wtorek, 24 lipca 2012

Wisła - pewnego razu o wschodzie...




Mówiłem - krajobrazami, marzenia powierzałem równinom,
Widok za widokiem niespełniony płynął...


                                                            Julian Przyboś












niedziela, 22 lipca 2012

Koniki polskie - małe pieszczochy...



Nie tak dawno pisałem jak wygląda w tabunie koni "próba sił". Ale na co dzień wśród koni panuje raczej zgoda. Każdy zna swoje miejsce. I wszystko toczy się spokojnie.

Konie są zwierzętami stadnymi. Pełnię szczęścia osiągają kiedy są w gromadzie i mają przestrzeń przed i za sobą. Widywałem konie, które trzymane właśnie w takich warunkach puszczały się lekkim galopem i biegały po prostu dla zabawy... dla samej przyjemności poczucia wiatru w grzywach. I może ktoś mi zarzucić nadinterpretację ale w ich zachowaniu naprawdę było widać, że taki bieg wokół wielkiej łąki sprawiał im frajdę.

I jak u wszystkich zwierząt  żyjących w zorganizowanych stadach, możemy u koni zaobserwować wiele zachowań socjalnych. Kilka koni w stadzie trzyma się zawsze razem, tworzą przyjaźnie. Inne się nie lubią. Często też możemy zobaczyć taki obrazek jak na zdjęciach. Dwa konie stoją na przeciw siebie i delikatnie iskają sobie grzbiety u nasady grzywy. Koniarze zresztą wiedzą, że drapanie w tym miejscu może zdenerwowanego czymś konia szybko uspokoić.

Obserwowałem kiedyś w stadninie w Janowie Podlaskim (a tam pastwiska mają po parę hektarów i jest na nich jednocześnie kilkadziesiąt koni) jak dwie klacze stoją, opierając się szyją o szyję i przez ponad pół godziny nawzajem delikatnie czochrają swoje grzbiety...




Ja cię drapię, a tu... 

... jakaś inna morda...

... się wpycha !!!

No co?? Ja też chcę się dołączyć!! Proooooszę!!!

Poczochrać ci grzywę ?? 

Drap drap drap...

We wspólnym iskaniu uczestniczą nawet źrebaki... 





piątek, 20 lipca 2012

Wisła - Kwiatowy poranek




Wybrałem się o świcie nad Wisłę z nadzieją na poranne fotogeniczne mgiełki. Niestety...  słońce wzeszło od razu mocne i piekące. W godzinę po wschodzie już było upalnie. Ale wracając do domu trafiłem na wielką kępę złocieni tuż nad brzegiem...








czwartek, 19 lipca 2012

Jabłeczna



Poniosło mnie w tym roku do Jabłecznej gdzie od ponad 500 lat stoi prawosławny monastyr. Pod koniec czerwca odbyły się tu uroczystości ku czci patrona św. Onufrego Wielkiego. Uroczystości trwały dwa dni i zauroczyły mnie całkowicie. Niesamowity nastrój, cerkiewne chóry, dzwony powodowały, że czasem wręcz zapominałem o fotografowaniu.





Dzwonnica...



Trzecia nad ranem... rozpoczyna się procesja do kapliczki św Ducha nad Bugiem

Procesja... widoczne tylko latarenki i świece.

Kaplica św Ducha


Powrót do monastyru...





Metropolita Sawa

Święty Onufry Wielki

Święty dąb pod monastyrem

Kiedy po wszystkich uroczystościach wracałem do zaparkowanego samochodu i miałem jeszcze w uszach dźwięk cerkiewnych dzwonów i śpiew chóru, musiałem przejść przez cześć... bazarową: lody, cukrowa wata, plastikowe chińskie zabawki, baloniki... i nagle dobiegł do mnie z jednego ze straganów dźwięk (bo chyba nie muzyka?) ... ump ump ump... ciało jak malina fajnie się wygina... ump ump ump... No tak - trzeba powrócić do rzeczywistości.


środa, 18 lipca 2012

Wisła - jakaś tam kolejna burza...




Burz ostatnio jest jakoś pod dostatkiem. Nie tak dawno deszczomierz u mnie na dachu zarejestrował prawie 30 litrów wody na metr kwadratowy! Zaledwie w ciągu godziny! Do tego wiatr łamiący gałęzie. Niestety ciągle jakoś umykały mojemu obiektywowi. Dopiero ostatnio gdy wybrałem się nad Wisłę o zachodzie słońca nadciągnęła niespodziewanie kolejna dając popis kolorów i chmur jakiego nie powstydzili by się najlepsi impresjoniści.

Po jakimś kwadransie pośpiesznego fotografowania było już po wszystkim. Trzeba było biec do samochodu, chroniąc sprzęt przed lejącym deszczem. Na ostatnich klatkach z tego dnia mam już widoczne krople wody, które osiadły na obiektywie.

Tak na marginesie, te zdjęcia zrobiłem niemal dokładnie w tym samym miejscu co fotografie opisane w "Majowym wieczorze"











poniedziałek, 9 lipca 2012

Konwalie i konwalijki



W te nadzwyczaj upalne letnie dni na kilka chwil powracam do tegorocznej wiosny. Efekt dwóch czy trzech porannych wycieczek do lasu. Miałem te zdjęcia pokazać wcześniej ale nie zdążyłem ich obrobić. Zapraszam więc teraz.
Kiedy fotografowałem konwalie usłyszałem jakiś szelesty... obróciłem się ostrożnie, klnąc w duchu, że plecak z dłuższym obiektywem zostawiłem poza zasięgiem ręki. Co to mogło wędrować o świcie przez las? Lis? Dziki? Sarny? Jelenie byłyby raczej głośniejsze... I wtedy dostrzegłem dwa psy! Jeden miał nawet na szyi kawałek łańcucha. Truchtały sobie spokojnie ścieżką. Kiedy mnie dostrzegły, lekko zmieniły kierunek i obeszły łukiem. Po chwili zniknęły w oddali. Skąd szły ? Dokąd? Do najbliższej wsi było kilka kilometrów. A one wyglądały jakby doskonale wiedziały co robią...



Konwalia majowa...




Konwalijka dwulistna...










niedziela, 1 lipca 2012

Bieszczady - Pogoda na Tarnicy...




Dziś trochę wspomnień. Zdjęcia z zeszłorocznego lata w Bieszczadach. Może i w tym roku mnie tam jacyś diabli zaniosą...

Pogoda w górach bywa nieprzewidywalna. Można wyjść na szlak przy pięknej pogodzie i trafić na... nie wiadomo co... Dlatego też dobrze być przygotowanym na różne okoliczności przyrody.

Taka przygoda zdarzyła się mi latem zeszłego roku. Po kilku dniach deszczu błysnęło rano słońce. Wyruszyliśmy więc z rana na Tarnicę by ominąć największe tłumy turystów. Zdążyliśmy dojść do granicy lasu gdy zaczęło grzmieć i wiać. Wyszliśmy na połoniny, rozejrzeliśmy się dookoła i... zawróciliśmy. Kiedy weszliśmy znowu do lasu zaczęło lać! Potem sypnęło takim gradem, że musiałem złapać się za uszy. Ból był nie do wytrzymania. Widok był przecudny. Każdy kto nie miał czapki chroniącej uszy zasłaniał je rękami!

Po paru chwilach nie było nawet sensu próbować się gdzieś schować. Przemokliśmy do... no do końca. Szlakiem płynął strumień sięgający powyżej kostek. A powrót po rozmiękłym, śliskim zboczy trwał i trwał... W pewnym momencie przyłapałem się na myśli, żeby stanąć i poczekać aż wszystko wyschnie...

Deszcz znowu padał przez kilka dni. Gdy słońce było łaskawe pojawić się znowu zza chmur, podjęliśmy kolejną próbę wejścia. Tym razem pogoda bardziej sprzyjała.








Ale gdy weszliśmy na szczyt, znad Ukrainy przyszły czarne chmury...






... które w ciągu kilku minut zasnuły całe niebo. I wyglądało, że znowu trzeba będzie wracać. Tym bardziej, że sypnęło drobnym, uciążliwym deszczem.






Po kwadransie chmury powędrowały dalej a nad górami rozbłysło słońce. Ruszyliśmy w drogę i idąc przez Halicz oraz Rozsypaniec wróciliśmy do Wołosatego. Zdjęcia z Rozsypańca można obejrzeć tutaj.