piątek, 31 sierpnia 2012

Strażnik ślimaczej moralności...



Dawno dawno temu w pewnej galaktyce... wybrałem się w Bieszczady. Miałem wtedy świeżo zakupiony aparat Nikon F90X. Ktoś pamięta jeszcze coś takiego? Do tego obiektyw makro, którego zdobycie w owych czasach graniczyło z cudem. Bywał czasem na giełdzie w Warszawie.
Rozbiłem namiot w Bereżkach. Doskonałe miejsce by podeptać trochę górki i dolinki. A wyjazd w Bieszczady w tamtych czasach to przeżycie ekstremalne. W Bereżkach był wtedy jeden sklepik. Dało się  tam kupić dżem, mąkę, cukier, jaja (czasem), ze dwa rodzaje konserw (tłuszczonka... przepraszam tuszonka wieprzowa oraz nieśmiertelny paprykarz szczeciński) i pieczywo. To ostatnie tylko z samego rana. Następny sklep był w Ustrzykach Górnych i chyba w Czarnej. Zaopatrzone niewiele lepiej. Podróżowało się wtedy najczęściej stopem. Więc wyprawa po prowiant mogła trwać cały dzień. I bez gwarancji, że coś przywieziemy.

Jednego dnia z samego rana wybrałem się powłóczyć po pobliskim lesie. W nocy popadał deszcz, powietrze  było wilgotne i pachnące. Zastanawiałem się na co skierować swój obiektyw gdy nagle dostrzegłem galopujące w poprzek drogi ślimaki... I to jakie? Pomrowy błękitne! Czytałem w jakiejś książce, że są takie w Bieszczadach i miałem cichutką nadzieję na spotkanie choć z jednym. A tu proszę... całe stado dookoła. Chyba z pięć sztuk. Patrzę a tu dwa ślimaki mają się ewidentnie ku sobie. Zaczynają pełzać w kółko, coraz bardziej się zbliżając. Ślimaki są obojnakami czyli każdy jest jednocześnie samcem i samicą. Gerald Durrell napisał kiedyś, cytując zresztą opinię swojego brata i znanego pisarza: "te obrzydliwe stworzenia mają frajdę obu płci naraz".
Drżącą ręką zapinam na aparacie obiektyw do makro, przymierzam się... widzę w wizjerze jak ślimaki wypuszczają z boku białe bąbelki. Naciskam spust! I... migawka otwiera się ale czas naświetlania widoczny w wizjerze wynosi kilkanaście sekund! Przed chwilą wynosił jakąś setną cześć sekundy. Co jest grane? Aparat się zepsuł? Wyłączam go i włączam. Sprawdzam czas. Znowu kilkanaście sekund. Puszczam dłuższą przemowę do świętego Tadeusza - patrona spraw beznadziejnych, pstrykając jednocześnie wyłącznikiem. Ale nic to nie daje. W końcu wpadam na pomysł by wyjąć baterię i zresetować wszystko. I to dopiero pomaga. Ale mocowanie koszyka z bateriami jest w tym modelu na śrubę. Zanim ją odkręcam, wyciągam, przykręcam, mija sporo czasu. Ślimaki praktycznie kończą to co robiły. Udaje się zrobić dosłownie dwie klatki tuż przed ich rozłączeniem.

Potem jeszcze fotografuję pojedyncze ślimaki ale to już nie jest to. Co się stało, dlaczego? Nie wiem do tej pory. Aparat działał potem bezawaryjnie przez lata. I nigdy się taka sytuacja nie powtórzyła. Przestał działać dopiero jak go podtopiłem z dziesięć lat później w nadwiślańskim starorzeczu.

Czyżby zadziałała wszechwładna cenzura lub jakiś "Wielki Brat", który wszystko widzi? A może to ślimaczy bóg wychylił się wtedy zza chmur w swej niebieskiej niewątpliwie postaci i powiedział:

- Nie facet... tego mi tu nie będziesz fotografował!

Kurczę, no...













czwartek, 30 sierpnia 2012

Koniki i polityka...



Taka mała koń-wersacja...





-  Słuchaj koniu, ty masz wielki łeb... powiedz, co sądzisz o polityce  i politykach?

-  Aaaaa, wiesz człowieku...

... mógłbym to wyrazić paszczą... 

... O właśnie tak !!!



środa, 29 sierpnia 2012

Mewy siwe i pamiętliwe...


Pamiętałem go dobrze... był jedynym pisklakiem z gniazda położonego na piaszczystej części wyspy. Jego rodzeństwo nie przetrwało pierwszych dni życia. Został sam. Ale z drugiej strony mogł jeść do woli. Wszystko co przynosili rodzice, trafiało w jego gardło. Rósł wiec szybciej niż jego rówieśnicy z sąsiednich gniazd.
Niestety lub na szczęście, jak zwykle zależy to od punktu widzenia i siedzenia, maluch wykluł się w gnieździe na terenie jednego z doświadczalnych ogródków Instytutu Ekologii PAN. Kilkaset metrów kwadratowych wyspy zostało ogrodzonych niewielką siatką. Czyli maluch codziennie był ważony, mierzony. Razem zresztą z paroma innymi mieszkańcami "ogródka" wyklutymi w sąsiednich gniazdach. Czasem takich piskląt trzeba było się nieźle naszukać. Wiadomo, że gdzieś tu są. Tylko siedzą pod jakimś krzaczkiem i udają, że ich tam nie ma.
Ten akurat był dla badaczy przyjazny. Niemal dzień w dzień był w tym samym miejscu. Trzeba było podejść do jednego krzaczka, wyciągnąć rękę, wyjąć, zważyć, zmierzyć... zapisać i odłożyć w to samo miejsce. Nawet nie dziobał, nie obsrywał jak inne pisklęta w badanej kolonii.
Po jakiś trzydziestu dniach zniknął. Nie był już wtedy pisklakiem. Miał rozmiary prawie dorosłej mewy.

I niespodziewanie po czterech latach spotkałem go znowu! Okazał się być samczykiem, poderwał jakąś młodą mewę i założył gniazdo dosłownie dwieście metrów od miejsca swojego wyklucia. Na łasze, na skraju kolonii. Bo jako początkujący małolat nie mógł dorwać się do lepszego miejsca. Wpadł zupełnie bezmyślnie w pułapkę zastawioną przez ornitologów. Po prostu jak śliwka w marynatę. Dosłownie po kilkunastu minutach od jej rozstawienia. I znowu wpadł w moje łapy! Założyłem mu dodatkowo piękne nowe kolorowe obrączki by można go było rozpoznać z daleka przez lunetę, zważyłem i pomierzyłem co mogłem.

I tu zaczęła się zabawa. Ptak siedział w moich rękach właściwie spokojnie. Tylko... chyba bestia pamiętała pomiary ze szczenięcych lat. Co, jak i kiedy robiłem. Bo w najmniej spodziewanych momentach dostawałem z całej siły dziobem po paluchach! I to tak zupełnie niespodziewanie. Mierzę sobie spokojnie coś tam...ptak ani drgnie...  odkładam suwmiarkę a tu nagle jak nie dostanę dziobem z boku! Za chwilę znowu to samo. Nawet znacznie większe mewy srebrzyste tak mnie nie potłukły. Co bym nie robił zawsze bandyta znalazł sposób by zapłacić mi za obrączkowanie i pomiary w szczenięcych ... przepraszam pisklęcych latach.




-  mnie tu nie ma... ktoś coś w ogóle widzi ??  







wtorek, 28 sierpnia 2012

Gadzina lotofag?



Bleeeeee... wąż...!!! Tak reaguje na poniższe zdjęcia wiele osób. Tych nie związanych z fotografią i przyrodą oczywiście. Potem następują moje tłumaczenia, że to nie wąż, tylko beznoga jaszczurka. Najczęściej zresztą przyjmowane z powątpiewaniem. I bardzo często z pytaniem: czy to to może ugryźć! No bo jak nie na nóg, pełza i wygląda ohydnie to ewidentnie musi być wąż. A węże są wstrętne, obślizgłe,  niebezpieczne i wszyscy się ich boją...

Nie tylko węży zresztą. Niedawno mój synek (6 lat - tak dla pełnego zobrazowania) zaskoczył niezwykle sąsiadów. Gdzieś z kąta pokoju wyszedł na środek pająk. Taki całkiem spory. Razem z nóżkami miał pewnie ze trzy centymetry. Stanął, rozejrzał się, popatrzył ludziom prosto w oczy... Wszyscy niemal podnieśli krzyk, zwłaszcza małe i duże przedstawicielki płci pięknej... 
Młody spojrzał zdziwiony. Wziął delikatnie pająka w ręce i spokojnie powiedział: 
- To ja go wyniosę na dwór... 

Na tego padalca trafiłem gdy wybrałem się o świcie fotografować rosnące na skraju łąki macierzanki. Jak każdy zmiennocieplny zwierz był jeszcze trochę nieruchawy i pozwolił się fotografować. Robiąc zdjęcia zastanawiałem się jak ktoś może się bać pogryzienia przez zwierzaka mającego łepek wielkości paznokcia na moim małym palcu.   






Padalec - esteta... zaszył się w kwiatkach...

- Niuch niuch... 

Wersja z robaczkiem. Zobaczyłem go dopiero po obejrzeniu zdjęć na  monitorze komputera