglądania koników polskich zrobionych na szaro...
























14 grudnia 2014

Opowieść o starych drzewach XI



Aby znaleźć iglaste drzewa pasujące do "Opowieści o starych drzewach" musiałem wybrać się w... Bieszczady. Dopiero tam znalazłem duże świerki samotnie rosnące na stokach gór. Pozostało tylko wybrać te najlepsze. 
Zapraszam do oglądania kolejnej odsłony "Opowieści o starych drzewach". 


Poprzednie części, gdyby ktoś chciał,  można obejrzeć tu:






Zaś pewne kulisy powstawania i skąd wziął się pomysł zdradzam w jednym z ostatnich numerów internetowego czasopisma:




















07 grudnia 2014

Koniki polskie - odmiana wodna...



To aż nieprawdopodobne ale te zdjęcia przeleżały w zagubionej szufladzie czy właściwie w zagubionym klastrze dysku aż cztery lata. Znalazłem je przypadkiem szukając zupełnie czegoś innego. Robiłem je biegając po rozlewisku w spoodniobutach. Ze zwykłych woderów zrezygnowałem dzień wcześniej. Gdy klęknąłem, przymierzając się do zdjęcia, okazały się być... za krótkie. Same konie ochlapały mnie zresztą parę razy bardzo skutecznie. Najzabawniej było gdy któryś zagapił się i nie zauważył, że reszta odeszła gdzieś dalej na drugą stronę rozlewiska. Puszczał się wtedy malowniczym galopem, chlapiąc na potęgę i czasem przebiegając tuż obok mnie. Raz nawet musiałem się obrócić tyłem, bojąc się o całość aparatu. Niby sprzęt ma jakieś uszczelnienia od wody ale lepiej tego nie sprawdzać...

W sumie spędziłem wtedy kilka pracowitych dni niemal od rana do wieczora fotografując zaprzyjaźniony tabun koników polskich. Nie mając nawet czasu i sił by dobrze obejrzeć powstałe fotografie. Wieczorami padałem na nos i zbierałem siły do porannej pobudki i dalszej pracy.
I w tym całym zamieszaniu, zdjęcia z jednego dnia pozostały nieruszone na dyskach. Teraz wygrzebane z czeluści niepamięci mogą cieszyć oko...























30 listopada 2014

Koniki polskie - mama...





Fajnie jest być źrebakiem i biegać sobie po łące. Czuć wiatr w grzywie i rosę na kopytkach...



Ale najfajniej jest kiedy mama jest blisko i czuwa nade mną... 








27 listopada 2014

Z lasu wylazło...




Nie dość, że wylazło z lasu prosto mi pod obiektyw, to jeszcze bezczelnie zaczęło się oblizywać. A potem odwróciło się do mnie pewną... bardzo istotną częścią ciała i... niespiesznie zniknęło za drzewami. Widząc niektóre miny miałem ochotę powiedzieć:

- w pełni się z tobą zgadzam ale nie rozmawiajmy o polityce...












19 listopada 2014

Wariacje na światło i zawilce




Oto słońce przenika światłem bór daleki,
Sosnom z nieba podając tajny znak wieczoru.
Oto sosny spłonęły, jakby w głębiach boru
Nagle coś szkarłatnego stało się na wieki!

Zwabiony owym znakiem, biegnę tam niezwłocznie,
Aby zawczasu jeszcze, nim wpłynę w noc ciemną,
Zastać na nikłym trwaniu i sprawdzić naocznie
To właśnie, co już drzewa widziały przede mną.

                                         Bolesław Leśmian