środa, 14 grudnia 2011

W poszukiwaniu... paproci



Będąc ma wyspie Wolin wybraliśmy się na poszukiwanie ... paproci. Nie, nie jej  kwiatu, tylko samej paproci. Tej jednej, którą nawet na studiach przyrodniczych pokazywano jedynie na ilustracjach. Długosza królewskiego!  Podobno gdzieś tu jest. Przynajmniej tak napisano w przewodniku ...
Oczywiście tradycyjnie układ dróg był inny w rzeczywistości i na mapach. Ale to normalka. W końcu dostrzegliśmy maleńką, skromną tabliczkę "do rezerwatu paproci". Skierowała nas w szeroką leśną drogę. Po kilku kilometrach dotarliśmy do rozstajnych dróg,  czegoś w rodzaju parkingu , znaku  zakazu wjazdu. I żadnej informacji w którą stronę teraz iść. Spotkani grzybiarze podawali sprzeczne informacje.  W końcu po paru godzinach wędrowania leśnymi dróżkami rezerwat się znalazł. Jakieś dwa kilometry dalej. Po następnej godzinie znalazły się i długosze...



Zaczęło się niemal normalnie. Las... i może trochę więcej paproci  niż normalnie.

Chociaż w pewnym momencie powiało grozą ...


W miarę drogi paprocie rosły i rosły.

I zaczęły się się nawet wspinać na drzewa niczym pnącza.

Gdy dotarłem do granic rezerwatu, przerastały wszystko, tablice, ludzi ...  
I nagle jest! Ta jedna jedyna królewska paproć. ... Długosz...
Wyglądający jakby pochodził z innej bajki albo z innego świata ...


Ogromne liście, niepodobne do żadnej innej naszej paproci, jako żywo przypomniały  mi ilustracje z książek o życiu w erze dinozaurów...




 





7 komentarzy:

  1. piękne te długoszowo-królewskie poszukiwania :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. A jak nogi fajnie potem bolały :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Robercie, ciekawa i pasjonująca wycieczka w poszukiwaniu...

    OdpowiedzUsuń
  4. Brawo Druidzie!:)

    OdpowiedzUsuń