28 września 2013

Korony w chmurach




Pieniny - piękne góry do których nie mam szczęścia. W jednym roku padła mi karta pamięci i kilkaset zdjęć przeminęło z wiatrem. Nawet specom zajmującym się odzyskiwaniem danych, nie udało się nic uratować. Dobrze, że karta miała wieczystą gwarancję. Wymienili mi w serwisie od ręki, mimo że przyniosłem ją rozprutą przez odzyskiwaczy.
W kolejnym roku, przez trzy tygodnie pobytu pod Trzema Koronami, miałem w sumie trzy pogodne dni. Przez ile dni lało tak, że mogłem jedynie siedzieć lub leżeć i czytać, nawet już nie wspomnę.
Te zdjęcia powstały, gdy  rozeszły się na chwilę chmury i wybrałem się o świcie na słowacką stronę. Pół godziny po zrobieniu ostatniego, zachmurzyło się znowu. Gdy wróciłem do Polski zaczęło mżyć. Znaczy wszystko wróciło do normy.
Na razie nie wybieram się w Pieniny. Poczekam trochę. Nie chcę zapeszać...

















27 września 2013

Fukam, pływam... pełen serwis




Jeże pływają niechętnie ale jeśli zajdzie taka konieczność, to wówczas radzą sobie całkiem dobrze. Widziałem coś takiego zaledwie dwa razy w życiu. I tym razem udało się mi uchwycić to niecodzienne zjawisko. Kilkanaście lat temu nie nadążyłem z ręcznym ustawieniem ostrości. Bo wbrew pozorom płynący jeż rozwija niezłą prędkość.
















06 września 2013

Wróciła?




Kiedyś miałem oswojoną ropuchę. Zjawiła się pewnego wieczora i została. Mieszkała gdzieś pod schodami i co noc wychodziła na wycieraczkę, by w świetle lampy polować na różne kręcące się dokoła robale. Oswoiła się do tego stopnia, że w ogóle nie zwracała uwagi na przechodzących ludzi. A że postanowiła przebywać w dość strategicznym miejscu, co chwila ktoś ją omijał. Musieliśmy po prostu wieczorami zrezygnować z używania wycieraczki i nauczyć się przy wchodzeniu czy wychodzeniu z domu stawiać hmmm... ponadnormatywne kroki. Jedynie psy były odporne na naukę. Potrącana przez nie ropucha przyglądała się wtedy z oburzeniem i pogardą.

Przez krótki czas na wycieraczce polowały dwie ropuchy. Mała i duża. Ale trwało to krótko. Została większa. Taka mniej więcej wielkości mojej dłoni.

Po jakiś dwóch latach zniknęła. Nie wiadomo co się z nią stało. Czy ją ktoś zjadł? Czy też znalazła lepszy punkt żywieniowy? Czy też nastąpił naturalny kres jej żywota? Z racji na wielkość musiała mieć dobrych parę lat. Przez chyba trzy lata z powodu braku ropuchy owady pod lampą mogły harcować do woli.

Aż tu nagle, kilka dni temu otworzyłem drzwi i stanąłem oko w oko z łypiącą na mnie ropuchą. Ta sama? Chyba raczej nie. A może jednak?
W każdym razie, trzepoczące co noc w świetle lampy ćmy, przestały być bezpieczne.











29 sierpnia 2013

Wariacje na Młodego i aparat...





Najgorzej to mieć ojca fotografa. Zamiast zaklinać konie i gadać z jeżami, muszę ciągle pozować do różnych dziwnych zdjęć. Życie jest niesprawiedliwe...  




Jurko Bohun

Grisza Melechow

Władzio Łokietek

Giermek Łokietka

Jarema





22 sierpnia 2013

Zabawy Zeusa...



...
chmury pękały czarne
coraz czarniejsze
jakby koni frygijskich groźne tabuny
...

                           Edward Stachura - Metamorfoza (fragment)







05 lipca 2013

Kto rano wstaje temu Bug daje... (3)




Nadbrzeżne lasy łęgowe to najbogatsze siedlisko leśne w Europie. Taki nasz odpowiednik lasów tropikalnych. Można w nich spotkać około 40 % gnieżdżących się u nas ptaków. Do tego ogromne rzesze owadów, całe tłumy ginących coraz bardziej żab (szacuje się, ze w ciągu ostatnich lat wyginęło około 80% żab). Na dodatek wszystko to występuje w największych możliwych zagęszczeniach.
Niestety jest to również jedno z najbardziej zagrożonych europejskich siedlisk. Niegdyś rosły na regularnie zalewanych dolinach rzecznych. Dziś zajmują zaledwie drobny ułamek pierwotnej powierzchni. Uczeni szacują, ze nie jest to nawet 1%! Niewiele brakuje aby lasy łęgowe w ogóle zniknęły z map. Wycinki i regulacja rzek zrobiły swoje. W Polsce można można je spotkać wyłącznie przy nieuregulowanych odcinkach rzek - głównie Wisły i Bugu. I najczęściej zarasta je inwazyjny klon jesionolistny.

Nadbużańskie lasy łęgowe były jednym z najładniejszych jakie widziałem. Przebijały nawet (niestety) nadwiślańskie. Do tego były tak splątane, niedostępne i zapokrzywione, że nawet najtwardsi z wędkarzy tam nie docierali. Czasami czułem się jakbym odkrywał nieznane lądy. Albo był pierwszym człowiekiem w tym miejscu od lat.
Wypracowałem też patent na poruszanie się o świcie przez łęgowe chaszcze. Zakładałem wodery lub wręcz spodniobuty, by rosa nie zmoczyła mnie całkowicie. I przy okazji miałem dobrą ochronę przeciwpokrzywową. Zwykłe kalosze nie zdawały egzaminu. Większość mokrych od rosy roślin, sięgała mi co najmniej do pasa. Po kilkunastu minutach nie dość, że byłem cały mokry, to ściekająca po spodniach woda spływała radośnie do kaloszy...

Inne zdjęcia z uroczyska Trojan:

Kto rano wstaje temu Bug daje

Kto rano wstaje temu Bug daje (2)














03 lipca 2013

Kto rano wstaje temu Bug daje... (2)






Nadbrzeżna trawa, zwisając, potrąca
O swe odbicie zsiwiałą kończyną,
Do której ślimak, pęczniejąc z gorąca, 
Przysklepił muszlę swym ciałem i śliną.

W przerzutnym pląsie, znikliwsza od strzały
Płotka się czasem zasrebrzy na mgnienie
Pod wodą - spojrzyj - prześwieca piach biały
I mchem ruchliwym brodate kamienie.

                  Bolesław Leśmian, ze zbioru "Łąka"




Nadbużańskie uroczysko Trojan jest jednym z moich ulubionych miejsc. Ile razy jestem w parku krajobrazowym "Podlaski Przełom Bugu" staram się tam zajrzeć choć na chwilę.

Inne zdjęcia z Trojana:






Poranek był bardzo mglisty...

...wręcz sprawiał wrażenie, ...

... że słońce nie wyjrzy zza chmurnego nieba.

I wtedy pojawił się pierwszy promień.


A potem... 

było... 

...już tylko...

... lepiej.






28 czerwca 2013

Historia jednego zdjęcia...



Kilka lat temu byłem latem na wyspie Wolin. Fotografowałem co się dało, objadałem się pysznymi naleśnikami w Międzywodziu i byczyłem się na zmianę. Jednego dnia zadzwonił ktoś z Ważnego Wydawnictwa z pytaniem o zdjęcia.  Skąd - pytam? Wolin między innymi... Na kiedy? Wrzesień? To dobrze. Bo właśnie jestem na Wolinie. Zdążę zrobić, obrobić i wysłać prewki. Wysyłacie listę mejlem? OK, do widzenia. 
Jednym z miejsc z listy była Wsteczna Delta Świny. Ba... nie tylko delta ale nawet dokładnie było określone miejsce: widok ze wzgórza Zielonka! To z jednej strony ułatwia sprawę. Wiadomo gdzie dokładnie pojechać. Ale z drugiej utrudnia. Redaktor ustalający listę najczęściej nigdy nie był w tym miejscu. Nie widział jak okolica wygląda. Nieraz mi się zdarzało, że znacznie lepszy efekt dałoby zrobienie zdjęcia z zupełnie innego miejsca. I czasem nawet udawało się mi redaktora przekonać...
Wszedłem więc na wzgórze Zielonka. Widok, zaiste był przedni. Ale trudny do sfotografowania. To co najważniejsze z samej delty ukryte było za drzewami. A wybór miejsc do ustawienia statywu niewielki. Najlepiej byłoby po prawdzie podfrunąć parędziesiąt metrów do góry. 
W końcu wykorzystałem ciekawy układ chmur, zrobiłem trochę zdjęć pojedynczych oraz panoramę. 
Niestety Wydawcy zdjęcia się nie spodobały. Zostałem więc z panoramą w szufladzie. Ale co się napatrzyłem to moje. 












27 czerwca 2013

Się zlatują powoli...




Większość bocianów zajmuje się jeszcze młodymi, ale te które z jakiejś przyczyny nie mają lęgów (utraciły lub nie przystąpiły) powoli zaczynają się gromadzić w stada. 
Kilka dni temu natknąłem się właśnie na takie stado dziesięciu bocianów. Na drodze! Z dużym ociąganiem ustąpiły mi miejsca i przeniosły się na pobliskie pole owsa. Zlekceważyły mnie niemal całkowicie, nawet gdy się zatrzymałem i wyszedłem z samochodu. 
Koczowały tam cały dzień. Wieczorem odleciały gdzieś dalej... Następnego dnia już ich nie było.



Na zdjęciu jest osiem bocianów. Dwa były zbyt daleko by umieścić je w kadrze. Trzy widać dobrze, cztery z tyłu się pochyliły a  ostatni pochylił się  tuż przed zrobieniem zdjęcia... całkiem. Można powiedzieć - ukłonił się fotografowi do ziemi :)



Wyglądało na to, ...

...że mała ropuszka stała się częścią łańcucha pokarmowego i weszła do obiegu materii

W owsie... "niczym szczupak w Niemnie"








06 czerwca 2013

Gdzieś na Podlasiu...





Ciągle obiecuję sobie nie dziwić się niczemu w tym kraju. Wszystko na nic! Regularnie spotykam rzeczy, które powodują, iż staję z otwartą gębą... Tak jak i w tym przypadku. Jadąc na dalekim Podlasiu nieutwardzoną drogą, prowadzącą do przeprawy promowej  przez Bug - trafiłem na polnej drodze na znak! Ba... nawet na ZNAK! Stał sobie i ZAKAZYWAŁ!





Wrażenie było tak niesamowite, nieprawdopodobne wręcz, że z całej siły wdepnęłam na hamulec aż zachrobotałem kołami na piaszczystej drodze. Wokół mnie łąki, dokoła "ni psa z kulawą ni człeka". Gdzieś  w oddali dostrzegłem kilka pasących się krów. I do tego wbity w ziemię ZNAK zakazujący jazdy rowerami. Dopiero po paru chwilach dostrzegłem, stojący niedaleko i ukryty jakby w cieniu znak informujący, że tu można...




Po kolejnych paru chwilach zdołałem się zorientować, iż ktoś po prostu postanowił zrobić śród łąk porządek. Nie może być tak, by samochody i rowery rozbijały się na jednej drodze. Po lewej stronie czterokołowce.. po prawej dwu! Nawet ktoś pracowicie wykopał niewielki rowek, by rowerzysta, nawet gdyby bardzo chciał, nie mógł rzucić się komuś pod maskę. To, że część rowerowa była zryta kopytkami przez wędrujące na pastwiska krowy to rzecz w sumie drugorzędna.




Ruszyłem spokojnie dalej,i po kilkuset metrach dojechałem do promu. Tam segregacja samochodów i rowerów się skończyła.




Tak wyglądała owa droga od strony promu. Znalezienie drogi rowerowej było nieco trudniejsze bo biegła po porostu po trawie.




W każdym razie widok znaków... przepraszam ZNAKÓW niemal w szczerym polu był... bezcenny. Wiem, czepiam się. Ale w ciągu kilku godzin, jakie spędziłem w tym miejscu szukając innych tematów do fotografowania widziałem... dwa samochody i jeden rower. A było to w szczycie sezonu wakacyjnego w zeszłym roku.