środa, 29 sierpnia 2012

Mewy siwe i pamiętliwe...


Pamiętałem go dobrze... był jedynym pisklakiem z gniazda położonego na piaszczystej części wyspy. Jego rodzeństwo nie przetrwało pierwszych dni życia. Został sam. Ale z drugiej strony mogł jeść do woli. Wszystko co przynosili rodzice, trafiało w jego gardło. Rósł wiec szybciej niż jego rówieśnicy z sąsiednich gniazd.
Niestety lub na szczęście, jak zwykle zależy to od punktu widzenia i siedzenia, maluch wykluł się w gnieździe na terenie jednego z doświadczalnych ogródków Instytutu Ekologii PAN. Kilkaset metrów kwadratowych wyspy zostało ogrodzonych niewielką siatką. Czyli maluch codziennie był ważony, mierzony. Razem zresztą z paroma innymi mieszkańcami "ogródka" wyklutymi w sąsiednich gniazdach. Czasem takich piskląt trzeba było się nieźle naszukać. Wiadomo, że gdzieś tu są. Tylko siedzą pod jakimś krzaczkiem i udają, że ich tam nie ma.
Ten akurat był dla badaczy przyjazny. Niemal dzień w dzień był w tym samym miejscu. Trzeba było podejść do jednego krzaczka, wyciągnąć rękę, wyjąć, zważyć, zmierzyć... zapisać i odłożyć w to samo miejsce. Nawet nie dziobał, nie obsrywał jak inne pisklęta w badanej kolonii.
Po jakiś trzydziestu dniach zniknął. Nie był już wtedy pisklakiem. Miał rozmiary prawie dorosłej mewy.

I niespodziewanie po czterech latach spotkałem go znowu! Okazał się być samczykiem, poderwał jakąś młodą mewę i założył gniazdo dosłownie dwieście metrów od miejsca swojego wyklucia. Na łasze, na skraju kolonii. Bo jako początkujący małolat nie mógł dorwać się do lepszego miejsca. Wpadł zupełnie bezmyślnie w pułapkę zastawioną przez ornitologów. Po prostu jak śliwka w marynatę. Dosłownie po kilkunastu minutach od jej rozstawienia. I znowu wpadł w moje łapy! Założyłem mu dodatkowo piękne nowe kolorowe obrączki by można go było rozpoznać z daleka przez lunetę, zważyłem i pomierzyłem co mogłem.

I tu zaczęła się zabawa. Ptak siedział w moich rękach właściwie spokojnie. Tylko... chyba bestia pamiętała pomiary ze szczenięcych lat. Co, jak i kiedy robiłem. Bo w najmniej spodziewanych momentach dostawałem z całej siły dziobem po paluchach! I to tak zupełnie niespodziewanie. Mierzę sobie spokojnie coś tam...ptak ani drgnie...  odkładam suwmiarkę a tu nagle jak nie dostanę dziobem z boku! Za chwilę znowu to samo. Nawet znacznie większe mewy srebrzyste tak mnie nie potłukły. Co bym nie robił zawsze bandyta znalazł sposób by zapłacić mi za obrączkowanie i pomiary w szczenięcych ... przepraszam pisklęcych latach.




-  mnie tu nie ma... ktoś coś w ogóle widzi ??  







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz