piątek, 16 grudnia 2011

Wisła - krzywym okiem...

Przy fotografowaniu rozmarzających nadwiślańskich łach, postanowiłem wypróbować obiektyw "rybie oko". Wczesną wiosną, gdy lody zaczęły już trochę odpuszczać, wybrałem się w okolice Otwocka.
Znalazłem piękną łachę, gdzie miejscami przecierał się piasek. Musiałem tylko przedostać się przez parę metrów płynącej przy brzegu wody. Wróciłem do samochodu po wodery, zsunąłem się po stromym brzegu trzymając gałęzi przewróconego drzewa i jakoś dostałem się na łachę.
Zabawniej wyglądał powrót. Znalazłem miejsce gdzie brzeg był łagodniejszy i dzieliły mnie do niego zaledwie dwa kroki. Dałem jeden... i nagle poczułem jak ruchome piaski wciągają mi nogę. Rzuciłem się do tyłu i podniosłem aparat do góry. Ale i tak do woderów wpłynęła lodowata woda. Zamarłem w bezruchu by nie zapaść się głębiej, zrzuciłem plecak na łachę, położyłem na nim aparat. Powoli wyciągnąłem się jakoś na ląd.
Kilka metrów dalej przeszedłem na brzeg bez problemu.
Potem czekał mnie tylko kilometrowy marsz do samochodu przy dziesięciu stopniach mrozu... i zdejmowanie mokrych woderów.
Ktoś, kto miał choć raz  wodery pełne wody, wie że jest to niezapomniane przeżycie...














3 komentarze: