piątek, 10 lutego 2012

Wisła - zamarza sobie ciągle...

Matka Natura jest przewrotna... cały dzień pogoda dopisywała. Słońce, miły piętnastostopniowy mrozik. Postanowiłem wyskoczyć wieczorem nad Wisłę, zobaczyć czy przez kilka dni coś się zmieniło, może zamarzło bardziej.

Pod wieczór pojawiły się chmury. Wrzuciłem sprzęt do samochodu i czekałem... W końcu postanowiłem jednak ruszyć. Najwyżej skończy się na... "rozpoznaniu w terenie". Po drodze pojawiło się jednak w chmurach na zachodzie małe okienko. Nadzieja wzrosła i dodałem gazu. Okienko zniknęło... Zdjąłem nogę z gazu.

Gdy dojechałem na upatrzone miejsce, coś się jeszcze raz w chmurach zakłębiło, rozbłysło czerwienią. Na kilkanaście minut najwyżej... Ale i tak zdążyłem przy fotografowaniu zmarznąć na kość. Mróz przekraczał dwadzieścia stopni. Do tego lekki wiaterek.

Zastanawiałem się jaka temperatura byłaby wtedy przy bezchmurnym niebie? Dwadzieścia pięć? Trzydzieści stopni na minusie? Wszak chmury działają jak kołderka i pod nią zazwyczaj jest cieplej.



Prawie wszystko zamarznięte. W oddali widać tylko fragment  gdzie  płynie  główny nurt. I potem znowu lód aż  po drugi brzeg

Spiętrzenia kry przy brzegu...

Poziom wody opadł o metr... lód przy brzegu popękał i utworzył ząbki :)



2 komentarze: