13 czerwca 2012

Wisła - powodziowe kuliki...



Kuliki wielkie rzadko można spotkać nad Wisłą. Od lat w moich okolicach gnieździ się para, czasem dwie. Parę razy je fotografowałem. Ale któregoś roku zaprzyjaźnieni ornitolodzy donieśli:

- Mamy kulika na piasku. Ale jak chcesz coś zrobić to się śpiesz. Idzie wysoka woda. Wszystkie łachy raczej będą pod wodą!

No to rzuciłem wszystko i ruszyłem w drogę.

I faktycznie. Cztery kulikowe jaja leżały sobie niemal na czystym piasku. Prawie bez wyściółki. Normalnie jak białoczółki czy sieweczki! Niestety... poziom wody wzrósł w ciągu kilku ostatnich dni o ponad metr i gniazdo zbudowane daleko od brzegu znalazło się tuż przy nim. Co zresztą widać na zdjęciach. Jeśli woda podejdzie dwadzieścia - trzydzieści centymetrów wyżej - dojdzie do samego gniazda. A tu już popękane jaja... w jednym nawet dziura. Najdalej dwa trzy dni i powinny być pisklaki.

Nie było czasu do stracenia. Żeby zrobić zdjęcia praktycznie zakopałem się w piasku. Co ja piszę.. leżałem w wodzie bo wszystko już było podsiąknięte.

Kiedy późnym popołudniem oswobodzono mnie z ukrycia miałem zrobionych kilka rolek filmu i pomarszczoną skórę od wielogodzinnego siedzenia w wodzie. Zaś samo gniazdo...  no jaja zaczynały leżeć na mokrym piasku. Gdy spakowaliśmy cały sprzęt i wrzuciliśmy do łodzi, jaja kulika zaczynały leżeć w wodzie. Na żywioł nie ma rady... ale czy aby na pewno... Co prawda jestem zwolennikiem nie ingerowania w to co dzieje się w przyrodzie ale tym razem nie wytrzymałem. Jeśli nic nie zrobimy to i tak pisklęta w jajach zginą w ciągu godziny. A woda ma się podnosić jeszcze dalej. Zabezpieczyliśmy jaja i wszyscy zaczęliśmy sypać w miejscu gniazda górę z piasku. Czym się dało: wiosłami, rękami... z czyjejś koszuli zrobiliśmy worek i nosiliśmy piach z dalszej części wyspy. Usypaliśmy górkę niemal metrowej wysokości czyli przenieśliśmy dobry metr sześcienny piasku. Jeśli kuliki się tego nie przestraszą, to może będą miały szansę. Bez tego - żadnej. Właściwie to już byłoby po lęgu bo woda podniosła się o kolejnych kilka centymetrów.
Zbudowaliśmy na szczycie góry gniazdo, ułożyliśmy jaja i jak najszybciej odpłynęliśmy.

Przez następne dni ze względu na wysoki poziom wody nie mieliśmy szansy zajrzeć na kulikową łachę. Kiedy zdołaliśmy tam dotrzeć ponownie po ptakach nie było ani śladu. Nasza góra była ale nie dało się ustalić czy coś pomogła i dokąd dochodziła woda.

Od znajomych ornitologów, dysponujących lepszym sprzętem pływackim, dowiedzieliśmy się później, że kuliki przeżyły. Nie przestraszyły się nowo powstałego wzgórza. Woda wzrosła jeszcze o jakieś pół metra i naszej konstrukcji nie zalała. Widzieli później parę razy jak kulik z młodymi biega po łasze...





Gniazdo kulika wielkiego na piasku  - widziałem coś takiego raz w życiu . Nawet jest skromniejsze niż mewy czy rybitwy. 

Szef (szefowa)? przyszedł i robi swoje porządki.

Wysiadywanie to fascynujące zajęcie.

Gdy jeden ptak był zajęty "jajami", drugi spacerował sobie po pobliskich łachach... 

... i próbował znaleźć coś jadalnego. Za kulikiem widać stojące już w wodzie młode zarośla  topolowe. 




10 czerwca 2012

Wisła - majowy wieczór...


I jeżeli spontaniczna to rzecz
I jeżeli oczywista to rzecz
I jeżeli naturalna to rzecz

Weź

To co się tu daje
W imię słońca
I jego gońca:
Skowronka gwiżdżącego, amen



         Edward Stachura "Komunia"















05 czerwca 2012

Wieczór nad Jeziorem Dargin.


Z opisywaniem chmur
musiałabym się bardzo śpieszyć -
już po ułamku chwili
przestają być te, zaczynają być inne

Ich właściwością jest
nie powtarzać się nigdy
w kształtach, odcieniach, pozach i układzie.

Nie obciążone pamięcią o niczym
unoszą się bez trudu nad faktami.

(...)


                     Wisława Szymborska











01 czerwca 2012

Zaklinacz koni III



- Ejjjj!!! Futrzaki... co jest? Człowieczka w trawie nie widzieliście ?? 

- Hej... zobacz... umiem chodzić jak ty  !!!

- Co mi tu dmucha w ucho...?  czekaj spokojnie na swoją kolej.!

- Wiesz.. gorąco dziś strasznie, nic się nie chce. Choć walniemy się  na tej łące ...

- ...o tak właśnie! 

- W kaczy kuper... komary gryzą. Machnę kopytkiem, może je odpędzę ...
- Faktycznie... trochę ci pomogę... też machnę... 
- Dooobraaaaa... śpijmy dalej...
- kolorowych snów...

- Chrrrrrr... chrrrrr... 

- Chrrrrrrrrrrrrrrrrr....





 Poprzednie części przygód Młodego i koni:

Zaklinacz koni 

Zaklinacz koni II




30 maja 2012

Wisła - śmieszne latawice



Śmieszki budują swoje gniazda nie tylko nad jeziorami czy stawami. Można je spotkać również nad rzekami. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem kolonię śmieszek na wiślanej piaszczystej wyspie, nie mogłem wręcz uwierzyć w to, co widzę. Niektóre gniazda były po prostu dołkami w piasku, jak u rybitw czy sieweczek.

Ostatnio nad Wisłą liczebność śmieszek spadła znacznie. Jeszcze dziesięć lat temu, na moim ulubionym odcinku, można było spotkać dwie, trzy kolonie po kilka tysięcy par tych ptaków. Obecnie jest jedna - może ze dwieście par. Pisałem o tym już wcześniej.
Postanowiłem w tym roku trochę pofotografować śmieszki. Bo choć w skali kraju są to ptaki dość pospolite, to darzę je jakimś sentymentem.
W kolonii śmieszek cały czas coś się dzieje. W przeciwieństwie do gnieżdżących się w pobliżu, spokojnych mew siwych, te krzyczą, kłócą się, latają jak wścieknięte. Słychać je zresztą z daleka. Taką kilkutysięczną kolonię - nawet na parę kilometrów. Obecnie - z racji na mała ilość ptaków jest to kilkaset metrów zaledwie. Ale i tak najpierw je słychać a dopiero potem widać.

Dziś więc trochę śmieszek latających. Jak widać większość z nich nie dość, że leci to jeszcze krzyczy... te ptaki tak mają...





 Kto łazi po mojej wyspie?

 Zabieraj się stąd! Do ciebie mówię!

No chyba ogłuchł!

Przypatrzę mu się z bliska... No wreszcie zniknął...



Wersja "na leniwca" - podyndam sobie nogą... 
  
  



28 maja 2012

Ziemia obiecana...


Fotografuje sobie spokojnie kosaćca... a tu nagle robal!  Zupełnie jak w starym dowcipie... "oglądam sobie spokojnie z rodzinką reklamy, a tu nagle film!" 
No to go trach. I na wieki uwieczniony w swej podróży do kosaćca obiecanego!




25 maja 2012

Obcy atakują...


Zaczęło się niewinnie. Zatrzymałem się przy niewielkim, położonym tuż przy wiejskiej drodze, stawiku. Kiedyś nawet gnieździła się tam jakaś łyska. Wiosną tokowało trochę rozmaitych żab. Ale nie w jakiś porywających ilościach. W sumie choć stawik jest urokliwy (i tradycyjnie po naszemu zaśmiecony) traktowałem go po macoszemu i omijałem. I teraz pewnie też zrobiłbym podobnie, gdybym kątem oka nie zobaczył lądującego ciemnego ptaka. 
- Łyska po latach wróciła - pomyślałem i zjechałem na pobocze. 
Oczywiście okazało się, że nie. Prawdopodobnie na chwilę przysiadła nad brzegiem wrona. Ale zobaczyłem w wodzie trochę kijanek. Wróciłem więc do samochodu  po sprzęt... 




Zaczęło się niewinnie...

... ale kilka kroków dalej kijanki występowały w ilościach hurtowych! I to nie są nieostre zdjęcia  tylko... "ruchome" kijanki. Na tym jedna na środku na dole zdjęcia (taka brzuszkiem do góry) postanowiła się nie ruszać przez ułamek sekundy...

Kilka wielkich kłębów kijanek wirowało w jakimś dziwnym tańcu... Po co? Dlaczego? Nie wiem . 

Kiedy podwinąłem spodnie i wszedłem do wody, część zaczęła krążyć dookoła mnie i skubać w stopy.  Taki darmowy peeling. No proszę. A niektórzy muszą za coś takiego (co prawda w wersji rybiej) płacić spore pieniądze!


Wróciłem do domu i natychmiast zrzuciłem zdjęcia na dysk. Kiedy się okazało, że kijanki poruszały się na tyle szybko, że 1/100 sekundy była zbyt długim dla nich czasem, wróciłem natychmiast nad stawik. Niestety... kijanki pływały już w rozproszeniu. Od wykonania zdjęć minęła zaledwie godzina...





22 maja 2012

Parys i trzy złośliwe dziewuchy...



W zasadzie chłopak miał przerąbane od początku. Cóż z tego, że był księciem Troi! Czego by nie wybrał, to i tak komuś podpadał. Najlepiej byłoby gdyby zachował się jak nasi politycy i wymigał od odpowiedzi. Ale weź tu odmów Zeusowi czyli szefowi wszystkich szefów, który przy twojej pomocy pragnie rozstrzygnąć spór trzech bogiń. I to o co...? O urodę! Zeus rzucił po prostu chłopaka na pożarcie a sam umył ręce i przyglądał się z daleka... Na dodatek wcale nie był to czysty wybór. Parys ewidentnie został przekupiony. Oferował złote jabłko Afrodycie w zamian za obietnicę pomocy w zdobyciu najpiękniejszej  kobiety na Ziemi. To, że okazała się nią być Helena, żona Menelaosa - króla Sparty, który w rewanżu zrównał Troję z ziemią - to rzecz drugorzędna. Bogowie mają dość wyrafinowane poczucie humoru.

Z trzeciej strony, gdyby Parysowi udało się jakoś wymigać od tego wyboru, nie byłoby znaczącego kawałka greckiej historii. Nie wiedzielibyśmy co to koń trojański czy pięta achillesowa. Achilles nie zginąłby pod murami Troi i nie zyskał nieśmiertelnej sławy. Odyseusz nie odbył by swej podróży... a Homer... Homer nie stworzył by Iliady oraz Odysei i pewnie pozostałby mało znanym wierszokletą. Kojarzonym wyłącznie przez historyków literatury.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ osiemnastowieczny szwedzki przyrodnik Carl von Linné, zwany bardziej swojsko Karolem Linneuszem, postanowił zaprowadzić porządki w przyrodzie. Opracował cały system klasyfikacji, rozpropagował dwuwyrazowe nazewnictwo, do dziś zresztą stosowane w nauce. Opisał przy tym prawie osiem tysięcy gatunków roślin. W tym tę, prezentowaną na zdjęciach, nazywaną u nas czworolistem. Wygląd rośliny skojarzył z Parysem i jego problemem. Cztery liście to właśnie: Hera, Afrodyta, Atena i Parys. A na środku znajduje się to nieszczęsne jabłko, które chłopak miał dać najpiękniejszej. Zaś łacińska nazwa czworolistu to - Paris quadrifolia!













18 maja 2012

Koko... koko... ryczka...




Któregoś pięknego poranka wybrałem się do lasu nakarmić komary. Biedactwa nie mogą być przecież głodne. W trakcie owego karmienia udało się mi nawet zrobić kilka zdjęć. Co prawda komary były z tego fotografowania bardzo niezadowolone. Co się poruszyłem by zmienić kadr, to utrudniałem im jedzenie. Ale cóż... musiały to znieść. Darmowe żarcie przyszło, nie można za dużo wymagać...














16 maja 2012

Wisła - Nasi tu byli...


Odwiedziłem wiślaną wysepkę, na której od lat gnieżdżą się śmieszki. Nawet jakby było ich dziś więcej, niż przez ostatnie lata. Ale kilkanaście lat temu bywały w okolicy kolonie po tysiące osobników. Widok absolutnie niezapomniany! Może to powoli wraca i ich liczebność odbija się od dna... było już tak w latach 90 ubiegłego wieku, iż na kilka lat śmieszki  prawie zniknęły znad Wisły. Może...

Niestety poziom zaśmiecenia wzrasta praktycznie z roku na rok. Puszki po piwie, butelki po napojach, niepotrzebne ubrania, zabawki a nawet kanistry po olejach silnikowych! Czasem trudno jest wręcz znaleźć czyste miejsce do zdjęć. Zastanawiam się czy niedługo jak będę chciał coś tu sfotografować to, bez paru godzin sprzątania się nie obejdzie? Najgorzej jest w miejscach odwiedzanych przez wędkarzy. Nie mówię, że wszyscy zostawiają po sobie śmietnik ale zdaje się, że statystycznie istotna większość raczej tak. W zeszłym roku znalazłem w takim "wędkarskim" miejscu, górę śmieci powyżej moich kolan. Kilku stulitrowych worków byłoby za mało. A skład wyraźnie sugerował powędkarskie pochodzenie. 







Na koniec - rarytas! Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałem. Obawiam się, ze jednak nie skończy się to dobrze dla pomysłodawczyni. Jeśli tylko przyczepka nie ma paru dziur od spodu, to po pierwszym deszczu wszystko będzie pływać w wodzie.