28 grudnia 2025

Zapiski z drogi... stary zamek i Troja w Karpatach

 

Może jeszcze za zakrętem    
Ujrzym drzewo albo kamień 
Przez nikogo nie widziane...

J.R.R. Tolkien




Nad górskim potokiem o nazwie "Biała", (Hmmm... czyżby nie był to potok tylko rzeczka? Albo potok rodzaju żeńskiego?) spędziliśmy dwa dni. Byczyliśmy się równo, czytaliśmy książki, Tosia malowała swoje obrazy. Ba...  nawet zażywaliśmy ekologicznego jacuzzi. W jednym miejscu potoku było zagłębienie, jakby wanna i gdy się w niej siadło, płynąca po kamieniach woda, trzepała z dużą siłą w plecy, zaś z drugiej strony żyjące pod kamieniami niewielkie rybki skubały delikatnie nogi. 

Do tego zrobiliśmy pranie. Wiecie jak się robi pranie w górskich potokach? Potrzebny jest do tego sznurek albo kamień albo jedno i drugie. Przywiązujemy sznurek do ubrania i wrzucamy ciuch do wody, zaś sznurek mocujemy do jakiegoś  kamienia, nadbrzeżnego krzaczora czy po prostu przyciskamy ubranie kamieniem  Po godzinie trzepotania w szybko płynącej wodzie ubranie jest czyściutkie. Bez żadnych mydeł, detergentów czy proszków. Potem ozdabiamy drzewo sukienkowe i suszymy wszystko w letnim słońcu. 



Trzeciego dnia ruszamy powoli w stronę Troi... Karpackiej Troi. Skansenu o którym sporo słyszałem ale nie miałem jeszcze okazji go odwiedzić. 

Ale najpierw trzeba znaleźć jakieś fajne miejsce na kolejny nocleg. Poszukiwania na guglomapie ujawniły niewielki leśny parking, daleko od głównych dróg i obok ruin jakiegoś zamku. Do skansenu jest stamtąd może z 10 kilometrów.
Więc cóż, żegnamy potok "Biała" i... nawijamy kilometry asfaltu na koła. 

Późnym popołudniem, kilka kilometrów przed celem, skręcamy w jakąś boczną wąską i krętą drogę. Stajemy na jakimś małym placyku, dobre pół kilometra od zaznaczanego na mapie parkingu. Tylko, że dalszej drogi nie ma! Może z 10 metrów dałoby się przejechać terenówką a potem na przełaj przez las. Nic się zresztą nie zgadza na mapach i w terenie. Zawracamy. Krzyś z nosem w tablecie przejmuje nawigowanie. 100 metrów niżej znajdujemy jeszcze jedną drogę w bok, skręcamy ale... to chyba niemożliwe by prowadziła do naszego celu? Wygląda jakby była to droga donikąd, jakieś krzaczory, dalej widać pasiekę... Wracamy. Jadę powoli tyłem, łypiąc to w jedno, to w drugie lusterko i nagle... ŁUP! Samochód się przechyla. Wpadam tylnym kołem w jakąś dziurę czy inny rów, zupełnie niewidoczny w trawie. Próbuję ruszyć do przodu ale koła tylko buksują. No pięknie!

Danusia idzie do nieodległego domu po pomoc a ja robię kipisz w bagażniku i wyciągam linę, która zgodnie z prawami Murphy'ego, jest w skrzynce na samym końcu. Przyjaciel, który towarzyszył nam przez część podróży podczepia ją do swojego samochodu. Wraca Danusia więc spróbujemy wyciągnąć się własnymi siłami, zanim nadejdzie obiecana pomoc. Odpalamy dwa samochody, lina się napręża. Danusia z Krzysiem pchają z drugiej strony, koła nagle łapią przyczepność i po chwili jestem uwolniony. Cofam się ostrożnie obstawiany przez Krzysia i Danusię, pilnują bym znowu w coś nie wpadł. 
Rozmawiamy przez chwilę z człowiekiem, który przybył z pomocą. Tam dalej nie ma nigdzie żadnego parkingu. Jest tylko ten mały placyk, na którym byliśmy kilka chwil temu. Mapy i rzeczywistość rozchodzą się w tym miejscu mocno. 
Zostajemy więc na tym placyku, choć musieliśmy się nieźle nakombinować, by stanąć w miarę równo, bo kiepsko się śpi w przechylonym samochodzie. 



Rano wybieram się na małą wycieczkę po okolicy. Chciałbym dojść do ruin tego zamku ale jeśli oznaczony na mapie jest podobnie jak parking, to trochę może mi to zająć. Nie znajduje żadnej informacji, szlaku, ścieżki... więc idę na przełaj przez las w mniej więcej dobrym kierunku. A las tu jest naprawdę ładny. Sporo w nim starych drzew o tak niesamowitych, powęźlonych pniach, że musiałem uwiecznić je na zdjęciach. 
W lesie spotkałem tubylca, chodził i szukał grzybów. Doskonale wiedział kim jestem i że nocowaliśmy tu w kamperku. Pyta czy dobrze się spało i czy to fajnie w wakacje tak sobie podróżować.  

Pytam go o zamek. Pokazuje mi w którą stronę iść, by natrafić na ścieżkę... a potem jeszcze długo rozmawialiśmy. Dowiedziałem się, że jeszcze 30 - 40 lat temu zamek był dużo większy. Ale ludzie rozbierali go kawałek po kawałku i wywozili do budowy okolicznych domów. 

- Tu - mówił pokazując na wzniesienie nieopodal - potrafił stać szereg furmanek.

A władze tym się zupełnie nie interesowały. Dopiero po latach ktoś sobie przypomniał: 

- Mamy przecież zamek! 

I objęto całe wzgórze ochroną. Powstał rezerwat Golesz chroniący i przyrodę i ruiny zamku. Tylko z zamku, już prawie nie było czego chronić, bo uchowało się niewiele. Zostały praktycznie same fundamenty. Potem trochę to uporządkowano, zrobili nawet tablice dla turystów... 

- Widział je pan? Nie? No właśnie, stoją zarośnięte w krzakach i to nie przy samym parkingu, gdzie wszyscy chodzą, ale kawałek z boku.

I przypominała mi się historia "Świątyni Słońca" pod Horyńcem. Też z niej niewiele zostało. Opisałem tę historię przed laty. Można ją przeczytać tu.

Żegnamy się i idę w stronę ścieżki, wije się ona dookoła wzgórza na którym stoją przetrzebione i rozebrane resztki zamku. Okolica jest naprawdę ładna. W runie górskiego lasu czerwienią się obficie owoce obrazków plamistych. Musi być tu pięknie wiosną, kiedy rozkwitają ich dziwne, nietypowe kwiaty. 



Obchodzę całe wzgórze. Widać jakby ślady po fosie czy jakimś zagłębieniu ciągnącym się dookoła wzgórza. Wkrótce dochodzę do wejścia do zamku. Ono znowu nie jest malownicze. 


Ot, kawałek bramy i muru wysokości może metra, kawałek bastei podobnych rozmiarów i trochę kamieni porozrzucanych po okolicznych krzakach. Krążę sobie po resztkach zamku i myślę jak sfotografować to, co z niego zostało. 


A potem powoli, starając się nasycić widokami wracam do samochodu. W sumie jak już trzymałem się ścieżki, to okazuje się że jest to całkiem blisko. Na górę szedłem trochę dookoła. I nagle obok parkingu znalazłem wejście na ścieżkę do zamku i te tablice informacyjne. Postawione są tak genialnie, że widać je od tyłu a od przodu zasłonięte jest wszystko jakimiś chaszczami. Stałem rano zaledwie kilka metrów obok i nic nie zauważyłem.


Po śniadaniu zwijamy się i ruszamy w stronę Karpackiej Troi. Nawigacja pokazuje kilkanaście kilometrów, więc szybko dojeżdżamy na miejsce. Przechodzimy przez kasy, okazuje się że otrzymana kiedyś odznaka "Zasłużony dla kultury polskiej" zapewnia mi darmowe wejście. Można też tu kupić trochę historycznych materiałów. Zaopatrujemy się więc w książeczkę o dawnym łucznictwie. 

Pierwsze co mi się rzuca w oczy to bardzo rozległy teren. Będzie trochę chodzenia. 

Skansen założono w miejscu, gdzie odkryto najstarszą osadę obronną w Polsce. Chociaż to raczej złe określenie. Należałoby napisać najstarszą znaną osadę, bo nigdy nie wiemy, co zostanie jutro odkryte. I nie w Polsce a na terenie dzisiejszej Polski, bo cztery tysiące lat temu w epoce wczesnego brązu, nikt o Polsce czy w ogóle o państwach i narodach nie słyszał. 

 


Skansen nie miał na początku szczęścia, Jego otwarcie zaplanowano na lato 2010 roku ale... płynąca kilkaset metrów dalej niewielka rzeczka Ropa, pokrzyżowała te plany. Na co dzień mająca 20 - 30 metrów szerokości, tuż przed otwarciem skansenu wystąpiła z brzegów i zalała całą okolicę. Ucierpiał nie tylko skansen, około 30% pobliskiego Jasła znalazło się też pod wodą. Nie mówiąc o dziesiątkach innych wsi, miast i miasteczek na Podkarpaciu.
Tak wielkiej wody w Ropie nie notowano co najmniej od ponad 100 lat. 

Porządkowanie i usuwanie strat trwało długo. Skansen otworzono dopiero rok później.


Robi się upalnie, tegoroczne lato nie ma litości. Tosia już dawno stwierdziła, że zasiada w cieniu i maluje. My kręcimy się po skansenie i fotografujemy wszystko, co zwróci naszą uwagę. Z racji na upał robimy to bardzo powoli, temperatura nie zachęca do szybszego marszu. By się ochłodzić wchodzimy raz po raz do domków. To ciekawe, gliniane, kryte grubą strzechą nie potrzebują klimatyzacji. W środku jest po prostu chłodno. 




W skansenie można spotkać też różne zwierzaki. Kozy miały wywalone na upał, zaś bliskie naszemu sercu koniki polskie stały sobie w cieniu w stajence i udawały. że ich nie ma. 


Wejście na wzgórze i dawną główną cześć grodu daje nam nieźle w kość. Zrobione są tam schody, z których podziwiać można fragmenty zrekonstruowanych umocnień. Nie wiem ile tam było stopni ale... stanowczo na tę pogodę za dużo. 

Na samym końcu skansenu znajduje się wieża widokowa. Wdrapaliśmy się na nią porządnie zasapani. Ale na górze wiał wiatr i panował miły chłodek. Dopiero stąd widać jak wielki obszar zajmuje teren dawnego grodu. 

Koniec osadnictwa i gwałtowny upadek grodu w tym miejscu datowany jest na wczesne średniowiecze czyli początek XI wieku. Najprawdopodobniej związany jest z utratą po śmierci Bolesława Chrobrego Grodów Czerwieńskich na rzecz Rusi Kijowskiej.
Czyli jakby nie patrzeć okolice te były zamieszkałe przez około 3000 lat! 

Do zwiedzania mamy nie tylko część plenerową ale i bardzo fajne ekspozycje w pawilonie. Powiem tak, żeby wszystko spokojnie obejrzeć i przeczytać umieszczone informacje potrzeba sporo czasu. To nie jest skansen na godzinną wycieczkę. Chyba, że ktoś chce przebiec, odhaczyć zaliczenie i pognać dalej. My zaś lubimy delektować się i oglądać takie miejsca powoli i z uwagą.

Wieczorem ruszyliśmy w dalszą drogę... Dokąd? Zobaczymy.






05 grudnia 2025

Zapiski z drogi... jak nie zostałem szejkiem

 



        Kto wie, może ścieżki, którymi każdy z was powinien wędrować, już ścielą się wam u stóp,                    chociaż ich jeszcze nie widzicie.


JRR Tolkien "Władca Pierścieni"  




pod kamieniołomu i skamieniałych drzew ruszyliśmy w stronę... Gorlic. Dostałem namiary na miejsce, gdzie ropa naftowa samoczynnie wypływa sobie na powierzchnię. Jest takich miejsc trochę w Polsce. Jedno sfotografowałem kilka lat temu, o kolejnym wiem i pewnie też się tam kiedyś wybiorę. 

Zresztą, co tu dużo mówić, byliśmy prekursorami przemysłu naftowego na świecie. To u nas, właśnie w tych okolicach, Ignacy Łukasiewicz założył w 1854 roku pierwszą kopalnię ropy naftowej. A było to pięć lat przed pierwszym odwiertem w Pensylwanii, uważanym powszechnie za początek przemysłu naftowego. Może kiedyś napiszę o tym miejscu więcej, bo mam przecież zdjęcia ze skansenu w Bóbrce. 

A pierwszy szyb naftowy u nas powstał w roku 1952 właśnie w pobliżu Siar, czyli miejsca do którego zmierzaliśmy, choć samą ropę wydobywano tu z płytkich źródeł, metodą "dziura w ziemi i wiadro"  już w XVII wieku.

Po drodze stajemy przy małej knajpce. Tosia i Krzyś są straszliwymi kawoszami. Jakieś w ogóle czary odprawiają przy własnoręcznym jej przygotowywaniu. I poszli w jakość a nie w ilość, jedna filiżanka od czasu do czasu zamiast 5 rozpuszczalnych dziennie... 

Więc dziś właśnie naszła ich ochota na jakąś wyczesaną kawę, kawę której nazwy nie jestem w stanie ani wymówić ani zapamiętać. Wypatrzyli coś po drodze, coś co robiło nadzieję i wpatrywali się we mnie niczym dwa bobry w młodą wierzbę. A że wiadomo powszechnie, iż Stare Konie mają do Źrebaków słabość, to nie było innego wyjścia jak uwzględnić tę wizytę w planach.

Mimo, że miałem ustawionego Gnaja (Wiecie co to jest Gnaj? To takie urządzenie... GPS - Gnaj Przed Siebie), kawiarenka z daleka wyglądała tak niepozornie, że ją przegapiliśmy. Trzeba było zawracać. Maleńki parking ukryty był za drzewami. Od strony drogi niemal nie było widać, co mieści się w głębi. A w środku...! Pełno łakoci rozmaitych. Duży plac z kameralnymi miejscami gdzie można w ciszy i spokoju oddać się grzeszeniu łakomstwem, dające cień drzewa, woliery z ptakami i królikami... 


Krzyś z Tosią delektowali się kawą i jakimiś ciachami. My pożarliśmy kawałek czekoladowego tortu i podobnej rolady... Ach... takich dobrych rzeczy dawno nie jedliśmy. Bo wiecie, w drodze nie ma warunków, by takie łakocie przygotować samodzielnie.

Gdyby ktoś chciał równie jak my pogrzeszyć łakomstwem, to knajpeczka nazywa się fikuśnie - pół po polsku, pół po angielsku - "Filiżanka Village" i znajduje się w miejscowości Bogoniowice. I nie, nie płacą mi za reklamę. Nawet nie wiedzą, że ich tak obsmarowałem. A gdyby ktoś chciał się zatrzymać w okolicy na dłużej, to niedaleko pod Ciężkowicami jest rezerwat Skamieniałe Miasto. Fajne miejsce nawet na dłuższą wycieczkę.  


Objedzeni ruszamy dalej w drogę w poszukiwaniu ropy naftowej. I oczywiście pod sam koniec zaczynamy błądzić. Na jakimś skrzyżowaniu wąskich, górskich dróg skręcamy nie w tę z pięciu odnóg. Prowadzenie przejmuje Krzyś, który jest mistrzem w tej materii. Robimy wielkie kilkukilometrowe koło, bo na wąskiej drodze nie ma jak zawrócić i wjeżdżamy wreszcie w tą właściwą. Jeszcze dwa kilometry, kilometr... stop. To gdzieś tu, dalej trzeba iść piechotą. 

Zabieram potrzebny sprzęt, statyw i powtarzam w głowie opis dalszej drogi: do lasu, potem kilkaset metrów i będzie mała steczka w bok. Jeszcze kilkaset metrów i będzie strumień a na jego brzegu kałuża ropy... 

Las jest wilgotny i ciemny, Od razu zrobiło się chłodniej. Letni upał przegrał z drzewami. Przypomina mi się Stary Las z Władcy Pierścieni. Niemal wypatruję między drzewami Toma Bombadila. 

I prawie przeoczyłem ścieżynkę w bok. Była tak delikatna, że tylko lata doświadczeń w wędrowaniu po lasach i bezdrożach pozwoliły mi dostrzec jej nikły ślad. Zresztą do końca nie byłem pewien czy dobrze trafiłem, czy nie trzeba będzie wracać i szukać dalej.

Ledwie widoczna dróżka wije się między drzewami, raz w lewo, raz w prawo, raz w górę, raz w dół. Po kilku minutach marszu widzę mały jar i w nim chyba maleńki strumień. Rozglądam się, a na brzegu jest ciemna plama o nietypowym jak na las kolorze. Podekscytowany i z nadzieją w sercu przyspieszam,

Tak to jest to! Trafiłem jak po sznurku. Wokół rozchodzi się delikatny zapach, jak przy tankowaniu samochodu. Kałuża nie jest wielka, ma najwyżej ze 3 metry średnicy. Ze środka wydobywają się pęcherzyki gazu. Krążę dookoła, robiąc ujęcia to z jednej, to z drugiej strony. Obok, pod drzewem leży jakiś plastikowy kanisterek, którym okoliczni mieszkańcy wybierają trochę ropy na własny użytek. Wykorzystują ją do dziś, między innymi do konserwacji drewna. 

Niestety ropy było mało, jakbym się bardzo postarał, może uzbierałbym słoiczek. Większość to... woda przykryta cienką warstwą ropy. Zresztą wszystkie okoliczne złoża ropy naftowej mają jedynie znaczenie historyczne. Obecnie w materiałach geologicznych widnieje status "wyczerpane". Trzeba by się cofnąć o ponad 100 lat, kiedy było to jedno z ważniejszych miejsc wydobycia ropy naftowej w Polsce. Po okolicznych lasach i łąkach pełno było wtedy kopanek czyli takich studni z ropą czy szybów w miejscach gdzie ropa była głębiej. A głębiej w tym miejscu znaczyło zaledwie 20 - 30 metrów!
Potem pojechaliśmy szukać drugiego miejsca, jakiś kilometr dalej. I tu nas spotkało rozczarowanie. Kręciliśmy się po lesie ponad 3 godziny i znaleźliśmy jedynie pozostałości okopów z I wojny światowej. W miejscu gdzie pod Golicami była wielka bitwa, nazywana czasem Małym Verdun. Według  szacunków zginęło tam lub zostało rannych po obu stronach (rosyjskiej i austrowęgierskiej)  ponad 150 tysięcy żołnierzy. 



Zmachani wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę odległego o kilkadziesiąt kilometrów urokliwego miejsca nad górskim potokiem, gdzie już zatrzymywaliśmy kilka razy w czasie różnych podróży i teraz postanowiliśmy odpocząć przez dzień czy dwa. Po drodze zatrzymaliśmy się na pizzę w miejscowości o wdzięcznej nazwie Ropa. Byliśmy zbyt zmęczeni, by szykować wieczorem coś samemu. 
Zasnęliśmy ukołysani szumem wody i głosami puszczyków w pobliskim lesie.