środa, 23 kwietnia 2014

Wróciły...?



Jedno z moich ulubionych, nadwiślańskich starorzeczy.Otoczone łąkami i pięknymi wierzbami. Bywam tu częstym gościem i nie raz skrzyżowałem z tym miejscem obiektywy (link lub drugi link). Kiedyś, dawno dawno temu gnieździły się tu łabędzie. Opisywałem nawet jak zadziorna łyska odgoniła łabędzia od swoich młodych (link) albo ojciec łabędź tłumaczył mi, bym trzymał się z dala od brzegu, gdy na środku pływają jego dzieci (link). Potem łabędzie zniknęły. Doszły do mnie plotki, że ktoś po prostu jednego ptaka upolował i zjadł. Nagotował rosołek czy zrobił jakieś pieczyste. Przez blisko dwadzieścia lat starorzecze było puste. Nawet łyski zniknęły. Inne ptaki zresztą też. A był moment, że budowały tam gniazda rybitwy czarne czy perkozy. Jedynie na przelotach pojawiało się tam trochę ptaków. Dwa lata temu przez parę dni koczowało tam kilkadziesiąt łabędzi.

I niespodziewanie, gdy ostatnio przyjechałem tam o świcie, zobaczyłem w pierwszych promieniach słońca pływającego na środku jednego łabędzia... a po chwili pod brzegiem spostrzegłem wielkie, kopulaste gniazdo i siedzącą na nim samicę.

Mam do tych ptaków ogromny sentyment. Być może biorący się z czasów, gdy jako szczenię dostałem w swoje łapki "W krainie łabędzia" Włodzimierza Puchalskiego? Więc pewnie w tym roku nieraz będą tematem moich zdjęć.




Kiedy usiadłem na brzegu podpłynął i zmierzył mnie uważnie wzrokiem...
... a potem zajął się swoimi sprawami, nie bacząc na latającego nad nim...
... mistrza drugiego planu.
Głównie zaprzątała go pielęgnacja...
... upierzenia, przerywana leniwym pływaniem.

Ożywił się dopiero gdy nad wodą przeleciała kolejna para łabędzi. Poderwał się jakby chciał je pogonić...

... a potem wrócił nastroszony i dumny.







piątek, 18 kwietnia 2014

Zamroziło i zawiało...




Dziwna była zima tego roku, mógłbym napisać niczym Heniek Sienkiewicz. Zanim na dobre się zaczęła, to już się skończyła. Trwała może wszystkiego ze dwa tygodnie. Ale za to mróz dochodził do dwudziestu stopni i wiatr też sobie nie żałował. Przewiewał śnieg z miejsca na miejsce, odsłaniał ziemię i kurzył ile się dało. Mimo, że śniegu było niemało, potrafił ogołocić całe hektary pól zaś przy każdej kępie drzew czy nierówności terenu potworzyć metrowe zaspy przekładane nawianym z pól pyłem.

Tak więc tej zimy śnieg... raczej nie był... biały...














środa, 16 kwietnia 2014

Wielkanoc






No proszę, tym razem Święta Wielkanocne zapowiadają się ciepło i zielono... zeszłoroczna tradycja nie została utrzymana. Zatem na te wiosenne święta:

Jaja na twardo to kiepski symbol życia zatem więc życzymy każdemu stada wyklutych kurczaczków drepczących krok w krok za nami...

Jak najmniej baranów w ludzkiej skórze...

Stada zajęcy kicających bez obaw przed obiektywem...

Co najmniej po beczce wody na głowę w Lany Poniedziałek - podobno to szczęście przynosi...

Rzeżuchy porastającej wszystko co może (widziałem kiedyś klawiaturę komputera porośniętą zieloną rzeżuszką :)

Wiosennej wiosny, letniego lata, jesiennej jesieni i zimowej zimy...

Spełnienia nawet tych najskrytszych marzeń...

Słońca w sercu i w umyśle...

.............................................

............................................

Powyżej proszę sobie dopisać własne życzenia...




                                                                            Danusia, Robert i Krzyś Dejtrowscy






piątek, 11 kwietnia 2014

Sypnęło i na... cerkiewki




Śnieg sypał. Czasem mniejszy, czasem większy... Po zrobieniu całe jserii zdjęć zawiei w lesie i kilkukrotnym czyszczeniu obiektywu, zacząłem się zastanawiać, co zrobić z tak pięknie zaczętym dniem. I wtedy przyszło mi do głowy, że bieszczadzkie cerkiewki mogą w tym śniegu dobrze wyglądać. Ruszyłem więc ich szlakiem. Pogoda okazała się... bieszczadzka. Raz sypał śnieg, tak że nie było niemal nic widać a raz lał deszcz. Mimo kilku prób nie udało się mi sfotografować cerkiewki w Równi. Podjeżdżałem tam chyba ze 3 razy i za każdym razem lało. Mimo, że kilka kilometrów wcześniej - w Hoszowczyku padał słuszny śnieg. W Smolniku czekałem chyba z pół godziny. W końcu, zniechęcony ciapiącym deszczykiem, ruszyłem i wtedy zaczęła się śnieżyca. Wracałem kilkaset metrów na wstecznym biegu, bo nie było jak zawrócić. A bałem się, że śnieg jak się zaczął, tak i zaraz może się skończyć. Miałem zresztą rację... ale zdążyłem.




Hoszowczyk

Smolnik

Smolnik

Smolnik

Żłobek






środa, 2 kwietnia 2014

Sypnęło jak...




W połowie marca pojechałem na niemal trzy dni w Bieszczady.
Na nizinach było przedwiośnie... znaczy marzec. Przebiśniegi i leszczyny zaczynały kwitnąć.
Po drodze się zaczęło, dogoniła mnie wichura, która wyłączyła prąd w kilkudziesięciu tysiącach domów w Polsce. Widok pędzącego falami i padającego niemal poziomo deszczu był niezapomniany. Do tej pory widziałem coś takiego tylko w filmach.
Gdzieś w połowie drogi, gdy przejeżdżałem przez las, musiałem dać gaz do dechy. W dach i szybę zaczęły walić jakieś gałęzie. Chciałem jak najszybciej wyjechać na otwartą przestrzeń. Przyłapałem się nawet na myśli, że na szczęście tym razem jadę sam a rodzina siedzi bezpiecznie w domowym zaciszu. Szczęśliwie skończyło się na hałasie. Samochód wytrzymał atak drzew.
Dojechałem na miejsce w najbardziej obrzydliwą jesienną pogodę. Pochmurny listopad z meczącą mżawką i przejmującym wilgotnym zimnem.
Obudziłem się następnego dnia i za oknem zobaczyłem... zimę. Wszystko zabielone i sypiący gęsty śnieg. Ruszyłem więc, myśląc co by tu sfotografować. Śniegu napadało tyle, że po południu zacząłem się poważnie zastanawiać czy zabrałem ze sobą łańcuchy. Czy też z racji na wiosnę już je wyjąłem z bagażnika. Mniejsze i lżejsze samochody zaczęły już mieć problemy.
Do wieczora napadało miejscami kilkanaście centymetrów śniegu.
W nocy pogoda zmieniła się znowu. Powrócił obrzydliwy listopad. Rano rozpuściła się reszta śniegu. Potem zaczęło padać... potem zaczęło padać bardziej... Na Mazowsze wracałem w ulewnym deszczu.
Dwa dni później pogoda znowu się zmieniła. Zaczęło się piękne, słoneczne przedwiośnie.














PS. Kiedy myślałem nad tytułem przypomniała się mi pierwsza scena z filmu Tomasza Koneckiego i Andrzeja Saramonowicza "Ciało". Kto widział, ten wie co co chodzi...