poniedziałek, 28 stycznia 2013

Gdzie ten tato?!



Pozostały po EURO 2012. Syrenki z piłką miast miecza zdobiły (bądź szpeciły według niektórych) Warszawę w czasie pamiętnych mistrzostw. Wszystkie identyczne co do ostatniej łuski na ogonie. Różniły się tylko kolorami tarczy i postumentu, pomalowanymi w barwy narodowe uczestników EURO.
Po mistrzostwach wylądowały pod Pałacem Kultury, gdzie dożywały swoich dni. Ile razy tam przechodziłem, to czułem się jak bohater znanego filmu atakowany przez setki identycznych agentów. Postanowiłem któregoś dnia sfotografować te prześladujące mnie klony Syrenki...
I wszytko było dobrze dopóki zdjęcia robiłem z daleka. Klony jak klony. Dwoiło mi się trochę w oczach ale dałem radę.






Ale gdy podszedłem bliżej oniemiałem. Patrzyłem i przecierałem oczy ze zdumienia... Nieprawdopodobne!





Wszystkie klony miały... pępek! Wiecie co to oznacza.? Gdzie jest pępek tam była pępowina. Gdzie pępowina tam była i ciąża...





A gdzie była ciąża, tam ewidentnie musiał być facet. Więc ja się pytam do jasnej cholery gdzie on jest! Kto zrobił warszawskiej Syrence całe stado jednojajowych bliźniaczek? I dlaczego się ukrywa? Jakaś afera się znowu szykuje?
Ostatnio zauważyłem, że klony syrenek zniknęły... jak sen jakiś złoty. Afery nie będzie. Ale ojciec nadal się nie ujawnił...

PS. Sytuacja skojarzyła się mi ze starym dowcipem. Może niektórzy go nie znają, bo pochodzi z poprzedniego stulecia i tysiąclecia więc przypominam:

Pani w szkole poprosiła dzieci aby przygotowały zdania z zaimkami ten, ta i to... 
Jasio jak zwykle miał odmienny pomysł niż reszta klasy i powiedział:
- moja siostra wyjechała na obóz i urodziła córeczkę...
Zdziwiona pani pyta.
- a gdzie ten, ta, to Jasiu?
- No właśnie, proszę pani. Nikt nie wie gdzie ten tato!



niedziela, 27 stycznia 2013

Zaklinacz koni IV




Zaklinacz koni rośnie i próbuje nowych rzeczy. W końcu życie nie może być nudne... 




Cześć Maleńka... 

... daj wyszczotkujemy ci futerko.


A ty możesz się dalej spokojnie paść!
A teraz chodź... sam na Ciebie nie wsiądę. Musimy iść po pomoc.


Ostrożnie... bo tu trochę ślisko.

Widzisz jak fajnie ? 

To naprzód... cały świat przed nami! 




 Poprzednie części przygód Młodego i koni:

Zaklinacz koni 

Zaklinacz koni II





środa, 9 stycznia 2013

Śmieszki - "prawie" czyni wielką różnicę...




Przeglądam zeszłoroczne zdjęcia, sprawdzając czy coś mi nie umknęło. Bo w szczycie sezonu czasem nie nadążam. I właśnie kilka dni temu znalazłem zarejestrowaną małżeńską scenę u śmieszek.

Nadwiślańskie kolonie tych ptaków zawsze mnie zadziwiają. Gniazda to nieraz dołek w piasku jak u jakieś rybitwy czy sieweczki.

Proszący ptak odzywa się w bardzo charakterystyczny, piszczący sposób. Podobnie trochę jak pisklęta. Jednocześnie tak zabawnie drepcze dokoła partnera. Łatwo to zauważyć, bo głos jest słyszalny nawet w śmieszkowo - kolonijnym harmiderze. Tak było właśnie tym razem. Najpierw usłyszałem, że ktoś kogoś zaczyna o coś prosić. Zobaczyłem samicę przymilającą się do samca. Skierowałem nań obiektyw. Szczęśliwie wszystko działo się w odpowiedniej odległości. Nie za blisko i nie za daleko. Tak, tak... wiele razy nie miałem jak zrobić tego dnia zdjęcia bo ptaki podchodziły zbyt blisko mojego ukrycia. Samica ewidentnie napraszała się samcowi. Chodziła dokoła popiskując i robiąc... maślane oczy. No i w końcu dopięła swego tylko, że sprawa spaliła na panewce. Zanim wszystko się na dobre zaczęło, samiec sfrunął na ziemię, otrzepał się i odszedł. Na pewne usprawiedliwienie można dodać, że była to pora klucia i wychowu młodych a nie amorów... więc pewnie hormony już nie te.
Samica zrezygnowała z dalszego proszenia.




Hej... Wiesz co?
Spójrz jak romantycznie się zrobiło...


Nie daj się prosić... !!! 

Nooooooo...

Ależ marudna ta kobieta...

Doooobraa... 

Eeeeeeee... i tak nic...!






piątek, 4 stycznia 2013

Wierzby, droga i przemijanie...





Dziś trochę wspomnień i rozmyślań na temat przemijania. Początek roku sprzyja takim refleksjom.
Pierwsze zdjęcie zrobiłem prawie dwadzieścia lat temu. Pewnego wieczora na przedwiośniu, wracałem do pozostawionego w pobliskiej wsi samochodu. Gdy je robiłem, nie wiedziałem jeszcze, że jakiś kilometr dalej na końcu drogi stoi dom... Mniej więcej na środku zdjęcia, tuż za widocznymi na horyzoncie drzewami. Na skraju wilgotnych łąk, gdzie wiosną można brodzić wśród kaczeńców i słuchać rechotu żab a latem świerszcze dają czadu tak, że drży powietrze.
I nie wiedziałem również, że po kilku latach w tym domu... zamieszkam.




Drugie ujęcie  pochodzi sprzed dwóch lat. Czas nie był łaskaw dla jednej z wierzb. Cały jej wierzchołek obumarł. Połowa pnia wypróchniała. Ktoś w środku rozpalił ognisko i nieźle drzewo przypalił. Ale żyje. Wierzby są twarde. Jakiś fragment zdrowego pnia, który zostanie wśród próchna wystarczy, by drzewo wypuściło wiosną nowe liście.




A kolejną fotografię zrobiłem kilka dni temu - 1 stycznia 2013 roku. Nie tylko czas ale i człowiek nie był łaskaw. Jednej wierzby już nie ma. Druga straciła kawał kory. Pod nią też ktoś niedawno rozpalił ognisko. Wygląda to trochę na przygotowania do znalezienia pretekstu do wycięcia. Pewnie ona wkrótce również będzie tylko wspomnieniem. Pozostanie na fotografiach i zaklęta w umyśle paru ludzi...




I jeszcze, żeby było bardziej nieprawdopodobnie, to okazało się, że drugie i trzecie zdjęcie ma taki sam oryginalny numer pliku... nadawany przez aparat. Dzieli je jedynie dwa lata oraz równych 30 000 kłapnięć migawki. Numeracja z racji na czterocyfrowość powtarza się co 10 000 zdjęć.





wtorek, 1 stycznia 2013

Nowy Rok...




Ale głupie te ludzie... Latali jak z piórkiem, że niby Koniec Świata potem, że niby Nowy Rok... A ja tu stoję sprawdzam wszystko dokładnie i... nic. Siano smakuje jak smakowało, powietrze pachnie ani gorzej ani lepiej, śnieg tak samo zimny i mokry... hmmm... już wiem! Końskiego rozumu i zdrowia im brakuje...








Czego i Wam i sobie w tym 2013 roku (ewentualnie 1 roku  pks.*) życzę...




* po końcu świata  :)


PS. Spisując końskie mądrości przypomniała się mi sytuacja sprzed lat kiedy siedziałem w grupie przyjaciół przy ognisku w nadbajkalskiej tajdze. Nasz rosyjski przewodnik wyjął z czeluści plecaka butelkę tamtejszego samogonu ze słowami:

- To proponuję toast za łosie...

- Łosie ? - zapytaliśmy chórkiem.

- No łosie - odpowiedział z uśmiechem. I po chwili uzupełnił.

- Żeby żyŁosie, piŁosie i mogŁosie...


Zatem... Za Łosie!