31 marca 2019

Przedwiośnie





Ciepły, wiosenny dzień trzeba było wykorzystać na mały spacer po pobliskim lesie. Las przywitał nas bębniącymi dzięciołami, dzwoniącymi sikorami i niosącym się z daleka klangorem żurawi.



Olchy już przekwitają. Z trudem udało znaleźć takie, nadające się do fotografowania. Swoją drogą na zdjęciu są kwiaty męskie... można więc powiedzieć, że wiszą tu męskie organy płciowe.


Za to przebiśniegi są w pełni rozkwitu.


Chociaż w tym roku to nie były przebiśniegi...

... tylko przebiliście.


Płatki wczesnowiosennych kwiatów działają trochę jak antena paraboliczna. Skupiają odbite od płatków ciepło w miejscu gdzie jest zalążek. Z niego powstanie nowe pokolenie.


Rozkwitły też przylaszczki, chociaż nie ma ich w moich lasach zbyt wiele.


I szykują się zawilce. Jeszcze dwa, trzy tygodnie a las będzie biały... 






14 marca 2019

Kanał Bachorze




Jedziemy, jak to często robimy latem, gdzieś przez Polskę. Mapa w ręku, stos przewodników i książek w bagażniku. Szukamy ciekawych tematów do zdjęć lub... opowieści. Tym razem trafiliśmy na Kujawy.
Dziś, z wrodzonej złośliwości i wredoty, nie powiedziałem rodzinie, co wypatrzyłem na mapach. Ruszyliśmy zaraz po śniadaniu. Drogi były kręte i coraz węższe. Najbardziej lubię trzymać się właśnie takich miejsc. Nie kolekcjonuję kilometrów tylko wrażenia.

Pierwszy nie wytrzymał Krzyś:

- Tatooo, dokąd teraz jedziemy?
- Zobaczysz - byłem nieugięty...

- Tatooo, ale dokąd jedziemy? No pooowiedz.
- Zobaczysz.
- Tatooo? No weź, no...
- Zobaczysz, bachorze...

Spojrzał się na mnie zdziwiony i zamilkł. Nie na długo.

- Tatooo...?
- I tak nic nie powiem, dojedziemy to zobaczysz!

W końcu jesteśmy. Podróż nie trwała długo, nawet nie godzinę. Eskalacja próśb i marudzenia nie była więc zbyt wielka.
Zatrzymuję samochód przed tablicą z napisem "Kanał Bachorze".





Wychodzimy. Krzyś rozgląda się dookoła, wszędzie płasko, niczego ciekawego na pierwszy rzut oka nie widać. Patrzy uważnie na niebieską tablicę. Zdziwiony obraca się i pyta:

- Co to znaczy Kanał Bachorze? Co to jest?

Odpowiadam z powaga:

- To jest miejsce, gdzie rodzice mogą swoje bachory wpuścić w kanał, a co? 

Krzyś przygląda mi się z uwagą a potem mówi równie poważnie:

- Ale wiesz, że nowsze modele mają znacznie bardziej rozbudowany moduł marudzenia?



Ale wracając do Kanału Bachorze. Dziś jest niewielki, płytki, zarośnięty, o szerokości zaledwie dwóch, trzech metrów. Nawet poprowadzono tu, w ramach tak zwanej Pętli Kujawskiej, szlak kajakowy. Jednak płynąć tędy można jedynie wiosną w czasie wysokiego stanu wody.

Ale jeśli przeniesiemy się do czasów piastowskich, sytuacja będzie wyglądała zupełnie inaczej. W tym właśnie miejscu, Jezioro Gopło od Wisły dzieli  zaledwie 40 kilometrów. Gopło ma znowu poprzez Noteć połączanie z dorzeczem Odry. Teren był płaski jak dziś ale bardzo podmokły. Najprawdopodobniej zresztą płynęła tu przez środek rzeczka. W XIII wiecznych dokumentach spotykamy określenie "Bahora fluvium" - a fluvium po łacinie to właśnie "rzeka". Kiedyś najłatwiej podróżować było właśnie wodą, dróg było niewiele, jeśli już to gruntowe. A parę wieków później napisał Napoleon B.: "błoto w Polsce to piąty żywioł". Zresztą cała potęga Rzeczpospolitej Szlacheckiej opierała się właśnie na transporcie wodnym. Rzeczkami i rzekami do Gdańska i stamtąd dalej w świat płynęło zboże, drewno, potaż, skóry...  Szacuje się, że w najlepszym czasie nawet 25 % obrotów amsterdamskiej giełdy to był... handel właśnie z Polską. Masztowe sosny z Puszczy Knyszyńskiej były znane w całej Europie. Kto wie, może nawet sosny spod Supraśla dopłynęły razem z Kolumbem do Ameryki?

Najprawdopodobniej tędy, za czasów Piastów, płynęły płaskodenne, niewielkie stateczki umożliwiające transport z dorzecza Wisły poprzez jezioro Gopło i dalej poprzez Noteć aż do Odry. Taka średniowieczna sieć wodnych autostrad. Dziś, ze względu na obniżenie poziomu wód, wydaje się to nie do powtórzenia.



Chociaż tak naprawdę mocnych dowodów na istnienie tej drogi wodnej nie ma. Pierwsza wzmianka o Bachorzu pochodzi z 1288 roku. Występuje tam wspomniane wcześniej określenie: Bahora fluvium". Dziewięć lat później w 1297 roku, pojawia się już wzmianka o drodze wodnej i służebnej osadzie Korabniki, położonej nad Wisłą u ujścia Zgłowiączki, gdzie ów szlak miał się kończyć. Jej mieszkańcy mieli budować płaskodenne łodzie właśnie do pływania po płytkich wodach Bachorzy.

I dopiero w XIX wieku pojawiły się informacje, że to połączenie wodne zostało wykonane w pierwszej połowie XIII wieku na polecenie księcia Kazimierza Kujawskiego. Byłaby to wtedy największa hydrotechniczna budowa w średniowiecznej Polsce.

Pewnie się szybko nie dowiemy jak było naprawdę. Archeolodzy jak na razie omijają te okolice. Historyczne zapiski są mniej niż fragmentaryczne. Nawet nie do końca wiemy, w którym dokładnie miejscu ta dawna droga wodna miała przebiegać. Jeśli ktoś wie na ten temat więcej, to bardzo proszę o podzielenie się tutaj tą wiedzą. Mnie nie udało się nic znaleźć.





Z biegiem lat, nieistniejąca dziś rzeka Bachorza i miejsce dawnych przepraw, zaczęło zarastać. Powstały bagniste, trudno dostępne łąki. Po osadzie Korabniki też nie został ślad. Zgłowiączka uchodzi dziś do Wisły tuż przy przystani we... Włocławku!  Istniejący dziś Kanał Bachorze zbudowany został dopiero w XIX wieku i rzeczywiście łączy dorzecze Wisły i Odry ale miał na celu jedynie osuszenie tutejszych bagien.














04 lutego 2019

Morasko - musiało nieźle trzepnąć...





Nie chciałbym być tu około 5 tysięcy lat temu. Sądząc po liczbie i wielkości kraterów, musiało być tu niezłe bombardowanie. Swoją drogą ciekawe czy jacyś nasi przodkowie byli w okolicy, widzieli ogień spadający w nieba, usłyszeli huk i poczuli jak zatrzęsła się ziemia? Nie tak dawno, odkryto pod Szczecinem osadę sprzed 7 tysięcy lat. I to nie byle jaką! Zajmowała około 7 hektarów czyli tyle, co przeciętne średniowieczne miasto. Co ciekawe, do tej pory teren ten był uważany w owym czasie za bezludny. A tu nagle taka niespodzianka. Więc być może i tu w okolicach dzisiejszego "Rezerwatu Morasko" ktoś mieszkał.

Jeśli mieszkał, to musiało zrobić to na nim piorunujące wrażenie. Dla naszych przodków, tego rodzaju zjawiska, miały absolutnie magiczny charakter. Smugi ognia na niebie, potem huk i drżenia ziemi. Wchodzący w atmosferę meteory rozpadł się na wiele kawałków. Do dziś znaleziono ich ponad 1400 o łącznej wadze przekraczając 2 tony. Największy do dziś znaleziony fragment miał prawie 300 kg, kolejny pod względem wielkości trochę ponad 200 kg. Ten pierwszy znaleziono zresztą całkiem niedawno - w 2017 roku.

Powstała grupa położonych blisko siebie 7 kraterów (niektórzy mówią, ze 9)  będących jednym z największych takich skupisk w Europie i na świecie.

Pojawiła się też teoria, że meteoryty z Moraska są fragmentem większego, tak zwanego Bolidu Wielkopolskiego, jego pozostałe części spadły na przestrzeni kilkuset kilometrów.  Dowodem ma być identyczny skład chemiczny. I faktycznie, jeśli popatrzymy na mapę, pozostałe kratery układają się mniej więcej w jedną linię - od środkowych Niemiec aż kawałek za Poznań.

Gwoli ścisłości trzeba też dodać, ze inna teoria mówi, kratery nie są kraterami a polodowcowymi jeziorkami wytopiskowymi a same meteoryt spadł w innym miejscu... na lodowiec. Wędrował potem podobnie jak głazy narzutowe i w końcu został przeniesiony do Moraska. Tu zastał go koniec epoki lodowcowej.


Mniejsze kratery są wypełnione wodą jedynie czasem. W środku suchego lata zostało tu jedynie trochę błota. 

W średnim - błoto po pachy. Krok za daleko i buty w nim zostawimy. Na brzegu pełno tropów zwierząt: dzików, saren i chyba jeleni. Dlaczego najczęściej przychodziły akurat pod ten krater? Nie wiem. Może dlatego, że był najbardziej na uboczu? Przy innych kraterach było tych tropów znacznie mniej. 

Rezerwat "Meteoryt Morasko" jest niesamowity. Nie spodziewałem się, że będąc w Poznaniu, na peryferiach co prawda, ale jeszcze w granicach miasta, znajdę tak piękny las. Stare wielkie drzewa, omszałe wiatrołomy. Dęby, których sam objąć nie byłbym w stanie. Bluszcz pnący się po drzewach. Po prostu piękny kawałek puszczy, niemal w środku miasta. 

Największy krater jest stale wypełniony wodą. Ma około 100 metrów średnicy i ponad 11 metrów głębokości. 


Na jego brzegach siedziało sobie stado krzyżówek. Powinno być je widać gdzieś tam między gałęziami. A może nie, może są za małe. W końcu to 100 metrów średnicy. 

Ogromny bluszcz wspinający się po starym dębie. Pień tego bluszczu miał na dole ze 20 centymetrów średnicy. Liście zaczynały się gdzieś na wysokości pierwszego piętra. Nie wiem ile ma lat lecz myślę, ze pamięta obie wojny światowe.  Bluszcz osadzony przeze mnie pod domem jakieś dwadzieścia lat temu, ma zaledwie 3 centymetry średnicy w najstarszej swojej części.  








09 stycznia 2019

Wieczne pióra są wszędzie






Wieczne pióra są wszędzie. W czasie konserwacji obrazu "Babie lato" niespodziewanie okazało się, że Chełmoński był nie tylko malarzem, ale także wielkim wizjonerem i jasnowidzem. Oprócz pajęczych nici, nieoczekiwanie znaleziono bowiem na obrazie... wieczne pióro! I to model stworzony dobrze ponad 100 lat później.

Nie ma w tym żadnego braku logiki i niekonsekwencji, albowiem Chełmoński, jak każdy wybitny artysta, potrafił siłą swojego umysłu podróżować w czasie i w przestrzeni. Gdyby nie ta znana dobrze cecha wielkich twórców, Kris Kelvin nie brałby się za bary z cytoplazmatycznym oceanem oraz nie zastanawiał się, co symetriady mają wspólnego z Harey. Pirx nie spotkałby siebie z czwartku, środy i piątku, a tym bardziej nie strzeliłby sam sobie w zęby. A Ender Wiggin nie ganiałby po całej galaktyce swoich podwładnych, by w ostatecznym rachunku spotkać Prosiaczki.
I co najciekawsze i najważniejsze, nie dałoby się pokonać drogi na Kessel w mniej niż 12 parseków czy drogi z Krakowa do Zielonej Góry w mniej niż 300 kilometrów.

Jak więc widać, pióro z XXI wieku i obraz z XIX wieku nie stanowią absolutnie żadnej sprzeczności. Zresztą wiek XXI i XIX różnią się tylko położeniem "I".










Zapraszam przy okazji na blog, prowadzony przez wylegującego się na zdjęciu młodego człowieka:









26 grudnia 2018

Królestwo Krasnolud(k)ów?






Pojechaliśmy nad Wisłę. W miejsce gdzie nie było nas dwa czy trzy lata. Jesienny wieczór szykował się ciepły i pogodny.

Pierwsza niespodzianka spotkała nas gdy doszliśmy do brzegu. Brzegu nie było! To znaczy jakby był ale tam, gdzie kilka lat temu płynęła woda, dziś rozciągała się wielka łacha. Jedynie łagodna już skarpa i stare wierzbowe zarośla pokazywały, gdzie kiedyś kończył się ląd i zaczynała woda.
Piasek tej łachy ciągnął się i ciągnął. Wyciągam lornetkę, wygląda że uda się dojść do dawnych wysp... odległych od dawnego brzegu chyba z kilometr.
Ruszamy więc i brniemy w sypkim piasku. Nogi zapadają się niemal po kostki. Miałem wrażenie, że idziemy i idziemy a drogi przed nami nie ubywa.



Część łachy porosła już wierzbowo-topolowymi zaroślami. Za kilka lat powstanie tu gęsty gaj. Nawet przejść będzie trudno.

Dochodzimy do starych wysp. Sądząc z wielkości rosnących tu drzew, mają przynajmniej kilkadziesiąt lat. Po trawie idzie się lepiej ale wody nadal nie widać. Dopiero po kolejnych kilkuset metrach natrafiamy na skarpę i wodę. Płoszymy kilka czapli, czatujących tu na ryby. Nie widziały nas do ostatniej chwili. Wisła jest ze trzy metry niżej! Jakże niski jest poziom wody w tym roku!

Obok na trawie są ślady po ognisku. Pewnie jacyś żeglarze tu nocowali. Bo raczej nikomu nie chciałoby się iść dwóch kilometrów od najbliższej wioski.

Rozglądam się i szukam jakiegoś tematu do zdjęć. Dookoła rozpościera się wszędobylska żółtość. Część liści leży już na ziemi, część trzyma się gałęzi ostatkiem sił. Czasem rozlega się delikatny szelest, jakby cichutkie pyk, pyk, pyk, pyk... To spadające liście uderzają o gałęzie.

Krzyś,  mniejszy i zwinniejszy, zeskakuje szybko na dół skarpy. Nie widać go z góry w ogóle.

I nagle słyszę krzyk:

- Tatoooo, taaatooo... znalazłem ściany Ereboru!

Wychylam się nad skarpę. Młody stoi pode mną i się śmieje.

- Musisz zejść na dół. Tam chyba jest najłatwiej - macha ręką i pokazuje w bok.

Gramolę się w dół, po chwili jestem. Skarpa jest wyższa ode mnie.




Faktycznie! Ściany Ereboru! I do tego pięknie oświetlone wieczornym słońcem. Z góry nie było tego widać. Tak, nadwiślańskie skarpy potrafią być magiczne.



Ale Erebor, tu? Nad Wisłą? I to jeszcze taki mały? To był wielki pałac! Z drugiej strony nasze rodzime krasnoludki też jakby były trochę mniejsze.



Słynny uczony Koszałek-Opałek potrafił przysiąść sobie na szyszce a Podziomek podróżował na bocianie i kocie. Więc i Erebor powinien być odpowiednio dopasowany do rozmiarów naszej krasnoludkowej rzeczywistości.


Sfotografowałem skarpę i ściany Ereboru. Fotografowaliśmy ją zresztą razem z Krzysiem. Póki słońca starczyło, aż do zmierzchu.
Teraz ruszam wzdłuż Wisły, szukać Doliny Rivendell. Jeśli więcej się nie pojawię to znaczy, że znalazłem...


Krzyś fotografował ściany Ereboru razem ze mną. Oto i jego opowieść:

Erebor

Zapraszam



20 października 2018

Liście lecą z drzew...




Czy tej łysce ktoś powie o tym liściu nie na głowie,
Nikt jej nie poratuje, nikt jej nic nie powie,
Tylko się każdy gapi, tylko się każdy gapi i nic.

Liście lecą z drzew, liście lecą z drzew...














Nowe przygody Krzysia i Misia Detektywa. Odwiedzili tym razem Park Łazienkowski w Warszawie:



Wycieczka do Łazienek Królewskich








29 września 2018

Nad jeziorem...




Gwiazdo, coś spadła, śnij mi się, śnij!
W progum wędrowny porzucił kij.
                  Byłem ja leśny, 
                  Byłem bezkreśny,
                  A dzisiaj - czyj?

                       Bolesław Leśmian





Tak na koniec lata trochę jeziornych impresji.












05 sierpnia 2018

Wrzosy




Pisałem kiedyś, że należy odwołać wrzesień, bo wrzosy zakwitły pod koniec lipca! (klik) W tym roku podobnie. Jest początek sierpnia a kwitną sobie w najlepsze. Ba... zdradzają już pierwsze objawy przekwitania. Najniższe kwiaty na niektórych gałązkach są już brązowe.

Więc zapraszam na wrzosowe impresje. Sam początek sierpnia na wrzosowisku...


Zapraszam też na blog Krzysia.

Ostatnio fotografował ze mną zaćmienie Księżyca...
















28 lipca 2018

Krwawy Księżyc




Całkowite zaćmienie Księżyca! Najdłuższe w XXI wieku. Następna taka okazja za ponad 100 lat! Rozmaite media krzyczały o tym tak już od dobrych kilku dni.

Cóż było robić. Nie chciało nam się czekać ponad 100 lat, więc wieczorem postanowiliśmy wyruszyć całą rodziną w teren.

Pogoda postanowiła pograć sobie z nami w kotka i myszkę. Od rana a to się chmurzyło a to błyskało słońce. Im bliżej wieczora, tym więcej było chmur. Nie zniechęciło nas to jednak. Spakowaliśmy sprzęt do samochodu i pojechaliśmy.



Dojechaliśmy nad Wisłę. Wybraliśmy miejsce, gdzie księżyc powinien pojawić się nad wodą. Niestety, zastaliśmy... chmury. Połowa nieba, akurat w tym miejscu, w którym miał się pojawić Krwawy Księżyc, zasłonięta była chmurami. Co prawda malowniczymi ale wyjątkowo pojawiającymi się nie w porę.
Rozstawiliśmy sprzęt, zrobiłem kilka zdjęć wieczornego nadwiślańskiego krajobrazu i... czekaliśmy co będzie dalej.
- Tam, zobaczcie, tam! - krzyczy nagle bystrooki Krzyś i naciska spust swojego aparatu - Tam jest księżyc!
Rzeczywiście, jest jakby jakieś przejaśnienie w chmurach. Ale nawet przez lornetkę trudno było stwierdzić czy to księżyc czy jaśniejsza chmura. Minęło kolejnych kilkanaście minut. To właśnie był moment największego zaćmienia Księżyca a my wypatrywaliśmy czegoś w chmurach.  
Próbuję sfotografować to rozjaśnienie ale trudno jest w nie trafić obiektywem. W nocy, w wizjerze aparatu jest praktycznie niewidoczne. W końcu trafiam i wtedy... na zdjęciu wyraźnie widać okrągły kształt i czerwonawy kolor. Jest! Ledwie widoczny ale jest! Krzyś miał rację!
Po kolejnych kilkunastu minutach chmury niespodziewanie zniknęły. Krwawy Księżyc pojawił się w całej krasie...

... razem z rzeszą innych gwiazd i Marsem - widocznym poniżej i lekko w prawo. 
Świecił tak delikatnie, że na niebie pojawiły się gwiazdy jak w bezksiężycową noc.Widoczna była nawet Droga Mleczna.


Początek końca zaćmienia. Rąbek naszego satelity już wyszedł z cienia Ziemi i ma normalny, srebrzysty kolor. Kiedy uświadomiłem sobie, że ciemniejsza część Księżyca to cień planety, na której sobie akurat stoję, poczułem się dziwnie. Jakby na chwilę odkryto przede mną jakieś wielkie tajemnice wszechświata. Miałem ochotę pomachać i sprawdzić czy dostrzegę tam swój cień...
Ostatnie chwile. Jedynie maleńki fragment Księżyca był jeszcze w cieniu Ziemi. 
I na zakończenie - Wisła w świetle Księżyca - już po zaćmieniu, godzina pierwsza w nocy. Czas wracać do domu. 



A tak sfotografował zaćmienie Księżyca Krzyś i jego Miś Detektyw