niedziela, 25 marca 2012

Opowieści spod karmnika - narąbany gość...


Dzięcioł duży... nie dość, że codziennie musiał się nieźle narąbać, to jeszcze ewidentnie leciał sobie ze mną w kulki. Przylatywał do darmowej stołówki, tylko wtedy, gdy w ukryciu mnie nie było. Ile razy podchodziłem czy przejeżdżałem samochodem pobliską drogą, widziałem jak wsuwa słoninę. Wchodziłem do ukrycia... dzięcioła ani na lekarstwo. Nawet po dobrych kilku godzinach siedzenia. I to bez względu na to czy wchodziłem sam czy też ktoś mnie odprowadzał, by zamaskować moje pozostanie. Taki twardogłowy cwaniak. 
Przez cały czas zaledwie kilka razy był łaskaw się pojawić i zapozować do zdjęcia. I to tak, że zanim zdążyłem ostrożnie obrócić obiektyw do pionowego kadru, machał skrzydłem w moją stronę i odlatywał z furkotem. W ciągu kilkudziesięciu godzin jakie spędziłem w ukryciu, widziałem go z bliska ze trzy razy i zrobiłem zaledwie kilka zdjęć. 

Kiedyś odwiedzała mnie para dzięciołów średnich. Ale od kilku lat ich nie ma. W pobliskim lesie mieszka też, dzięcioł czarny. Ale zlekceważył moje starania całkowicie. Choć w marcu zaczął już zawzięcie głosować, w zasięgu obiektywu  nie zobaczyłem nawet kawałka dzioba. 









2 komentarze:

  1. Jak blisko!!! Rewelacja Robert :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bliziutko... miałem go około dwóch metrów od siebie :)

    OdpowiedzUsuń