18 lutego 2026

Zapiski z drogi... w Okienku

 




Postanowiliśmy pojechać w stronę domu zygzakiem, zawadzić o Jurę i sprawdzić jeszcze, jak tam się miewa Okiennik, niezwykłej urody skała położona niedaleko Zawiercia. Właściwie powinienem napisać Okiennik Wielki, bo kilka kilometrów dalej znajduje się dużo mniejszy ostaniec zwany Okiennikiem Małym. 
Powodów było kilka. Po pierwsze Tosia wychowywała się w Edynburgu i nigdy nie widziała tej przedziwnej skały, po drugie jest to bardzo urokliwe miejsce, miejsce którego chyba nigdy nie będę miał dosyć, po trzecie kiedy byłem tam 10 lat temu, tuż pod samym oknem Okiennika rosła piękna jarzębina. O tej porze roku powinna mieć już mocno wybarwione, czerwone owoce. Może uda się zrobić ciekawe zdjęcia. 

Wapienne skały Jury Krakowsko Częstochowskiej to skamieniałe osady morskie sprzed 150 milionów lat. Dziś po ruchach górotwórczych i erozji zostały tylko ich najtwardsze fragmenty. 
Patrząc na tę samotną skałę, trudno uwierzyć że to pozostałość po dawnych morzach, podziemnej rzece i całym systemie jaskiń sprzed milionów lat.



W jaskini znajdującej się pod otworem Okiennika znaleziono jedne z najstarszych, pochodzących z paleolitu,  krzemiennych narzędzi w Polsce. Datuje się je w zależności od źródeł od 60 do nawet na 100 tysięcy lat. Obecnie można je obejrzeć w Muzeum Archeologicznym w Krakowie. 

Sama jaskinia jest zresztą całkiem spora. Za tym niewielkim otworem znajduje się komora o wymiarach mniej więcej 5 na 10 metrów.  Ktoś ocenił, że nawet 50 osób może tam się spokojnie zmieścić.
We wczesnym średniowieczu była tu strażnica i prawdopodobnie mały gródek. Dziś są jeszcze na szczycie widoczne wykute otwory służce do mocowania drewnianych belek.




Tak wyglądał Okiennik w lipcu 2015 roku. Jarzębinowe korale dopiero zaczynają się czerwienić.



Skręcamy więc koła w jego stronę i ruszamy. Dzień jest upalny więc postanawiamy jeszcze zajechać nad pobliski Zalew Kostkowicki, schłodzić się nieco i zmyć podróżny kurz. Okolica zalewu zmieniła się bardzo od naszej ostatniej wizyty. Może nie tyle okolica ile zagęszczenie ludzi. Dziś przy każdym zejściu do wody siedzi człowiek na człowieku, stoi namiot na namiocie obok przyczep kampingowych. Jest też sporo mniejszych i większych kamperów. Miejscami są całe obozowiska wygrodzone przez namioty i samochody. Nie wiem jakim cudem udało się nam znaleźć miejsce do zostawienia samochodu. A potem slalom gigant w stronę wody. 
Woda jest płytka, ciepła ale trochę ochłody i orzeźwienia daje. Wychodzimy z wody kawałek obok głównej plaży przez kilkunastometrową przerwę w trzcinach, gdzie jest trochę mniej ludzi. 
I nagle jakiś dziadek zaczyna się pultać i marudzić, że tu nie wolno pływać i wychodzić, bo on ma tu rozstawione rzutowe wędki i jak są takie wędki to jest zakaz. I czy jakiś tam Wacek czy Zenek mi o tym nie mówił. 
- Nie, nie mówił nawet nie wiem kto to - odpowiadam i nie wdaje się w dyskusję. Szkoda mi czasu. Myślę sobie jednocześnie:
- Facet, ja mogę trzy dni patrzeć się na te wędki i nie będę wiedział czy one są rzutowe, wyrzutowe czy odrzutowe. To nie jest twój prywatny teren, stoisz tuż obok wielkiej plaży z tłumem ludzi. Zająłeś sobie kawał jeziora, bo postawiłeś na stojaku przy brzegu swoje złożone wędki? Chcesz tak między ludźmi rzucać swoimi kotwiczkami? Zresztą i tak ich nie używasz, stoją sobie bezczynnie.
Gość jest trochę zaskoczony, że tak obcesowo go olaliśmy, coś tam, jeszcze próbuje mówić ale już sobie poszliśmy... 

Pod Okiennikiem stoją jakieś samochody, namioty, nawet jeden kamper. Ustawiamy się w pewnym oddaleniu między krzaczorami. 
Łapię sprzęt i wspinam się pod samo okno. Dziesięć lat temu skakałem po tych skałach jak kozica, dziś jakoś wdrapuję się ostrożniej. 




Szukam tej jarzębiny i... jej nie widzę! 
Dopiero po chwili dostrzegam coś, co było drzewem a teraz jest kupą suchych, połamanych badyli. Jarzębina czerwona została tylko wspomnieniem. Ale i tak zostaje na górze do zmroku i fotografuję skały w rozmaitych wariantach. Choć jakiś smutek wlał się na chwilę do duszy. Czasem nie dobrze jest wracać po latach w te same miejsca. 




O  świtaniu wygrzebałem się z samochododomku i ruszyłem sfotografować skałę w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Z góry dobiegły mnie jakieś głosy. Ktoś tam się wspiął z samego rana? Nocował w oknie Okiennika? 
Światło jest ciepłe, delikatne, robię zdjęcia z daleka i z bliska, z różnych stron. Zmienia się niestety bardzo szybko, przy bezchmurnym niebie robi się ostre, mało plastyczne. Spieszę się jak mogę. 






Wejście do jaskini ukrytej wewnątrz skały. To właśnie w niej znaleziono jeszcze przed II wojną światową paleolityczne krzemienne narzędzia. Dostać się tam bez lin i doświadczania wspinaczkowego nie sposób. Ja dostawali się nasi przodkowie? Byli sprytniejsi czy zbudowali jakieś drabiny? Schodki? Pewnie nigdy się nie dowiemy.




Wracam już do samochodu, kiedy dobiegły mnie znajome głosy. Tosia i Krzyś mnie wołają. Rozglądam się i nie widzę przez dwie chwile. A potem! Są Koczkodany jedne, ośmioły skowytne, kurdle na szczypiorkowym głodzie... Aż mnie dreszcze przeszły. Weszli sobie do okna Okiennika. Dobrze, że tego nie widziałem, tam jest tak wąskie przejście nad przepaścią. Ja się nie odważyłem...  

Tosia i Krzyś schodzą ze skały roześmiani, szczęśliwi...  
A potem pakujemy się i ruszamy dalej. 
























02 lutego 2026

Zapiski z drogi... w cieniu historii

 



Nawinęliśmy na koła kolejne dwieście kilometrów i znowu zamieszkaliśmy nad Wisłą. Tym razem tuż pod Opactwem Benedyktynów na Tynieckich skałach. Jest to najstarszy klasztor na terenie Polski.

Początki osadnictwa w tym miejscu sięgają czasów przedhistorycznych. Nasi przodkowie wiedzieli gdzie zamieszkać. Miejsce jest tak urokliwe, że sam bym nie pogardził domem na szczycie wapiennego tynieckiego wzgórza.

Gdzieś na początku XI wieku osiedlili się tu benedyktyni. Obecnie większość historyków uważa, że fundatorem klasztoru był Kazimierz Odnowiciel w 1044 roku. W 2 połowie XI wieku powstał pierwszy kamienny kościół i założenia klasztorne. Z niewielkimi przerwami klasztor działa do dziś.

Z pierwotnych zabudowań zostało bardzo niewiele. W 2026, po czteroletnich przygotowaniach, ma być udostępniony do zwiedzania fragment podziemi z pozostałościami pierwszego romańskiego kościoła. Więc trzeba będzie znowu tu przyjechać... 



Rano jeszcze przed świtem, jak to często robię w terenie podnoszę głowę i wyglądam za okno naszego samochododomku i podrywam się natychmiast. Nad wodą kłębią się mgły. Sam klasztor jest jakiś taki nierzeczywisty. Słońce wschodzące gdzieś za nim już go podświetla tak, że wszystko wygląda baśniowo. Nad opactwem kłębią się kolorowe opary.




Wyciągam sprzęt, statyw i ląduje stopami w mokrej trawie. Niezła dziś rosa! Wskakuję w sandały, jak się zamoczą to i wyschną bez problemu. Ruszam wzdłuż brzegu, wyszukując kolejne kadry. Fotografuję to sam klasztor, to znowu Wisłę. Mgły dbają o piękne widowisko. Widzę, że Tosia też się obudziła i filmuje coś swoją kamerą. 





Niespodziewanie znajduje kotewkę, niewiele - trzy osobniki wplątane są w nadbrzeżne trawy. Niby nic ale... jeszcze kilkanaście lat temu można ją było spotkać najwyżej na 40 stanowiskach w Polsce. Opisałem jej historię tu: Kotewka na śmietniku.  Dziś mam wrażenie, że roślina odbiła się od dna i powoli jej liczebność rośnie. Powoli ale zauważalnie.




Dochodzę aż pod Skałki Piekarskie i oglądam starorzecze. Sporo tu niestety śmieci, głównie jakieś pozostałości po wędkarzach: opakowania po zanętach i robakach, puszki po kukurydzy.

      

Już dobrze po wschodzie słońca, w cieniu opactwa pojawiają się nad wodą mgliste duchy. Wirują w delikatnym wietrze, wyglądają jakby tańczyły tuż nad wodą. Zwiewne postacie kłaniają się w rytmie delikatnych podmuchów wiatru. Wyobraźnia szaleje, prawie słychać  śpiew, niczym ten syreni wabiący Odyseusza. 




Za chwilę słońce pojawi się nad budynkami opactwa, rozgoni mgły, ogrzeje powietrze i zniknie magia... Pogoda zapowiada się bezchmurna więc ciekawsze światło pojawi się dopiero wieczorem lub kolejnego ranka. 





Tosia (Art of Tosia) wyciąga swoje podróżne minisztalugi, farby i zasiada w cieniu drzewa. Maluje obraz za obrazem. Wiecie pewnie, że gdyby ktoś chciał mieć na ścianie zamiast wydruku z Ikei czy innego Empiku, oryginalny, jedyny i niepowtarzalny obraz, to chętnie przyjmuje zamówienia.
 



Po południu wyruszamy obejrzeć klasztor z bliska. Przeprawiamy się niewielkim promem. Bardzo wiele zmieniło się od naszej ostatniej wizyty kilkanaście lat temu. Wtedy nie było promu i prawie nie było ludzi, knajpek, lodów. Wyglądało to tak:  No to gazu  
Niewielki, klimatyczny sklepik w bramie jest zamknięty, za to na dziedzińcu duży sklep, kawiarnia i sporo ludzi. Bardzo turystycznie się zrobiło.  




Wnętrze kościoła św. Piotra i Pawła




Pamiętacie film "Ogniem i mieczem" i scenę kiedy Skrzetuski z kompanią, jadą do Baru po Helenę? Rolę twierdzy barskiej grał właśnie tyniecki klasztor. Filmowany gdzieś od strony Skałek Piekarskich. 





Co robi Krzyś w kilkusetletnim opactwie? Między innymi, w wapiennych kamulcach budujących ściany, szuka skamieniałości. Z sukcesem zresztą. Trochę amonitów zasnęło sobie tam na miliony lat. 




Wieczorne światło pięknie oświetliło opactwo. Znowu aparat był w robocie. Znowu spacer wzdłuż brzegu w poszukiwaniu ciekawych kadrów. Zafascynowały mnie odbicia murów w wodzie. Niewielka dziś wiślana fala spowodowała, że wyglądały jak obrazy impresjonistów odbite w krzywym zwierciadle. 

Następny dzień był bardzo upalny. Żadnych porannych mgieł, najmniejszej chmurki na niebie. Palące słońce i temperatura, której nawet bliskość wody nie złagodziła. Zrobiliśmy więc sobie dzień lenia i zalegliśmy w cieniu. W dalszą drogę ruszyliśmy dopiero kolejnego dnia i powoli zaczęliśmy kierować się w stronę domu...