13 lipca 2026

Krajobraz po... pożarze.

 




Po ponad dwóch miesiącach postanowiłem odwiedzić miejsce, gdzie w marcu spłonęło wiele hektarów nadbrzeżnych, łęgowych zarośli. 

Pojechałem z drążącym sercem. Jakoś podskórnie bałem się, co zastanę na miejscu. 

Dojechałem...

To, co widziałem wcześniej opisałem tu: (Nie)pochwała głupoty 

Jak to wyglądało teraz?

Wielkie topole wypuściły liście ale... tylko na wyższych gałęziach. Te niższe, będące na wysokości nadpalonych i osmalonych pni, były praktycznie bezlistne. Czasem jakiś pojedynczy liść próbował żyć ale nie wyglądał dobrze. Mały, blady i poskręcany...





Rozejrzałem się i po chwili dostrzegłem, że jedna z topoli w ogóle nie ma liści. U podstawy miała przynajmniej metr średnicy. Mniejsze krzewy i młode drzewa też w ogóle nie wypuściły liści. Widoczne są na zdjęciu przed martwą topolą. W tle widać zielone zarośla w miejscach, gdzie nie sięgnął wiosenny pożar.




Prawie wszędzie było zielono ale nie były to trawy, jak przez poprzednie lata, tylko gęste zarośla inwazyjnej nawłoci. Rośliny, która jak zajmie teren, to nie pozwoli niczemu innemu wyrosnąć pod spodem. Widać jej nasiona były dużo bardziej odporne na działanie ognia i roślina natychmiast to wykorzystała. Natomiast tam gdzie ogień nie doszedł, rosły sobie trawy z różnymi łąkowymi roślinami, poprzetykane rzadkimi nawłociami. Widziałem rumianki, firletki, jaskry, nawet jakiś kozibród się trafił... 




Tam gdzie rosły nawłocie... rosły same nawłocie. Sporadycznie między nimi próbowała żyć jakaś inna roślina. Stłamszona i ledwie żywa. 




Miejscami, pewnie tam gdzie ogień  i temperatura były większe, nie rosło nic. Takich plam gołej ziemi znalazłem kilka . 




W oddali zobaczyłem jeszcze spaloną i połamaną starą wierzbę. Podszedłem bliżej. Wnętrze wielkiego potrzaskanego pnia było wypalone. Najprawdopodobniej zajęło się próchno, które jak w każdej porządnej, wiekowej wierzbie było w środku. 





Czy drzewo runęło wczesnej i tylko pożar dokończył dzieła? Bliższe oględziny niestety pokazały, ze było dokładnie odwrotnie. Najpierw spłonęło wnętrze a osłabiona wierzba nie utrzymała ciężaru swoich konarów. Widać to wyraźnie na zdjęciu, gdzie pęknięcia nie są nawet lekko osmalone. 
Później, w domu, przejrzałem dokładnie zdjęcia zrobione po pożarze w czasie poprzedniej wizyty. Na kilku było ją widać. Stała jeszcze cała. Być może  żar w środku niszczył właśnie jej wnętrze ale stała. Jeden tylko konar leżał na ziemi odłamany jakąś wichurą (to ten z osmalonym końcem widoczny na zdjęciu) a pozostałe sięgały nieba i czekały na wiosnę... 

Nie doczekały się... 





Wierzby są twarde. Potrafią urosnąć dosłownie z patyka czy wbitej w ziemię gałęzi. Sam mam koło domu dwa już całkiem spore, gdzieś dwudziestoletnie drzewa, które pierwotnie były... słupkami w ogrodzeniu! Wypuściły gałązki, ukorzeniły się i... teraz dają mi cień w upalne dni. 

I ta też próbuje żyć. Na potrzaskanych konarach kilka gałązek puściło świeże liście. Coś tam się jeszcze dzieje w środku poranionego drzewa. Co z tego wyniknie okaże się za kilka lat. Czas ludzki i czas drzew biegną zupełnie inaczej. 

Kiedyś opisałem historię innej wierzby: Nadwiślańska wie(rzb)(dźm)a. Rosła ona sobie nawet nie sto metrów od tej potrzaskanej. Dziś nie ma tam ani wierzby, ani gęstwiny traw, ani nadwiślańskich chabazi. Wszystko spłonęło w tegorocznym pożarze. I tylko rozrosła się i wszędzie króluje inwazyjna nawłoć.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz