N iewiele brakowało byśmy wszystko przegapili i przespali. W porze, kiedy człowiek zastanawia się czy już czas zaprzyjaźnić się z poduszką, dzwoni nagle telefon - to Tosia! Co się stało?
- Słuchajcie, chyba widzę zorzę? Wychodźcie szybko...
No, z tym szybko, to tak trochę nie wyszło. Zanim wyciągnęliśmy sprzęt. statyw i stos ciepłych ubrań, minęło dobrych kilka minut, zwłaszcza że pies uparcie pomagał nam wiązać sznurówki. Uwielbia to robić, więc czasem zakładanie i zdejmowanie butów bywa niezłą zabawą. Tym bardziej, że jednocześnie próbuje łapać nasze palce, sznurówki oraz przewracać się na grzbiet, by wystawić brzuszek do drapania. Ogólnie jest wielkim kłębkiem psiej radości.
Danusia łapię torbę z dodatkowymi obiektywami, ja aparat i statyw. W końcu wychodzimy: podwórko, stara jabłoń, brama i już mamy przestrzeń przed nami i niebo gwiaździste nad nami. W mroźnym powietrzu gwiazdy są tak wyraziste, że aż kłują w oczy.
A w północnej części nieba - czerwień, dziwna, odbijająca się w śniegu i barwiąca go na różowo, rozpraszająca światło gwiazd. Zaś nad głowami i na wschodzie migają pasma czegoś jakby niebieskozielonego ale znikają zanim zdążyłem się im przyjrzeć.
Rozstawiam statyw marznącymi palcami, termometr przed chwilą pokazywał -15 stopni i zastanawiam się gdzie u diabła mam rękawiczki. Znajduję je po chwili w czwartej z kolei kieszeni. Znacie prawo rękawiczek? Im bardziej marzną palce, tym dłużej trzeba ich szukać.
Pierwsze zdjęcia robię prawie nie kadrując, tak by mieć cokolwiek, gdyby zorza nagle zniknęła.
Przychodzi mi do głowy, by podjechać nad Wisłę ale miejsca gdzie zorza byłaby nad wodą, są o co najmniej pół godziny drogi. To najpierw zrobię zdjęcia pod domem a potem zobaczymy.
Już tylko niewielki fragment nieba jest czerwonawy, prawie niewidoczny gołym okiem, ujawnia się dopiero po zrobieniu zdjęcia.
Wracamy do domu, już jest prawie pierwsza w nocy. Zanim zgraliśmy zdjęcia i obejrzeliśmy co wyszło z tego fotografowania, była już 2 w nocy. Kurczę, latem o tej porze niebo na wschodzie zaczęłoby już różowieć.
Gdybym pojechał nad Wisłę, nic bym nie zdążył zrobić. Może następnym razem.



