27 lutego 2015

Konwaliowe światła i cienie...





Źle sprawowałam się wczoraj w kosmosie.
Przeżyłam całą dobę nie pytając o nic,
nie dziwiąc się niczemu.

Wykonywałam czynności codzienne,
jakby to było wszystkim co powinnam.

Wdech, wydech, krok za krokiem, obowiązki,
ale bez myśli sięgającej dalej
niż wyjście z domu i powrót do domu.

Świat mógł być odbierany jako świat szalony
A ja brałam go tylko na zwykły użytek.

                    Wisława Szymborska




Ach czasem udawało mi się uwierzyć w sześć niemożliwych rzeczy już przed śniadaniem...

                    Lewis Carroll - "Po drugiej stronie lustra"


















22 lutego 2015

Latosie... czyli wiosnobranie




W zeszłym tygodniu spotkałem nad Wisłą skowronki i gęsi... dziś korzystając z pięknego porannego słońca postanowiłem zajrzeć do zaprzyjaźnionych leśnych przebiśniegów. Gdyby były to... no właśnie. Rok temu pojawiły się w pierwszym tygodniu marca.

I ku mojemu zaskoczeniu...  były! Co prawda nie do końca przebiśniegi a przebiliście i kilka przebimchów ale niektóre miały nawet niemal rozwinięte kwiaty. Więc tydzień temu zapewne też mógłbym je już sfotografować. W połowie lutego!

W lesie śpiewały sikory i kowaliki. Czasem przeleciało stadko gęsi, bębniły dzięcioły a słońce grzejące plecy rozleniwiało zupełnie...

Czyżby więc już...?

Powoli...?

Nadciągała...?



















20 lutego 2015

Bieszczadzkie grzywki





W górach jest wszystko co kocham
I wszystkie wiersze są w bukach
Zawsze kiedy tam wracam
Biorą mnie klony za wnuka

Zawsze kiedy tam wracam
Siedzę na ławce z księżycem
I szumią brzóz kropidła
Dalekie miasta są niczym...

               Jerzy Harasymowicz



















16 lutego 2015

Kuszonca propozycja... czyli językowe potyczki



Pływałem z życiu pontonami, kajakami, kanadyjkami, łodziami z  wiosłami lub silnikiem ... po jeziorach, stawach, rzekach, starorzeczach, bagnach rozmaitych...

Ale nigdy jeszcze nie pływałem kajakiem po starożeczu. Więc nie wiem czy się nie skószę... taka okazja!

Wiem, nabijam się. Zaraz się okaże, że ktoś odpowiedzialny za przygotowanie tej tablicy ma zaświadczenie o dysleksji, dysgrafii albo dysczymśtam. Więc mu wolno. Na dodatek dostarczył mi sporo rozrywki w ten pochmurny dzień, gdy postanowiłem zrobić nadwiślański zwiad w okolicach Stężycy co nad żeką Wisłą leży. Więc może niepotrzebnie się czepiam?

W sumie dobrze, że nie napisali na tablicy "Gmina Stęrzyca zaprasza na spływy starożeczem Wisły"

Ech... kórczę pieczone...











06 lutego 2015

Coś się kończy...





Była sobie wierzba. Staruszka... Porosła mchem i przepróchniała od środka. Nikt już nie pamiętał jakie czarty w miej mieszkały. Gruszek na tej wierzbie niestety nie było ale w załomkach kory z biegiem lat pojawiły się inne rośliny. A to psianka a to jakaś paprotka czy trawka. Ostatnio rosła na niej nawet jarzębina. Od lat, wielu lat, często ją odwiedzałem. Była to jedna z moich ulubionych wierzb. Taka pokręcona i z charakterem.



I choć taka inna, wcale nie była samotna. Rosła w towarzystwie innych wierzb, tuż obok nadwiślańskiego starorzecza. Otaczały ją ze wszystkich stron. Były wśród nich i młodziaki o kilkunastu centymetrach średnicy - rozpoczynające dopiero swoją ziemską historię. Były też i te ogromne, których nie byłem w stanie objąć bez pomocy rodziny - zahartowane przez życie i naznaczone zębem czasu.  


Mam ją utrwaloną na slajdach sprzed... dobrych dwudziestu lat. W otoczeniu tych samych wierzb, tylko... jakby trochę mniejszych.  

Fotografowałem ją w różnych porach roku i dnia, we mgle i w słońcu. Kilkukrotnie była już bohaterką moich wpisów na blogu:



Nadwiślański dziś-świt

Jesień idzie...

Ostatnio pojechałem znów odwiedzić moją wierzbę - przyjaciółkę. Nocą spadło kilka centymetrów śniegu więc byłem ciekaw jak prezentuje się po... nagłym ataku zimy. I wtedy okazało się, że świat wygląda jakoś inaczej. Z daleka jeszcze nie zorientowałem się o co chodzi.


Kiedy podszedłem bliżej okazało się, że drzewo przegrało walkę z czasem...


... samo życie... nie zrealizuje więc kilku fotograficznych planów, które wiązałem z tą wierzbą. Coś odeszło bezpowrotnie... 

Pozostaną tylko zdjęcia.

I wspomnienia.














27 stycznia 2015

Opowieść o starych drzewach XII




Wiosenna wizyta w Bieszczadach zaowocowała nie tylko zdjęciami świerków ale i pięknej starej lipy. Ciekaw jestem czy ktoś ją rozpozna, bo jest dość hmmm... znanym drzewem.













Poprzednie "Opowieści o starych drzewach"




Zaś pewne kulisy powstawania i skąd wziął się pomysł zdradzam w jednym z ostatnich numerów internetowego czasopisma:





22 stycznia 2015

Brodate i ryczące...





Tylko tu w Sławatyczach nad Bugiem tuż przy białoruskiej granicy, co roku przez trzy ostatnie dni grudnia pojawiają się na ulicach... Brodacze. Odziani w futrzane kożuchy, z twarzami zasłoniętymi przez maski i ogromne brody. Z wielkimi kolorowymi czapami na głowach, potężnymi kijami w rękach i owiniętymi słomą nogami.

Skąd taka tradycja? Informacja ginie gdzieś w mrokach historii. Brodacze byli tu już przed II Wojną Światową. Najstarsi mieszkańcy Sławatycz opowiadają, że ich dziadkowie już za Brodaczy się przebierali. Nawet w czasie niemieckiej okupacji wychodzili na ulice Sławatycz. Choć było to ryzykowne, gdyż Niemcy krzywo patrzyli się na ten zwyczaj.

Wcale bym się nie zdziwił, gdyby historia Brodaczy była znacznie starsza i sięgała wręcz czasów pogańskich. Tak jak na przykład zapalanie lampek na grobach...
Niestety, mimo kilku dni poszukiwań, nie udało się mi dotrzeć do żadnej informacji potwierdzającej czy zaprzeczającej tej tezie. W "Encyklopedii Staropolskiej" Zygmunta Glogera nic nie ma na ten temat. "Słownik Języka Polskiego" Witolda Doroszewskiego nie posiada w ogóle hasła "Brodacze". Jest tylko "brodacz" czyli zarośnięty facet. Wszechwiedzący Google powtarza w kółko kilka informacji dotyczących głównie czasów współczesnych. Jedyne co jest pewne to to, że dziadkowie współczesnych sławatyckich dziadków, już za Brodaczy się przebierali. Czyli w połowie XIX wieku tradycja była znana.

Nieco podobnych przebierańców  możemy jeszcze spotkać pod Krakowem. Też mają wysokie kolorowe czapy i futrzane kożuchy. Nazywają się Pucheroki i pojawiają się wiosną - w Palmową Niedzielę. Tylko, że tam przebierają się dzieci i tradycja wywodzi się ze średniowiecznych kwest krakowskich żaków.

Zapraszam zatem na trzy ostatnie dni roku do Sławatycz na spotkanie z unikalnymi i jedynymi w swoim rodzaju Brodaczami.


Zaczyna się... Brodacze z rykiem wybiegają na ulice. Dzieci piszczą, dziewczyny uciekają...  

Złapanie dziewczyny i wzięcie jej na hocki, czyli podrzucanie na kiju, miało przynosić szczęście. Tak więc wszystkie dziewczyny niby to z krzykiem uciekały ale tak, by za daleko nie odbiec. 
Brodacze zatrzymują przejeżdżające przez Sławatycze samochody. 

Kierowcy muszą się jakoś wykupić.
Szczególnie chętnie zatrzymywanie są samochody na obcych rejestracjach. A jak się trafił raz Warszawiak to... został prawie podniesiony do góry i przestawiony obok.  


Brody robione były kiedyś z lnu. Obecnie o len trudno, więc wykorzystywane są konopie czyli pakuły używane przez hydraulików. Podobno w grudniu w sklepach w całej gminie zaczyna ich brakować. Broda symbolizuje długie życie i wielkie życiowe doświadczenie.  

Maska na twarzy zrobiona jest z malowanej skóry...
... zaś gruby kij ma przypominać o trudach życia w mijającym roku. 

Chwila kulturalnego odpoczynku.

"Kogo by tu wziąć na hocki...?'


 "Teraz my tu rządzimy..."


Na koniec trzeciego dnia, czyli w Sylwestra, słoma tworząca nogawice i buty Brodaczy palona jest na środku głównej ulicy. 

 
A oto jak opisał i sfotografował Brodaczy młody zaklinacz koni, kozi król i gadający z jeżami czyli Krzyś i jego Miś Detektyw:

Brodacze w Sławatyczach czyli zwyczaje noworoczne






22 grudnia 2014

Wesołych Świąt...



Pogoda jaka jest każdy widzi... Zima wyraźnie zapomniała o tej części świata. Niewykluczone, że za parę lat zima zmieni się w porę deszczową i wypatrywać będziemy w Wigilię nie pierwszej gwiazdki a pierwszej kropli deszczu. Swoją drogą przez wiele ostatnich lat ten dzień bywał pochmurny. Nawet jeśli było śnieżnie i mroźnie. Wypatrywanie w naszym kraju pierwszej gwiazdki było więc czysto symboliczne. Ledwie małych kilka razy pamiętam gwieździste niebo nad choinką. Czyżby kiedyś grudniowa pogoda była inna?

W każdym razie mimo aury bardziej Wielkanocnej niż Bożonarodzeniowej... czego by tu życzyć...


Hmmm...

Białego Bożego Narodzenia i zielonej Wielkanocy,
Szczęścia liczonego co najmniej w kopach albo mendlach,
(teraz wszyscy sprawdzają w googlach co to kopa i mendel :) )
Abyśmy mogli powiedzieć, że kolejny rok był dla nas lepszy...
Końskiego zdrowia... a w szczególności żadnych problemów z kręgosłupem,
Zawsze działających pikseli, czystej matrycy i wiecznie naładowanych akumulatorów...
Zdolnych dzieci i... wnuków,
Żebyśmy zawsze mieli do kogo się przytulić,
Żadnych wieści ze świata polityki i niechaj politycy tankują za swoje...
hmmm...

Ach... i umiarkowania w świątecznym jedzeniu i piciu...

I zgodnie z aurą - pastuszek z Betlejem tym razem bez owieczek, które już pobieżały...






19 grudnia 2014

Koniki polskie - zrobione na szaro...




Niedawno zostałem wkręcony w małą zabawę na fejsie. Miałem pokazać 5 czarno - białych zdjęć koników polskich. Każdego dnia po jednym przez kolejne dni. Podrapałem się po głowie, zawinąłem parę zwojów mózgowych w prawo a potem w lewo i postanowiłem zrobić to trochę nie wprost. Wybrać zdjęcia, które będą wymagały od oglądającego chwili zastanowienia... co też tam właściwie jest. Na sam koniec dorzuciłem zdjęcie źrebaka od tyłu,  gdzie widać trochę więcej. Tak w ramach wyjaśnienia.

Przypomniałem sobie dawne czasy kiedy pracowałem na materiałach czarno - białych, bo... innych w Polsce wtedy nie było. A właściwie były, tylko ceny miały zaporowe. Czy ktoś sobie wyobraża dziś, że za jeden film Kodaka czy Fuji trzeba było dać około połowy przeciętnego miesięcznego dochodu Polaka? Potem ten film jeszcze wywołać... A film taki, dla wyjaśnienia dzieciom epoki cyfrowej, zawierał 36-37 klatek!

Postanowiłem zebrać wszystkie te zdjęcia w jednym miejscu i dorzucić jeszcze kilka innych. By nie zaginęły w czeluściach fejsowej tablicy...
Zapraszam do oglądania koników polskich zrobionych na szaro...
























14 grudnia 2014

Opowieść o starych drzewach XI



Aby znaleźć iglaste drzewa pasujące do "Opowieści o starych drzewach" musiałem wybrać się w... Bieszczady. Dopiero tam znalazłem duże świerki samotnie rosnące na stokach gór. Pozostało tylko wybrać te najlepsze. 
Zapraszam do oglądania kolejnej odsłony "Opowieści o starych drzewach". 


Poprzednie części, gdyby ktoś chciał,  można obejrzeć tu:






Zaś pewne kulisy powstawania i skąd wziął się pomysł zdradzam w jednym z ostatnich numerów internetowego czasopisma: